czwartek, 2 lutego 2012

PIERWSZY RAZ (A MOŻE ZAMARZŁA MI WRAŻLIWOŚĆ?)

To okropne uczucie. Wszystko boli. Nie poznaję siebie. Nie wierzę w to kim jestem - mam nadzieję chwilowo...

Pierwszy raz dopadła mnie niemoc czytelnicza. Dopadł mnie książkowstręt. Uderzyła w głowę niemożność czytania. Omijam księgarnie (do EMPIKu wchodzę tylko, żeby popatrzeć na nowości kulinarne i gazety). Żadna książka nie chce mnie sobą zafascynować. Czytam "Tekstylia" - czaruje mnie fantastyczne poczuce humoru autora, ale kompletnie nie jestem zainteresowana losami bohaterów. Książka ma 240 stron, a ja czytam ja od ponad dwóch tygodni....

W międzyczasie odłożyłam "Dom z pyłu i snów" zrażona językiem, "Zanim spłonę" po kilkunastu przeczytanych stronach (złapałam się na tym, że myślę bardziej o tym, co zjem na kolację, niż o tym, co się dzieje w książce), nie mam narazie ochoty na "Trzy małpy", ani na "Tańczącego z lwami". Czy to mija? Czy to dlatego, że jest tak zimno, że marzną mi stopy w kozakach do kolan? Czy to dlatego, że w tramwaju nie mam odwagi zdjąć rękawiczek, a w rękawiczkach, szczególnie dwupalczastych, ciężko przerzucać strony? Czy jestem niedźwiedziem, co zapadł w sen zimowy i tak naprawdę śni sobie zimny styczeń/luty? I do jakiego lekarza się z tym chodzi? Jakie się na to bierze lekarstwa? Przecież książki to część mojego ciała - jak stopa, czy oko... A teraz się z nimi pokłóciłam i jakoś ciężko mi się jest. Szczególnie ciężko być mi sobą bez czytania. Szukam recpety. Szukam książki, która mnie połknie i nie pozwoli wyjść. I wrócę do kartkowania niespokojnego o 2 nad ranem. I do światów wyimaginowanych, dzięki którym mój, ten niby-realny, jest pełniejszy. I do mowy zaczarowanej chcę wrócić. Bo na razie wszystkie tomiki poezji oddałam do biblioteki i nie rozumiem wierszy....

I jeszcze tyko płaczę za Szymborską... Choć umarła we śnie, spokojnie i może już byłą zmęczona...

niedziela, 15 stycznia 2012

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 13 – SPONSOROWANY

Biblia jest przepełniona poezją…. Czasem to poezja krwawa, czasem filozoficzna, czasem miłosna. Mam dwa ukochane fragmenty. A dziś o jednym i z zupełnie nieoczekiwanego powodu.
„Pieśń nad pieśniami” – wiadomo, to o Jezusie i Kościele, każdy, kto choć raz był na lekcji religii wie… Ale, gdy sięgam po te strofy – wybaczcie – jestem największą poganką na ziemi! To dla mnie tak zmysłowy, tak mocno sensualny utwór, że nie mogę go w żaden sposób odnosić do Ojca w niebiesiech (pomijam to drażliwy temat wiary/niewiary). 
To wiersz tak wielki, tak mocno miłosny, że gdy go czytam, czuję w palcach przewracających strony książki pulsujące serce. Biegnące do drugiego serca. Czuję zapach włosów, potu, śliny. Czuję rozgrzane latem gorąco, ziemię, na której leżą kochankowie….
A najbardziej lubię, gdy „Pieśń nad pieśniami” melorecytuje Michał Żebrowski.
I tu zaczyna się część sponsorowana :-)  Bo tu zaczyna się powiązanie poezji, Żebrowskiego, konkursu i prywaty :-)

Biblia Gdańska - Pieśń nad Pieśniami 
Rozdział 7 ( 1 - 11 )
1 O jako piękne są nogi twoje w trzewikach, o córko książęca! Opasania biódr twoich są jako zawieszenia, ręką dobrego rzemieślnika urobione.
2 Pępek twój jako czasza okrągła, która nie jest bez napoju; brzuch twój jest jako bróg pszenicy osadzony lilijami.
3 Obie piersi twoje są jako dwoje bliźniąt młodych sarniąt.
4 Szyja twoja jako wieża z kości słoniowych; oczy twoje jako sadzawki w Hesebon podle bramy Batrabim; nos twój jako wieża na Libanie, która patrzy ku Damaszkowi.
5 Głowa twoja na tobie jako Karmel, a włosy głowy twojej jako szarłat
6 Król widząc cię byłby jako przywiązany na gankach swoich.
7 O jakożeś piękna, i jako wdzięczna, o miłości przerozkoszna!
8 Ten twój wzrost podobny jest palmie, a piersi twoje gronom.
9 Rzekłem: Wstąpię na palmę, dosięgnę wierzchów jej. Niechajże mi tedy będą piersi twoje jako grona winne, a wonność nozdrzy twoich jako jabłek wonnych;
10 A usta twoje jako wino wyborne, które na prost bardzo mile płynie i sprawuje, że mówią wargi śpiących.
11 Jam jest miłego mego, a do mnie jest żądza jego.



Wcale a wcale nie miałam zamiaru zgłaszać siebie i Kafki znad morza na salony konkursowe. I wcale a wcale nie liczę/nie myślę/nie marzę o nagrodzie. Towarzystwo i rozmach, z jakim przygotowany jest ten konkurs, nie pozwalają mi na to. Ale zdecydowałam się na z jednego, jedynego powodu (no z dwóch, bo drugi jest taki, że Mąż obiecał, iż wyśle sms z głosem na mojego bloga) – jurorem w kategorii KULTURA, w której startuję, jest Michał Żebrowski. A ja go niesamowicie cenię. Za kulturę właśnie. Za „Pręgi”. Za „Małego księcia” i „Baśnie” Andersena w wersji audio. Za Teatr 6.Piętro, choć niestety nigdy nie miałam okazji (jeszcze!) w nim być. I nie będę ukrywać mojej fascynacji jego cudownym głosem, bo jaki sens ma takie ukrywanie? Głos ma kołysankowy, mruczliwy i prze-romantyczny…
Więc Kafka i ja wypełniliśmy zgłoszenie tylko z taką nadzieją, że być może, cudem i trafem, Michał Żebrowski będzie miał okazję tu zajrzeć. 
Chciałabym…

Więc taki mam apel o sms – 7122 o treści E00051 – cel szczytny, bo pieniądze z sms idą na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych. Więc warto choćby z tego powodu…
Warto do 19 stycznia, bo taki termin…

Dziękuję za uwagę :-)

 

wtorek, 10 stycznia 2012

GDY CZYTAM „DALLAS ‘63” MAM KRÓLICZE USZY

STEPHEN KING
„DALLAS ‘63”
(TŁ. TOMASZ WILUSZ)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011 

Moi Rodzice kupili sobie ostatnio skaner slajdów. Odnaleźli stare negatywy, slajdy i wszystko digitalizują, żeby zachować na dłużej. Pierwszy raz zobaczyłam kawałek nieistniejącego już domu mojego Taty. Oni pierwszy raz zobaczyli zdjęcia, o których już nawet nie pamiętali, że istnieją. Uśmiechają się, wspominając osoby, których już nie ma, albo takie, z którymi stracili kontakt. Ja się uśmiecham, bo widzę, jak prosta jest przeszłość na tych zdjęciach, w ich głowach. Człowiek ma taki niesamowity dar, żeby wypierać z pamiętania, to, co bolało. W zamian jest smak pierwszego wina, pierwszego pocałunku i te wszystkie dobre śmiechy, które się wydarzyły. Nikt nie pamięta kłótni. Każdy chce pamiętać wyznania miłości.
Piszę o tym w związku z najnowszą książką Stephena Kinga „Dallas ‘63”. Broniłam się przed nią, bo King jest różny. Nie przepadam za jego horrorami, za zmyślonymi postaciami, gryzącymi w kostkę, choć doceniam kunszt każdej z jego powieści. Skusiła mnie jednak Ameryka lat 60 – dzieci kwiaty, coca-cola, zwana cocą (czy jeszcze wtedy w składzie faktycznie miała kokainę?), rock’n’roll (choć okazało się, że popularniejszy był lindy hop) i ten niepowtarzalny klimat, jaki ma tylko tamten czas. No i najbardziej skusiło mnie:
„Nigdy nie będzie takiego lata 
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma 
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna 
Nigdy nie będzie takiego lata”
(Świetliki „Finlandia” - fragment)
Chciałam widzieć tę różowość, tę nostalgię, tę radość, przyprószoną melancholią, która cechuje wspominanie przeszłości. A „Dallas ‘63” to monumentalny hołd Kinga dla Ameryki, która istniała, gdy miał kilkanaście lat.
Fabuła jest bowiem osnuta na science-ficiotowym powrocie do Ameryki lat sześćdziesiątych. Jake Eppieng, nauczyciel angielskiego, w skutek dziwnego splotu okoliczności, zostaje zaproszony do króliczej nory. Królicza nora to robocza nazwa tunelu czasoprzestrzennego – jego przyjaciel z baru Al, w którym Jake się stołuje, znajduje taki w swojej spiżarni. Teraz jest chory, podaje już dłoń śmierci. Ale ma misję, wobec której musi być pokorny. Woła Jake’a i prosi go, żeby przeszedł tunelem do roku 1958 (to zawsze jest ten rok, zawsze to samo popołudnie, zawsze ta sama pora roku) i przygotował zamach. Tym razem celem zamachu ma być zamachowiec – Lee Harley Oswald, który zabił prezydenta Stanów Zjednoczonych – słynnego, opłakiwanego po dziś dzień JFK. Według Ala jeśli Jake powstrzyma ten zamach Ameryka będzie lepsza, Amerykanie będą szczęśliwsi, spokojniejsi, nie wydarzy się wojna w Wietnamie, a więc nie wydarzy się wiele śmierci. To było sensem jego życia – nie zdążył go wypełnić – sensem ostatnim staje się przekonanie Jake’a. Tak rodzi się zgoda. I tak rodzi się George Amberson, który wraz z ratowaniem JFK niesie na barkach kilka swoich własnych misji.
I, co najważniejsze, poznaje miłość swego życia, miłość starszą od niego o ponad czterdzieści lat, choć mają lat tyle samo, a nawet Jake jest starszy. Miłość, która staje się wyzwoleniem. Miłość, która jest w kolejce zawsze przed prezydentem. Miłość, która może sprawić, że jednak w 1963 padnie strzał. Miłosć, któ®a ma moc zasypywania Króliczej nory…
Świetna książka, pełna tej niesamowitej atmosfery amerykańskiej. Tak właśnie wyobrażam sobie te czasy. Tak, jak pisze o nich King. Słodko i spokojnie. Sam Jake vel George jest zachwycony. Smakuje dobrze znane napoje i czuje pełniejszy smak. Zjada potrawy, które kosztują grosze i nie mieszczą się na talerzu. Wynajmuje mieszkania, na które w przyszłości nie byłoby go stać. Kwietnie. Nie jest bezkrytyczny – ja też nie. To czasy totalnego rasizmu, gdy toaleta dla czarnych to deska postawiona nad strumieniem, z której mają korzystać bez względu na warunki atmosferyczne. To czasy, gdy są lokale, hotele, szkoły, sklepy tylko dla kolorowych. Czasy, gdy kolor skóry jest na pierwszym miejscu w każdych kontaktach. To mierzi, boli, budzi niezrozumienie. I zarazem zamyka Jake’owi kilka drzwi – te bary, w których zapewne grają fantastyczni jazzmani, gdzie rodzi się najlepsza amerykańska muzyka… Szkoda, że tam nie mogłam wejść, że nie mogłam usiąść w kącie i posłuchać. Ale też King, urodzony w 1947 roku, takiej Ameryki pewnie nie znał. Jest biały, więc pewnie ograniczał się do terytorium, dostępnego dla białych. Widoczna jest co prawda w „Dallas ‘63” ta tęsknota za tymi miejscami, za tym czarownym światem, którego nie można zobaczyć nawet przez dziurkę od klucza, jakiś żal za straconymi okazjami. Ale mimo wszystko jest też soczysty zielony kolor trawy, fantastyczne spódnice, inne przekleństwa, niż dziś, takie staroświeckie i z przymrużeniem oka, widać sok pomarańczowy wyciskany ze świeżych pomarańczy i piwo korzenne, które nigdy już nie będzie tak smakowało.
I widać świetnie poprowadzonych bohaterów – nie papierowych, a żywych, cielistych, prawdziwych, budzących autentyczną sympatię, albo odrazę. Psychologicznie realnych. Krwistych.
W pewnej chwili Jake mówi coś, co doskonale współistnieje z książką Kinga: „Uczę angielskiego. Uwielbiam dobre historie.” [s.785] To kwintesencja jego twórczości – dobre historie, które czyta się, mimo, iż mają 850 stron i zajmują pół miesiąca. Pogryza się ciasteczka, żeby zająć czymś ręce i nie ulec pokusie zajrzenia na ostatnią stronę i sprawdzenia, czy z bohaterami wszystko w porządku – kto przeżył, a kto nie. Czy wielka miłość wykipi i zaleje cały świat, czy zginie, umrze, odejdzie. 
Czy prezydent przeżyje?

KALOSZE ZIMĄ, CZYLI TYDZIEŃ WRACA NA UTARTE TORY

Ułożyłam tytuł, zapisałam go nawet i gotowanie zupy oderwało mnie od komputera. Poszłam, a gdy wróciłam dziś rano za oknem już był śnieg. Zima mnie rozbawiła i dała mi prztyczka w nos.
A chciałam o tym, że kilka dni temu szłam z rozłożonym nad głową fioletowym parasolem i w czarnych kaloszach których zawsze jestem trochę dzieckiem – bo mogę skakać po kałużach i nie mam mokrych stóp, bo mogę skakać po kałużach i udawać, że to dlatego, że się spieszę na autobus.
A chciałabym się już nie spieszyć…

Końcówka roku była zapłakana. Odszedł ktoś z mojej rodziny i dziwne to były święta. Były też wesołe, bo była moja Rodzina: Brat był, Mąż, Rodzice i Dziewczyna, którą wybrał Brat. 
Była dawno nie widziana Przyjaciółka z dzieciństwa, z którą wymyślałam kiedyś maszynę do jajecznicy. Był człowiek, którego nie widziałam jakiś milion lat świetlnych, a który okazał się milion razy lepszy od moich wyobrażeń – ktoś, kogo inteligencję, maniery i poczucie humoru podziwiam i chciałabym być po części taka jak On. Potem ktoś zachorował, ale za to Brat wybrał dziewczynę na poważnie – dał jej pierścionek i ozłocił wejście w 2012. Więc płakałam z żalu, z bezsilności, z bólu, ale też z czystej radości, z nadzieją, ze śmiechu. Huśtałam się we wszystkie strony – do samego nieba i zaraz spadałam uderzając niemal głową o ziemię. Nie uderzyłam tak naprawdę ani razu, ale w tym dziwnym, szalonym czasie nie mogłam pisać i czytać. Nie mogłam zaglądać do skrzynki wirtualnej dłużej niż na kilka minut. Taki pokręcony okres. Taki, że zimą chodziłam w kaloszach. 

Ale chyba jest dobrze. Bo dziś dotknęłam śniegu. I mimo, że nie lubię zimna, to się uśmiechnęłam. Może niedźwiedzie zasną, może ja się obudzę. Zaraz idę gotować zupę, zrobię rozgrzewającą sałatkę meksykańską i wypiję kubek białej herbaty z trawą cytrynową. Będę rozgrzewać się jedzeniem, a potem poczytam, żeby mi było ciepło w duszę. 

A.A.MILNE
„NIEDŹWIEDŹ W FUTRZE”

Gdybym był niedźwiedziem
  Dosyć dużym już,
Tobym się nie biedził,
  Że jest śnieg i mróz.
Mówiłbym: śnieg, zima,
  Mroźno, co mi tam!
Ja ciepło się trzymam,
  Bo ja futro mam.

I miałbym płaszcz i czapkę, i buty futrzane,
Miałbym brązowe spodnie futrem ocieplane
I na łapach futrzane rękawiczki,
I futrzanym szalikiem chroniłbym policzki.
I cały taki z futra – lepiej być nie może! –
Spałbym do końca zimy w futrzanym śpiworze.

Słodkich snów misiu, słodkiej herbaty wszyscy przebudzeni.

czwartek, 22 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. BONUS TRACK

Nie ma niedzieli. 
Ale będzie poezja. 
Bo dzień jest wyjątkowy.
Dziś 10 rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Dziesięć lat go nie ma, a ja patrzę na to ze zdumieniem. Bo pamiętam, jak otwierałam kartony z bombkami, gdy usłyszałam, że już nie jest... Na palcach obliczałam ile miał lat, gdy umarł. Zachłysnęłam się zdziwieniem i miałam ogromne oczy. Przerażone. I słuchałam potem w telewizji piosenek puszczanych częściej niż zwykle. Nie lubię tego. Tego doceniania tuż po śmierci. Tego doceniania na chwilę. Pośmiertnie przyznany order. Cała uwaga skupiona na… A przecież dobre teksty pisał za życia. Teraz, gdy nie ma już ciała, nie może utrzymać w dłoni pióra. Pewnie poniekąd wpiszę się w to moje nie-lubienie. Ale piszę o Ciechowskim z punktu widzenia słuchaczki, która znała go zanim umarł. Która nie kupiła jego płyty dwa dni po śmierci mówiąc „Bo teraz będą drogie” (tak ostatnio usłyszałam o płycie Villas). 
10 lat traktuję jako pretekst. A ‘Bonus track’ jako znicz. Taki, który zapalam dla niego, mówiąc, że cenię go nadal jako artystę. Że nadal ciarki mi chodzą po plecach, gdy pyta „Gdzie wszyscy moi przyjaciele?”. I że zawsze, gdy słyszę „Najpierw Ty, długo, długo nic, tylko Ty – dla Ciebie piszę” – to wcale nie śpiewam tych wersów do mamony, a do Męża. I że większość tekstów na mojej ulubionej płycie Kasi Groniec „Mężczyźni” jest jego - i tak samo ukochany mój utwór Fiolki „Komu ja”…
I jeszcze, jako powód, żeby napisać o moim ulubionym wierszu. Bo może ktoś nie wie, że Ciechowski wydał tomik wierszy. 

Acha, moja szkolna przyjaciółka, kupiła tomik dla swojego chłopaka M.K. Szłyśmy do szkoły, było ciepło. Po drodze czytałyśmy wiersze z tomiku. Komentowałyśmy. Pełne wzburzenia i momentami oszalałe z zachwytu. To M.K. – wielki fan Obywatela GC – uświadomił nam istnienie „Wokół niej”. Nagle ten wiersz. I cisza w nas zapadła, bo do jego zrozumienia trzeba znać angielskiego ciut, ciut… A my nie bardzo wiedziałyśmy, co znaczy tytuł. Zachwycone treścią nie do końca znajdowałyśmy sens. Konsternacja. I wtedy, gdy w słońcu zbiegałyśmy w dół ulicą Norwida, Achę napadło olśnienie – Remote Control to pilot – taki od telewizora na przykład…
Tym wierszem przygotowuję się na Boże Narodzenie. Tym wierszem też wierzę, że – będzie banał! – Grzegorz jest w lepszym świecie. Tym wierszem uśmiecham się i chcę zdmuchiwać dmuchawce, mimo, że już nie będą na powrót kuliste. Tym wierszem wiem, że jestem mała. I że chyba ktoś jednak stworzył ogień. Że Coś jest, a o tym, Co jest można pomyśleć nad brzegiem morza. Tym wierszem zachwycam się – bo jak wielką siłę ma odwrócenie wszystkiego co istnieje i dociekanie początku. Bo „porody do podniecenia” to taka chwila olśnienia, że zapiera dech. Tym wierszem mogę się modlić, w chwilach, gdy potrzebna jest modlitwa. Każdy może – nieważne, czy wierzy. 
Tym wierszem mówię GC „dobranoc”, bo przecież nie powiem „spoczywaj w pokoju”… 

 REMOTE CONTROL
mój oddech zburzył
konstrukcję dmuchawca
nie odbudował go
mój wdech
ON cofa
pożary do zapałki
porody do podniecenia
zabójstwa do rusznikarza
w Jego dłoni
spoczywa pilot
wszechrzeczy


obrazek stąd

BALON BEZ GUMY DO ŻUCIA

MAGDA PARUS
„RODZINNYCH CIEPŁYCH ŚWIĄT”
MUZA SA, WARSZAWA 2011 

Nie twierdzę, że książka musi być ładna. Nie twierdzę, że musi być lekka. Nie twierdzę, że musi być słodka. Ale twierdzę, że musi być dobra. 
Ta nie jest…
Już nie pamiętam, kiedy czytałam złą książkę – zła to taka, z której nic nie biorę, nie biorę żadnego zdania, żadnego poglądu, żadnej myśli, żadnego cytatu, to taka, o której nie chce opowiadać i której nie chcę mieć na półce. Zła to taka, która mi się w głowie nie wyświetla, po zamknięciu której mam same złe myśli i muszę szybko napić się herbaty, żeby zalać gorzki smak.
Historia jest prosta, polska. Wiosna – święta Wielkiej Nocy u Kamili. Zima – święta Bożego Narodzenia u Leny. Obrazek rodzajowy, który z roku na rok ulega transformacji. Na przykładzie najważniejszych dni w roku dla każdej polskiej rodziny (stereotyp, forma, maska, gęba…) pokazana jest jej degradacja, zanik wartości, rozpad małżeństwa i szara polska rzeczywistość. 
Ja doskonale wiem, jaki zamysł miała autorka. Odczarowanie. Odmagicznienie. Satyra może nawet. A wyszło wielkie nic i wielkie zło-czytanie. 
Zaczyna się od Wielkiej Nocy u najbardziej irytującej bohaterki wszechczasów – nawet pani Dulska mniej mnie denerwowała. Kamila to „idealna pani domu” – każdy składnik świątecznego śniadania musi być perfekcyjnie podany, wyglądać musi nawet lepiej, niż smakuje, bo trzeba pokazać swój wkład, swoje poświęcenie, swoje umartwienie się na rzecz rodziny. Kamila to matka idealna, bo swojego synusia Adusia wciąż budzi na śniadanie, głaszcze, kołysze do snu i niańczy, choć chłopak jest już na studiach. Jest powierzchowna, naskórkowa, przesiąknięta jadem i dulszczyzną, do tego stopnia, że zamysł autorki widać w każdym jej ruchu i w każdym słowie. Nie udała się, Parus ją usztuczniła. 
Lena, siostra Kamili, jest nieco bardziej prawdziwa. Nawet bardzo prawdziwa. Kobieta z dwójką dzieci, mieszka we wspaniałym nowym domu, ma dobrego męża, samochód, gosposię i nową kuchnię. Co roku cała ceremonia świętowania zaczyna się u niej od gotowania selera na sałatkę. Seler zawsze jest za twardy i denerwująco, a potem nudnawo długo dochodzi do miękkości. I zawsze kroi go Ania, córka Leny, gdy tylko przestygnie. Znakiem rozpoznawczym tego, że w rodzinie się psuje są ciasta – najpierw pieczołowicie wyrabiane przez Lenę „tymi oto ręcyma”, potem kupowane i przekładane do blachy, by wyglądały na domowe, by na końcu być już jawno-cukierniowymi.
Przy Lenie, która przeżywa autentyczną tragedię i autentycznie nawet okazuje uczucia, jest postać jej męża Grzegorza – a ja nie mam zielonego pojęcia kim jest Grzegorz, gdzie leży jego problem, co legło u podstaw jego zachowań, jakie są jego motywy, skąd przemiana? Oczywiście prócz tego, że autorka potrzebowała akurat takiego, tak czującego mężczyzny – który znudził się żoną? znalazł inną? któremu mama podpowiedziała, że Lena jest be? Naprawdę nie wiem, w czym leży problem i jak rozgryźć Grzegorza. Za twardy orzech, a ja nie mam ochoty łamać zębów.
Zbyt dużo w tej książce dla mnie oczywistych znaków, transparentów, które Parus niesie przed czytelnikiem, krzycząc hasła, a potem upewniając się, że na pewno dobrze słyszeli. Wiem, co chciała pokazać – tak jak Smarzowski chciał odczarować polskie wesele, a poprzez nie polski naród – ona chciała zerwać szaty ze świąt i pokazać, że chodzi w nich tylko o prezenty (jak denerwujące jest wyliczanie co otrzymały córeczki każdego roku, jakby to dla samej autorki było najistotniejsze…), że „narobimy się” i zapomnimy, po co to wszystko, że zaśpiewamy kolędę, ale nie zrozumiemy sensu… 
Nie uda się, pani Magdo! 
Przynajmniej nie ze mną.
Ci ludzie, żyją tylko na papierze, są nieprawdziwi i nie mogą być reprezentacją Polski – w niczym! Ta powieść to wielki nadmuchany do granic możliwości balon, w którym nie ma nic… Nie ma żadnych sensów, a najgorsze, że dla mnie kompletnie nie ma pointy. Ramowa konstrukcja, powtarzalność, bla, bla, bla…. Wszystko w założeniu pasuje, ale co właściwie ta książka miała przekazać? Na pewno nie nadzieję, ale i nie beznadzieję. 
Bo ja nie wierzę w „jutro ma jeszcze urlop(…), ale to już będzie inny dzień, zwykły, niewymagający ciągłego pilnowania się, żeby nie popsuć świątecznego nastroju.” [s.179]. Każdy przecież co roku gotuje ten cholerny seler, prawda? 

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

poniedziałek, 19 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 12

Dziś znów będzie odcinek, o poezji, która puka mnie w ramię, a kiedy się odwracam uśmiecha się figlarnie. O poezji, która przychodzi znienacka, której nie znałam do tej pory, która rzuca się na mnie i czasem nawet gryzie mnie mocno w szyję, jakby chciała ze mnie wyssać krew.
Czasem idę po ulicy i widzę szyld, który prowadzi mnie do bloga Liski z WhitePlate. Czasem przeglądam strony konkursów blogowych i trafiam na Kuchareczkę z Book me a Cookie. A czasem po prostu idę jak po linie po śladach zostawionych na czyimś blogu - w komentarzach, albo w liście polecanych blogów… I tak trafiam na Made Of Nothing. I z miejsca się zakochuję….

Jej post zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że miałam ochotę łyknąć kieliszek wódki bez popijania. Oniemiałam. I miałabym ochotę z Made… iść do mojej ukochanej kawiarni, zasiąść w jej czarnym wnętrzu i żeby Made… robiła mi zdjęcia, żeby pisała na serwetkach swoje myśli, żeby się uśmiechała. Nie znam jej osobiście, ale czytając ją czuję, jakby była kawałkiem mnie…

I wiersz. Wiersz, który mnie zaatakował i który uznałam za małe dzieło sztuki. 
Nie będę udawać, że znałam autora. „Tomasz Różycki” nic mi nie mówi, a na dodatek, gdy poszłam do biblioteki po nowy stosik poezji i w poszukiwaniu inspiracji, zapomniałam kompletnie jego nazwisko. Błądziłam między półkami w nadziei, że może wyciągnie do mnie kartki swojego tomiku z którejś z półek. Nie wyciągnął i wyszłam z czym innym (na inny odcinek), ale „Ostrygi i daktyle” tkwią we mnie cały czas, od środy, w którą je połknęłam za sprawą Made Of Nothing.
To wiersz-miłość. I wiersz-wezwanie. To wycie do księżyca. I skoki po płotach. To to, żeby wziąć ją za rękę i biec. Żeby tańczyć na środku przystanku autobusowego, tylko dlatego, że ona jest obok i że się zgodziła być na zawsze. „Jak byś chciała?” – jakkolwiek, byle z Tobą i żebyś smakował słodko. Może być wino, bo przecież od wina zawsze w głowie powstają chmury. Ale nie musi, bo gdy Cię trzymam za rękę, to też mi przelatują między powiekami. Nieważne, że świat. Ważne, że my jesteśmy światem.
Ten wiersz mnie ożywił nadzieją. Bo nie mam co się martwić, bo przecież gdy ja jestem i On jest, to uda się całe szaleństwo, które mam w głowie. Udadzą się wszystkie marzenia. I chyba jeszcze to wiersz o tym, że trzeba w końcu wszystko zmienić. Nie mogę się wahać, mogę tylko uderzyć życie w twarz, wyskoczyć z niego i wskoczyć na inne tory – inny pociąg, inny wagon, może inna klasa, ale jechać w kierunku, w którym świeci słońce. I jeszcze o tym, że lipiec jest męski – pewnie dlatego, że pachnie rozgrzaną trawą i kojarzy się z cielesnością. Tęsknię za lipcem i za łaskoczącymi kłosami. I za piknikiem na skraju wielkiej góry. W dole może być morze. A może być sam piasek, jest mi bez różnicy. 
Chcę poznać Różyckiego, zapisuję sobie jego nazwisko w kalendarzu, tuż przy dacie zwrotu książek do biblioteki. Zapisuję jeszcze dla pewności na ręce i na zużytym bilecie tramwajowym. I na paragonie za ser, wino, nasiona, przyprawy…

Tomasz Różycki „Ostrygi i daktyle”

Powiedz mi, jak byś chciała? Mamy tu owoce,
ser, wino, nasiona, mamy trochę przypraw
i kobiecą ulicę oraz męski lipiec,
i Kraków, trochę światła, za sobą epokę


genialną i straszliwą, przed sobą widoki
na jeszcze genialniejszą i jeszcze straszliwszą.
I mamy do wyboru trzy rodzaje życia:
możemy być bogaci i szczęśliwi, potem


szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi
i pal diabli finanse. Pytam o to w chwili,
kiedy rozpadają się korporacje, walą
wystawy i imperia, legendy futbolu


zaczynają faulować. Nadeszła już pora,
żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć.