wtorek, 18 lutego 2014

MOŻE BYĆ OD KOŃCA

GEORGES FLIPO
„PANI KOMISARZ NIE CZUJE SIĘ W KLUBIE JAK W RAJU”
(TŁ. KRYSTYNA ARUSTOWICZ)
NOIR SUR BLANC, WARSZAWA 2014

Zazwyczaj nie czytam książek od końca. Kiedyś robiłam to często – otwierałam od tyłu i połykałam najpierw ostatnie zdanie. Potem się oduczyłam i oduczyłam moją mamę. Ale tym razem, zupełnie przez przypadek, ostatnie zdanie weszło mi w oczy i tam się zagnieździło. No to już wiem wszystko – pomyślałam i moje usta wygięły się w podkówkę. Nie lubię wiedzieć już na początku, szczególnie, jeśli czytam kryminał. Na szczęście nazwisko mordercy nie pada w tym zdaniu ostatnim.
Bo że jest morderca – nietrudno się domyślić. Ofiara dynda na wielkim słupie już w pierwszych słowach powieści. Dynda, bo się powiesiła. A właściwie powiesił. On. King. Niekwestionowany król w wakacyjnym Rajskim Klubie na Rodos. Tylko, że okazuje się, iż nie żył już wcześniej. Zanim zgraja turystów zaczęła go okładać kijami...
Ale od początku...
Na Rodos istnieje raj na ziemi. Morze, plaża, drinki z palemką, baseny i pyszne jedzenie – szwedzki bufet, w którym ręce wyciągają się po wszystkie potrawy naraz. Kochasie – czyli turyści – żyją sobie w tym klubie jak w niebie, nabierają tężyzny fizycznej na lekcjach tańca i pływania, nabierają ogłady towarzyskiej na wieczorkach karaoke i dyskotekach w nocnym klubie z salsą, nabierają opalenizny przy basenie albo w krzakach, gdzie chodzi się w celach wiadomych, zazwyczaj damsko-męskich. Idylla, sielanka, arkadia. Czternastego lipca ma się odbyć spektakl dla turystów – w głównej roli ma wystąpić szef wioski, King. W jego przedstawieniu ma wziąć udział cała ekipa, ale też kukła, która w odpowiednim czasie zawiśnie na wysokim słupie i którą każdy będzie mógł bezkarnie uderzyć raz, czy dwa, może tysiąc. Tyle tylko, że kukła zbyt mocno przypomina człowieka, zbyt żywa była, nim została nieżywa i zbyt wiele razów przyjęła od niczego niepodejrzewających turystów. Wśród Kochasiów był jednak jeden policjant, który zaczyna mieć mieszane uczucia co do tej rzekomej kukły...
Prezes klubu to jakaś francuska szycha. Kukła, co się okazała szefem klubu, nie poprawi atrakcyjności ośrodka. Swoimi drogami, sznureczków pociągnięciami sprawia więc, że Viviane Lancier, co nie znosi poezji, kupuje tomik wierzy Apollinaire'a, wrzuca do walizki parę ciuchów, które absolutnie nie nadają się na anielski weekend na Rodos i jedzie do Grecji, aby po cichutku, ale skutecznie dowiedzieć się, kto stoi za morderstwem. Nie może w rajskim klubie być policjantką, musi przywdziać maskę i wcielić się w rolę scenarzystki, która zbiera materiały do filmu. U jej boku ma dumnie kroczyć Monot, grając rolę jej partnera życiowego. Viviane oczyma wyobraźni sięga, gdzie wzrok nie sięga – widzi wspólny pokój, widzi siebie i jego – ona ma koszulkę nocną, a on piżamę, a potem może nawet nie mają już nic... Ewidentnie pani komisarz się zakochała. Ewidentnie ma plan – nie tyle na śledztwo, co na uwodzenie. Ewidentnie Rodos może stać się najbardziej zbliżoną do raju wyspą na ziemi. Tyle tylko, że w taksówce na lotnisko, wita ją nie Augustin, a porucznik Willy Cruyff, jeszcze bardziej nieopierzony, nie-upolicjantowiony niż Monot jeszcze kilka miesięcy temu. Zmiana planów, zmiana nastrojów. Viviane chce jak najszybciej rozwiązać sprawę, wrócić do siebie i móc przed Monotem popisywać się znajomością „Alkoholi” Apollinaire, które zamierza przeczytać od deski do deski, a może nawet paru wierszy nauczyć się na pamięć.
Ale nie wszystko idzie szybko i sprawnie. Wyspa straszy kolejnymi duchami, które wyzionęły kolejne ofiary...
Stęskniłam się za panią komisarz, mimo że nadal mnie denerwuje swoimi zmiennymi nastrojami, płaczliwymi scenami samotności i niezdecydowaniem. Ale w poprzedniej części zawisła w ramionach Monota i nie wiadomo, co było dalej... A poza tym wciąż jest uszczypliwa, zjadliwa, ironiczna i kąśliwa. Wciąż także wykazuje się zdolnością kojarzenia faktów i układania wielkich i małych puzzli – choć greckie słońce w pewnych momentach wysysa z jej mózgu większość logicznego myślenia. Ale dalej jest zabawna. A śledztwo nawet zabawniejsze, niż to poprzednie, z wierszem w roli głównej. W powietrzu czuć opary absurdu – obsługa zwana jest tu kokosiami i kikami, przy szlabanie pracuje Turek, który nie mówi po grecku na zmianę ze swoim niemym synem, szef wioski mianuje się królem i wyznaje monarchię absolutną, ważnym śladem w śledztwie są kolczyki na rysunku trupa, a każdy ma w zanadrzu tajemnicę, asa i drugie dno.
I nawet to, że przeczytałam jako pierwsze ostatnie zdanie książki, nic nie zmienia w sile i natężeniu mojego zaskoczenia. A nawet je podsyca...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Noir Sur Blanc]

piątek, 14 lutego 2014

NA WALENTYNKI O MIŁOŚCI BEZ GRANIC

SCOTT SPENCER
„MIŁOŚĆ BEZ KOŃCA”
(TŁ. JULITA WRONIAK-MIRKOWICZ)
MUZA SA, WARSZAWA 2014

Zwyczajny nastolatek. Zwyczajna nastolatka. David ma siedemnaście lat. Jade jest rok młodsza. Zwyczajna pierwsza randka, choć niezwyczajnie idą środkiem serca w Muzeum Techniki. Ona wchodzi w to serce i przestrzela je jak pociskiem. A on się zastanawia, czy będę mogli się pocałować. To, że Jade idzie przez ten model z taką pewnością, determinuje całe ich życie – wchodzi też w sam środek Davida, jego całe ciało podporządkowuje się dziewczynie i zaczyna oddychać tylko wtedy, gdy ona mu pozwala. Bez niej nie ma oddechu, bez niej nie ma dziania się.
Zaczyna się zwyczajnie, ale potem nic nie jest zwyczajne. Niezwyczajny jest żar, jaki między nimi tli się cały czas, niezwyczajne jego wybuchy, wtedy gdy nadchodzi noc. Niezwyczajna jest rodzina Jade – wyzwoleni rodzice w hippisowsko-konserwatywnej Ameryce, która walczy sama ze sobą. Niezwyczajne jest to, że siedemnastoletni chłopak wprowadza się do swojej dziewczyny za przyzwoleniem jej rodziny. I cichym przyzwoleniem swojej własnej. Niezwyczajne jest to, że dostają od nich ogromne małżeńskie łoże, które ma kółka i które jeździ po całym pokoju, gdy kochają się co noc. Cała reszta jest niezwyczajna. I jedynym zwyczajnym w tym wszystkim jest to, że zmęczona nagłą dorosłością, którą niesie za sobą takie uczucie, taka dojrzałość seksualna i taki brak lekkich nastoletnich miłostek Jade, prosi ojca, żeby stanął między nią a Davidem. Chłopak ma zakaz wstępu do ich domu przez miesiąc. Jade chce pobyć dzieckiem. Ale David czuje się odrzucony, nie umie zdefiniować siebie poza Jade, poza jej uczuciem, więc ucieka się do drastycznego sposobu, by na nowo zyskać klucz do drzwi Butterfieldów. Mogłoby się wydawać, że gdy w kimś płonie ogień, to nie ma na to rady. Że David nie jest winien. Że odurzony swoim uczuciem przestał myśleć. Ale to on podpala zapałkę i rzuca ją, jak zapalnik bomby, prosto w sam środek rodziny – podpala ich dom. Myśli, że w ten sposób zyska znów ich przychylność – chce uratować całą rodzinę, stać się bohaterem, dać im dowód, że bez niego ich świat jest niepełny. Nie przewiduje tylko, że odurzeni narkotykami nie będą wiedzieli, w którą stronę iść do drzwi. Nie przewiduje, że ogień rozprzestrzenia się tak szybko, szybciej niż on niesie pomoc...
Okładka i tytuł sugerują przesłodzony romans dla nastolatków – on kocha, ona nie, albo obydwoje kochają, ale rodzice nie zgadzają się na ich uczucie, albo nikt nie kocha, a potem kochają wszyscy. Nie spodziewałam się tego, co przeczytam, tego, że wyczerpana emocjonalnie tą książką nie będę potrafiła czytać jej bez przerw, że będę musiała wychodzić na dwór, żeby w ogóle móc oddychać, że będzie tak ciężka, tak smutna, tak drastyczna. David jest nie tylko zakochany – jest zaczadzony, jest chory na miłość. Scala się z Jade bez żadnej przestrzeni między ich ciałami. To miłość, która nie pozwala oddychać, choć na początku wciąż jeszcze mają zapasy powietrza i wydaje się, że wszystko jest tak, jak być powinno. Sam David z perspektywy czasu patrząc na związek z Jade mówi „(...) objawy bezgranicznej miłości są identyczne dziś, jak przed tysiącem lat, podczas gdy normalne życie zmieniło się w tym czasie tysiąc razy i na tysiąc sposobów. Co zatem jest bardziej prawdziwe?” [s.194]. Jemu chodzi o to, że ich miłość była wyjątkowa, niezwykła, wspaniała. Ja widzę w tym miłość, która z wierzchu lśni,a w środku gnije. Gdy się w nią wgryziesz, zatruwa cię i szybko tracisz oddech od wdychania jej oparów.
To mocno psychologiczna powieść, taka w której każdy bohater rozebrany jest na części pierwsze – tu głowa, tu noga, tu brzuch, a w środku, pod mikroskopem, każdemu bije serce. I każde z tych serce jest jakoś zranione – jedno, bo kocha za mało, inne, bo kocha za wiele.
To z całą pewnością nie jest romans – to jakieś studium uzależnienia od drugiego człowieka. I nie mówię tu tylko o Jade i Davidzie – mówię o całej misternej sieci, jaka jest utkana pomiędzy bohaterami – jaka matka zazdrości swojej córce seksu? jaki ojciec dzięki synowi odnajduje w sobie męskość?
Nic w tej książce nie jest łatwe, nic nie jest lekkie, każdy oddech Davida, Jade niesie za sobą ciężar, jaki trudno jest udźwignąć.
Zastanawiam się, jak film na podstawie „Miłości bez granic” pokaże ten ogień, który spala bohaterów. Niezwykle łatwo będzie pokazać płonący dom, niezwykle trudno postawić przy nim człowieka, który płonie od środka.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

środa, 5 lutego 2014

PO CO SĄ NAGRODY?

ALICE MUNRO
„DROGIE ŻYCIE”
(TŁ. AGNIESZKA KUC)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013

Nie lubię opowiadań. Czytanie opowiadania, to jak żegnanie się z przyjacielem, nim jeszcze podaliście sobie ręce na dzień dobry. Gdy zdążę polubić bohatera lub nie, on już znika w szeleście przewracanych kartek i ginie pod kolejnym tytułem.
Ale nagrody literackie – w tym przypadku Literacki Nobel – są od tego, żeby iść ich śladem i sprawdzać – jeśli ta kapituła dostrzegła coś wartego uwagi, to może ja też zajrzę i sprawdzę? Kiedyś nawet miałam pomysł przeczytania wszystkich nagrodzonych noblistów. Żeby wyrobić sobie zdanie na temat tej nagrody, sprawdzić, jak bardzo moje gusta pokrywają się z gustami szanownego jury. Skapitulowałam, ale Munro tak długo brzęczała mi nad uchem – mówili, szeptali, krzyczeli o niej wszyscy - że się poddałam i zajrzałam.
Ani to rozczarowanie, ani nie...
Nie umiem się Munro zachwycić, ale też dobrze mi się te opowiadania czytało. Czasem nie rozumiem, o co jej chodzi, co chciała przekazać, jakim tropem szły jej myśli ubrane w konkretną postać, a czasem zapierało mi dech, że właśnie tak można poprowadzić narrację. Niby czasem duszne południe w tych opowiadaniach, a ciągle jest w nich zimno. Niby tyle ludzkich emocji, a nie czuję się jak w tyglu światów.
Bohaterowie są bardzo różni – mała dziewczynka, zapatrzona w swoją starszą siostrę i matkę, która ucieka od ojca, by żyć w końcu swoim życiem, starsza kobieta, która zaczyna mieć problemy z pamięcią i wyrusza do pobliskiego miasteczka na badanie do specjalisty, bogata kochanka z krótszą nogą i ubogi kochanek, bardzo przystojny i z żoną, mężczyzna, który wraca z wojny i tuż przed własną stacją, na której czeka jego przyszła żona, wyskakuje z pociągu i chroni się w domu nieznajomej kobiety...
Tysiące zdarzeń, tysiące myśli, wir charakterów...
A we wszystkim chodzi o ty, czy się dobrze swoje życie przeżyło – czy tak, jak to się planowało? Czy zostałeś tym, kim chciałeś być gdy dorośniesz?
Tytuł kojarzy mi się z nagłówkiem listu – ktoś pisze do życia i jeszcze nie wiemy, co mu chce powiedzieć. Jedni pewnie chcieliby zawrzeć w takim liście szczere podziękowania i dołączyć jakiś miły akcent – własnoręcznie zrobioną zakładkę do książki, albo kilka domowych ciasteczek przewiązanych ładną wstążeczką. Inni będę narzekać i wygrażać. A bohaterowie Munro? Mam wrażenie, że napisaliby to do-życiowe przywitanie i zastygliby nad kartką. Bo właściwie nie wiedzieliby co powiedzieć. Każdy z nich jest dla mnie trochę oniemiały – coś im się zdarza, ale zdarza się jakby obok nich. Jasne, że dotykają ich konsekwencje - ktoś stracił siostrę, do kogoś nie odzywa się mąż, ktoś traci zaufanie do tego, kto był mu najdroższy. Ale to wszystko dzieje się, jak przez gazę, jakby te postacie były troszkę od swojego życia oddzielone i nie emocjonowały się żadnym jego aspektem. Może odczuwam to w ten sposób dlatego, że Munro nie komentuje i nie pozwala tego robić swoim postaciom. Nikt nie płacze, a jeśli jest o tym mowa, to łzy dawno już wyschły. Nikt nie rzuca talerzem, a jeśli ktoś rzucił, to skorupy są już dawno na wysypisku śmieci. Nikt też nie kocha tak, jak powinno się kochać – dziko, szaleńczo, z mokrymi i nabrzmiałymi od pocałunków ustami. Jeśli jest romans , opiera się na chłodnej kalkulacji i nawet, gdy padają słowa „kocham cię”, to mają pokojową temperaturę. Te opowiadania są właściwie bez pointy, urwane, niezaakcentowane. To znaczy całe są jedną wielką pointą. Opowiadane z perspektywy czasu, nawet, jeśli dzieją się na naszych oczach – tak, jakby ten kto nam o wszystkim mówi, już dawno się ze wszystkim pogodził.
Nie pokochałam opowiadań dzięki Munro. Nie umiem powiedzieć – brawo, to zasłużony Nobel (choć gratuluję bardzo szczerze), bo znam tylko kawałek, tylko wycinek, jej twórczości. Ale nie wiem, czy jeszcze kiedyś podam jej rękę, żebyśmy szły w litery.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

wtorek, 4 lutego 2014

BOSKOPY, KOKSY, DRZEWA CIĘŻKIE OWOCAMI...

KATHARINA HAGENA
„SMAK PESTEK JABŁEK”
(TŁ. ALDONA ZANIEWSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

„Przez dziesiątki lat zintegrowała się w pełni z tym domem, i gdyby ktoś jej zrobił obdukcję, na podstawie zwojów jej mózgu albo układu żył w krwiobiegu , mógłby sporządzić plan poruszania się po domu.” [s.34]
A dom jest pełen zakamarków, sekretnych przejść, labiryntów zamków – jeden otwiera się dopiero wtedy, gdy drugi jest zamknięty i drzwi kuchenne wcale nie prowadzą z kuchni do świata, ani na odwrót. To stary dom, pełen własnych przyzwyczajeń i w podłodze wyrytych kroków.
Zaczyna się od pogrzebu, bo ta, która mapę domu miała wdrukowaną w serce, właśnie umiera. To babcia Bertha, która straciła siostrę, w czasie, gdy obie były jeszcze nastolatkami, która odziedziczyła po niej mężczyznę, która urodziła trzy córki i która spadła z drzewa, a potem nic już nie było takie samo – do drzwi jej głowy zapukała demencja.
Teraz Berthy już nie ma, choć pewnie krąży nieustannie po domu. Zapisała go w spadku Iris – najmłodszej w rodzinie. Czy myślała, że ona jako jedyna zechce tu zostać? Trzy córki Berthy poukładały sobie świat z dala od tego miejsca – jedna straciła w nim własną córkę, druga straciła w nim miłość, a trzecia straciła w nim siostry, bo z różnych powodów rozplotły się ręce z siostrzanego uścisku.
Iris jako jedyna myśli wciąż dobrze o tym domu. Na tydzień porzuca swoją pracę w bibliotece uniwersyteckiej i wchodzi w dom, żeby zobaczyć, co jej powie i jaką podjąć decyzję w sprawie jego przyjęcia. Zanurza się w przeszłość – otwiera szafę i wyciąga stare sukienki ciotek i babci – jako mała dziewczynka przebierała się w te same rzeczy i nie wyobraża sobie, by ten dom przemierzać w innych strojach. Teraz chce wejść w tamtą skórę, choć początkowo wydawała się za ciasna i sprawdzić dokąd zaprowadzi ją zatrzaśnięta na głucho pamięć.
To piękna, nastrojowa książka – słowa smakują w niej jabłkami – jedne boskopami, ulubionymi Anny, drugie pomarańczowymi koksami, które wolała Bertha. Jabłka są wszędzie – na drzewach, w słoikach, we wspomnieniach i trzeba po prostu nauczyć się je zbierać i robić z nich dżem, galaretkę, przecier, żeby nie uronić nic z tego, czym może podzielić się dom. Jest też miłość, czasem pachnąca jabłkami, ale niepewna, świeża, jeszcze niedojrzała. Jest też mnóstwo zazdrości, te specyficzne uczucia, jakie można określić tylko mianem siostrzanych, są jakieś śmierci i nawet trochę magii, bo jedna z ciotek Iris krzesa iskry z dłoni.
Gdy czytałam tę książkę o palce ocierało mi się rozpalone lato, ciężkie od wypadków, żarzące się mnóstwem emocji i niedopowiedzeń. Nic tu nie jest oczywiste, do ogryzka trzeba drążyć długo przez miąższ zdarzeń. Zanurzyłam się w niej i nie potrzebowałam wychodzić na zewnątrz, żeby zaczerpnąć powietrza – chciałam tylko nasycić się zapachem i smakiem owoców – nawet wiedząc, że pestki w środku są trujące...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

środa, 15 stycznia 2014

ECHOKARDIOGRAM

PRISCILLE SIBLEY
„OBIETNICA GWIEZDNEGO PYŁU”
(TŁ. DOMINIKA LEWANDOWSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

„Prawie każdego dnia Elle zostawiała parę słów na szkle i kiedy brałem prysznic, jej wiadomość mi się objawiała. Czasem był to fragment wiersza. Lubiła Dickinson, Thomasa, Rossetti. Czasem pisała po prostu 'Uratuj dziś życie' albo 'Kocham cię'. A ja uśmiechałem się, po czym wycierałem lustro zanim zacząłem się golić.” [s.148]
Tamtego dnia też napisała wiadomość, trochę enigmatyczną, choć wydawało się, że taka prosta i jasna...
Ale tamtego dnia całe światło zniknęło. Jeden telefon, wezwanie do szpitala, nagle okazuje się, że świat Matta już nigdy nie będzie oświetlony – w oczach jego żony, Elle, już nie ma ognia. Spadła z drabiny, myjąc okna w domu swojego brata. Nieszczęśliwy wypadek, nieszczęśliwy kamień na drodze, nieszczęśliwa głowa, upadająca i roztrzaskująca się na dwa kawałki. Chochlik losu, niby psikus, bo Elle była astronautką, bo wcześniej zdobyła kosmos, bo igrała z przyciąganiem ziemskim – może teraz odpłaciło się za to jego ignorowanie?
Matt przychodzi pożegnać się z żoną – dużo rozmawiali o godnym odchodzeniu. Gdy Elle była nastolatką jej matka umierała na raka, przez kilka miesięcy leżała w śpiączce, targana nieznośnym bólem i trzymana przy złym życiu przez zakochanego w niej męża, który wciąż miał nadzieję na medyczny cud. Elle zawsze powtarzała – gdyby stało się ze mną coś takiego, odłączcie wszystkie aparatury – nie pozwólcie mi umierać w ten sposób! Podpisała nawet testament życia, w którym kategorycznie skreśliła wszelkie formy ratowania jej życia, które lekarze chcieliby podjąć wbrew oddychaniu. Matt to rozumie, choć ciężkie ma dłonie, wie, że będzie w stanie odłączyć ją od aparatury – jest neurochirurgiem, doskonale zdaje sobie sprawę, że mózg Elle już nie działa, a w mózgu przecież była cała ona. Już, już ktoś ma odciąć dopływ tlenu i pozwolić kobiecie spokojnie odlecieć, gdy okazuje się, że w jej łonie bije serce – Elle jest w ciąży.
Nikt nie ma prawa teraz odbierać jej oddechu – dziecko to było jej największe marzenie, większe nawet niż cały kosmos.
Matt staje do walki o to, by do czasu porodu Elle utrzymywać przy życiu. Staje do walki nawet z własną matką – bo ośmiotygodniowe serce w brzuchu Elle bije...
Pytanie tylko, czego chciałaby Elle – pytanie, którego nie można już zadać.
To książka niesamowita, książka której nie czyta się łatwo – łzy zalewają oczy i nie widać liter, serce zalewa trwoga i w głowie powstają pytania o wieczność i istotę człowieczeństwa. Sibley, choć to jej debiut powieściowy, świetnie wie, czym dotknąć, żeby zabolało czytelnika, żeby wahał się w wyborze, żeby krążył od opcji do opcji, żeby pożerał książę wygłodniałym pragnieniem poznania zakończenia. Daje świetną historię, pełną napięć, drgań, iskrzenia.
W tej książce spotkało się wiele nieszczęść razem – rękę podały sobie śmierć, rozpacz tych, którzy zostają, pragnienie dziecka, które nie chce przyjść na świat i decyzja, czy wyciąć najbliższej osobie serce, wątrobę i rogówkę z oczu. A nad wszystkim stoi jeszcze Szanowny Pan Dylemat Moralny. Co zrobić? - każdy z bohaterów książki zada sobie to pytanie choć jeden raz.
Takie książki czyta się trochę jak zaklinanie losu – jeśli się coś już wydarzy, nawet tylko w literach, połykanych pospiesznie w ciemną noc, to może nie dotknie już mnie? Może przejdzie bokiem każde nieszczęście? Może bilans zysków i strat zgodzi się, jeśli jakaś matka i jakieś dziecko umrą tylko w powieści? Może narracja ocali kogoś prawdziwego? To ten rodzaj książki, po przeczytaniu której idzie się do dziecięcego pokoju i przykrywa swoje dziecko, gładząc go po twarzy, a potem stoi się kilka minut i nawet nie myśli. To ten rodzaj książki, nad którym się płacze, bo inaczej się nie da. To ten rodzaj książki, który się przeżywa – nie do końca ważne, jakim jezykiem jest napisana, najważniejsze, że dobiera się wprost do naszego serca i ściska je tak mocno, że aż brakuje tchu.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

wtorek, 14 stycznia 2014

POGROMCZYNI SŁÓW

KAREN RUSSELL
„SWAMPLANDIA!”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-BENEDYK)
BONA, KRAKÓW 2013

Jest takie miejsce na ziemi, w którym mieszka dziewięćdziesiąt osiem aligatorów. Każdy z nich ma imię. Ale każde z tych imion to Seth. Kiedyś istniał wielki Seth nad Sethami – upolował go Dziadek Ząb Piły. Od niego zaczęła się cała Swamplandia!, choć jeszcze wtedy była wielkim rozlewiskiem, nieosuszonym bagiennym terenem na Florydzie, którą Ząb Piły i jego żona Risa kupili w ciemno.
Potem było osuszanie. A potem nastał czas plemienia Wielkie Drzewo z Dziesięciu Tysięcy Wysp. Choć żaden członek plemienia nie był czerwonoskóry, nie przeszkadzało im to ubierać głów w indiańskie pióropusze, ojca nazywać Wodzem i chodzić w mokasynach. A każdy z nich doskonale wiedział, w którym miejscu uchwycić szczękę aligatora, żeby móc go poskromić. Plemię to tak naprawdę rodzina Bigtree – dziadek, ojciec, olśniewająca matka, Hilola, zwana Centaurem z bagien, gwiazda Swamplandii!, która w swoim popisowym numerze pływała w wielkim basenie pełnym aligatorów i trójka dzieci – Kiwi, Osceola i najmłodsza Ava. Wszyscy żyją w zamkniętym świecie wyspy, dzieci uczą się w domu, raz na tydzień prom przywozi wraz z turystami zapas mrożonek na najbliższy czas i odpływa. A Kiwi, Ossie i Ava w wolnym czasie bawią się w miasto i kupują od jedynego „lądowego” kolegi artefakty z zewnętrznego świata - zeszyt do matematyki albo gumkę do ścierania - ze świata, który nic nie wie o Swamplandii!.
A Swamplandia! to park rozrywki, w którym wszędzie można spotkać artefakty z życia rodziny Bigtree – jakieś za małe już mokasyny, sukienkę ślubną Hilolii czy czapeczkę z ich podobiznami, aligatory sennie wygrzewające się na słońcu, jedną maszynę z popcornem, jednego Wodza i jedną gwiazdę. Hilola jest znana w całym stanie i przyciąga do Swamplandii! na tyle dużo turystów, że dziewięćdziesiąt osiem aligatorów wciąż ma co jeść. Dopóki sama nie zostaje zjedzona. I to nie przez aligatora – była przecież najlepsza! Zjada ją rak – nie powoli, dzieje się to bardzo szybko i na oczach całej rodziny. Zrozpaczeni, zagubieni zostają sami i nikt nie potrafi poradzić sobie z pustym miejscem, z powietrzem wydymającym jej kostium, z tym, że nie ma kto zrobić prania i z tym, że na widowni zasiada coraz mniej turystów.
Każdy z nich musi znaleźć swój sposób na dalsze życie – Swamplandia! upada, więc Wódz opracowuje plan ratowania dorobku swojego życia, dziadek dostaje starczej demencji i ląduje w domu opieki, Kiwi ucieka z wyspy na ląd i zatrudnia się u konkurencji, żeby spłacić swamplandzkie długi, Ossie zakochuje się w duchu i tylko Ava chce, żeby wszystko było jak dawniej i żeby ktoś prał jej ubrania, czesał włosy i karmił, nawet jeśli na obiad miałoby być spaghetti niespodzianka. I żeby nadal uczył ją, jak zostać najlepszą pogromczynią aligatorów na świecie!
To książka z pogranicza jawy i snu, w której pojawiają się oprócz duchów także czerwone aligatory, wyprawa do Podziemi i Ptasznik, który umie rozmawiać z ptakami. To tak, jakby to, co dzieje się w dziecięcej głowie wyszło na zewnątrz i zalało świat – wszystko to, co piękne, co nieoczekiwane i zaskakujące, ale też wszystkie te przerażające rzeczy, których jako dorośli przestaliśmy się bać. Niby. Bo to książka o lękach pierwotnych. I o tym, że największym, najstraszniejszym lękiem każdego człowieka jest utrata rodziny.
To także książka o zderzeniu różnych światopoglądów. A różne światopoglądy biorą się z oglądania różnych światów. Ava, Ossie i Kiwi żyją w odseparowanym od świata rzeczywistego. Jedzą co innego, ubierają się inaczej, a przyzwyczajenia językowe czerpią ze sceny i z pływającej biblioteki – barki z zamokłymi, zatęchłymi książkami sprzed kilkudziesięciu lat. Nie umieją poruszać się po lądzie, to na nim bujają się, jakby chodzili po wodzie. Ava nie wyobrażała sobie siebie w żadnej innej roli, niż pogromczyni aligatorów, bo nie zna żadnej innej roli. Owszem, pewnie wie, że istnieją lekarze (mają nawet lekarza rodzinnego), że istnieją sprzedawczynie w sklepach i kierowcy ciężarówek, ale jej świat sprowadza się do sprzedawania popcornu w budce przy wejściu, karmienia Sethów i liczenia turystów. To jej świat, jej dom, jej istnienie – nie chce innego.
Nie mam dobrych słów na tę książkę. Nie mam słów, które powiedziałyby o niej cała prawdę. To świetna, genialna proza, coś odkrywczego, świeżego i coś, co wprawiło mnie w zdumienie i podziw. Jak to się dzieje, że ktoś tak widowiskowo poskramia słowa? Skąd uczył się władzy nad nimi, że się tak pięknie układają? Jakimi sztuczkami treserskimi je ćwiczy, że tworzą takie popisy i artystyczne występy?
Zazdroszczę Karen Russel tej komitywy z językiem, zazdroszczę Marcie Bręgiel-Benedyk, że tak przeskakuje z języka do języka i że umie tak mówić swoimi-nieswoimi słowami. Zazdroszczę, że ktoś może napisać coś tak pięknego z prostych, zwykłych słów. Zazdroszczę, że „wolno mi było spać, aż po głębokie żółtko popołudnia (...)” [s.103] i że „czułam, że pinezki moich kolan lśnią mi niczym bliźniacze słońca” [s.176].


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa BONA]

piątek, 3 stycznia 2014

NIEMYŚLENIE

VANESSA GREENE
„KLUB PORCELANOWEJ FILIŻANKI”
(TŁ. BARBARA GÓRECKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2013

Jaka powinna być leniwa niedziela? Powinna pachnieć dobrą herbatą, zaparzaną koniecznie w filiżance, a nie jak co dzień w ogromnym kubku. Powinna być troszkę banalna i troszkę przewidywalna. Tak, żeby można było leniwie machać nagą stopą i nie myśleć. Ale powinna też troszkę ekscytować, żeby w tym lenistwie znaleźć upodobanie.
„Klub porcelanowej filiżanki” to lektura wydana właśnie w serii „Leniwa niedziela”.
Idealnie trafia w niedzielne nic-nie-robienie. Idealnie trafia w smak ciasta, które się wtedy je podwójnie – strasznie słodki, tak, że wydaje się, że się nie da rady, a potem sięga się po jeszcze jeden kawałek, wyczuwając drobinki kwaśnej cytryny pomiędzy bitą śmietaną i czekoladą.
Poranek w Charlesworth, targ staroci. Jedno ze stoisk przyciąga młoda dziewczynę. Częściowo zapakowany w gazetę leży tam serwis do herbaty w niezapominajki. Wzór, złocone brzegi i dzbanuszek do mleka w komplecie hipnotyzuje dziewczynę i oniemiała nie dość szybko wyciąga dłoń po zdobycz. W tym samym czasie dwie inne ręce chwytają filiżanki – jedna zadbana, z idealnymi paznokciami, a druga już niemłoda, ale ciągle piękna. W sercu dziewczyny drga coś i postanawia nie ustępować. Trzy kobiety patrzą sobie w oczy i podejmują decyzję – serwis kupią wspólnie. Najpierw weźmie go Jenny – za kilka miesięcy jej ślub, planuje podwieczorek, stylowy i niebanalny i zbiera zastawę – ma mało pieniędzy, więc targi staroci i sklepy charytatywne to jej jedyna szansa na uzbieranie stu filiżanek ze spodeczkami. Maggie będzie druga – ona z kolei organizuje śluby, ma własną firmę, która zajmuje się tym profesjonalnie. Czeka ją przygotowanie ogromnej uroczystości dla bogatej modelki – pomysł klientki to przyjęcie z motywami z „Alicji po drugiej stronie lustra”, więc piękne, eleganckie filiżanki są jej bardzo potrzebne. Na końcu naczynia weźmie Alison – zrobi z nich świece i sprzeda na aukcji internetowej.
Filiżanki nagle łączą trzy różne kobiety. Młodą zahukaną Jenny, której matka wyprowadziła się z domu, gdy dziewczynka miała kilka lat, zabierając ze sobą przynajmniej połowę jej pewności siebie; Maggie – rozwódkę, która kocha rośliny bardziej niż siebie samą i wierzy, że rozwód był jedną z najlepszych decyzji w jej życiu; Alison, matkę dwójki dorastających dziewcząt, żonę męża na bezrobociu i właścicielkę psa, który właśnie podkopał się pod płotem i zniszczył ogród sąsiadów. Każda z nich potrzebuje dwóch pozostałych i nawet o tym nie wiedziała, dopóki wszystkie trzy nie popatrzyły na te same filiżanki z niezapominajkami.
Oczywiście, że ta powieść jest w dużej mierze przewidywalna, że kontakty trzech kobiet rozwinęły się w iście amerykańskim tempie i po pięciu sekundach zwierzają się sobie z całego życia wewnętrznego i zewnętrznego – i to razi sztucznością, bo takie rzeczy to tylko w USA, oczywiście, że tematy zbuntowanych nastolatek, zdradzanych żon, wątpliwości przedmałżeńskich, porzuconych dzieci i bankructwa pojawiają się w co drugiej książce, ale ostatecznie – z tego składa się życie – ze zdrad, romansów, miłości, obiekcji, marzeń, aspiracji i kolegów gejów, którzy otwierają własną klubokawiarnię. I może trochę mniej z tych szczęśliwych zbiegów okoliczności, które towarzyszą zawsze prozie tak zwanej kobiecej. Ale też są, bo w końcu skądś bierze się nasza wiara w cuda!
I obok banalności tej leniwej, cotygodniowej niedzieli ja podziwiam ślub w bajkowym stylu, gdzie na przyjęcie weselne wchodzi się przez tunel, imitujący króliczą norę; podoba mi się pomysł, że krucha porcelana na targu staroci może zaklinać w sobie przyjaźń. A nade wszystko unoszę się na lekkości tej książki, na tym, że „stałyśmy oparte o barierkę, spoglądając na morze. Lizałam lody śmietankowe i zaśmiewałam się z daremnych wysiłków Maggie, aby przytrzymać wydymaną wiatrem spódnicę. W dole na kamienistej plaży przed nami starszy mężczyzna rzucał piłeczkę tenisową swojemu golden retriverowi. Dwa kolorowe latawce splątały się w powietrzu. - Może weźmiemy butelkę wina i zrobimy sobie piknik na plaży? - zaproponowałam dziewczynom” [s.91], na leniwej niedzieli, w której moim jedynym zadaniem jest niemyślenie...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki]