czwartek, 22 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. BONUS TRACK

Nie ma niedzieli. 
Ale będzie poezja. 
Bo dzień jest wyjątkowy.
Dziś 10 rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Dziesięć lat go nie ma, a ja patrzę na to ze zdumieniem. Bo pamiętam, jak otwierałam kartony z bombkami, gdy usłyszałam, że już nie jest... Na palcach obliczałam ile miał lat, gdy umarł. Zachłysnęłam się zdziwieniem i miałam ogromne oczy. Przerażone. I słuchałam potem w telewizji piosenek puszczanych częściej niż zwykle. Nie lubię tego. Tego doceniania tuż po śmierci. Tego doceniania na chwilę. Pośmiertnie przyznany order. Cała uwaga skupiona na… A przecież dobre teksty pisał za życia. Teraz, gdy nie ma już ciała, nie może utrzymać w dłoni pióra. Pewnie poniekąd wpiszę się w to moje nie-lubienie. Ale piszę o Ciechowskim z punktu widzenia słuchaczki, która znała go zanim umarł. Która nie kupiła jego płyty dwa dni po śmierci mówiąc „Bo teraz będą drogie” (tak ostatnio usłyszałam o płycie Villas). 
10 lat traktuję jako pretekst. A ‘Bonus track’ jako znicz. Taki, który zapalam dla niego, mówiąc, że cenię go nadal jako artystę. Że nadal ciarki mi chodzą po plecach, gdy pyta „Gdzie wszyscy moi przyjaciele?”. I że zawsze, gdy słyszę „Najpierw Ty, długo, długo nic, tylko Ty – dla Ciebie piszę” – to wcale nie śpiewam tych wersów do mamony, a do Męża. I że większość tekstów na mojej ulubionej płycie Kasi Groniec „Mężczyźni” jest jego - i tak samo ukochany mój utwór Fiolki „Komu ja”…
I jeszcze, jako powód, żeby napisać o moim ulubionym wierszu. Bo może ktoś nie wie, że Ciechowski wydał tomik wierszy. 

Acha, moja szkolna przyjaciółka, kupiła tomik dla swojego chłopaka M.K. Szłyśmy do szkoły, było ciepło. Po drodze czytałyśmy wiersze z tomiku. Komentowałyśmy. Pełne wzburzenia i momentami oszalałe z zachwytu. To M.K. – wielki fan Obywatela GC – uświadomił nam istnienie „Wokół niej”. Nagle ten wiersz. I cisza w nas zapadła, bo do jego zrozumienia trzeba znać angielskiego ciut, ciut… A my nie bardzo wiedziałyśmy, co znaczy tytuł. Zachwycone treścią nie do końca znajdowałyśmy sens. Konsternacja. I wtedy, gdy w słońcu zbiegałyśmy w dół ulicą Norwida, Achę napadło olśnienie – Remote Control to pilot – taki od telewizora na przykład…
Tym wierszem przygotowuję się na Boże Narodzenie. Tym wierszem też wierzę, że – będzie banał! – Grzegorz jest w lepszym świecie. Tym wierszem uśmiecham się i chcę zdmuchiwać dmuchawce, mimo, że już nie będą na powrót kuliste. Tym wierszem wiem, że jestem mała. I że chyba ktoś jednak stworzył ogień. Że Coś jest, a o tym, Co jest można pomyśleć nad brzegiem morza. Tym wierszem zachwycam się – bo jak wielką siłę ma odwrócenie wszystkiego co istnieje i dociekanie początku. Bo „porody do podniecenia” to taka chwila olśnienia, że zapiera dech. Tym wierszem mogę się modlić, w chwilach, gdy potrzebna jest modlitwa. Każdy może – nieważne, czy wierzy. 
Tym wierszem mówię GC „dobranoc”, bo przecież nie powiem „spoczywaj w pokoju”… 

 REMOTE CONTROL
mój oddech zburzył
konstrukcję dmuchawca
nie odbudował go
mój wdech
ON cofa
pożary do zapałki
porody do podniecenia
zabójstwa do rusznikarza
w Jego dłoni
spoczywa pilot
wszechrzeczy


obrazek stąd

BALON BEZ GUMY DO ŻUCIA

MAGDA PARUS
„RODZINNYCH CIEPŁYCH ŚWIĄT”
MUZA SA, WARSZAWA 2011 

Nie twierdzę, że książka musi być ładna. Nie twierdzę, że musi być lekka. Nie twierdzę, że musi być słodka. Ale twierdzę, że musi być dobra. 
Ta nie jest…
Już nie pamiętam, kiedy czytałam złą książkę – zła to taka, z której nic nie biorę, nie biorę żadnego zdania, żadnego poglądu, żadnej myśli, żadnego cytatu, to taka, o której nie chce opowiadać i której nie chcę mieć na półce. Zła to taka, która mi się w głowie nie wyświetla, po zamknięciu której mam same złe myśli i muszę szybko napić się herbaty, żeby zalać gorzki smak.
Historia jest prosta, polska. Wiosna – święta Wielkiej Nocy u Kamili. Zima – święta Bożego Narodzenia u Leny. Obrazek rodzajowy, który z roku na rok ulega transformacji. Na przykładzie najważniejszych dni w roku dla każdej polskiej rodziny (stereotyp, forma, maska, gęba…) pokazana jest jej degradacja, zanik wartości, rozpad małżeństwa i szara polska rzeczywistość. 
Ja doskonale wiem, jaki zamysł miała autorka. Odczarowanie. Odmagicznienie. Satyra może nawet. A wyszło wielkie nic i wielkie zło-czytanie. 
Zaczyna się od Wielkiej Nocy u najbardziej irytującej bohaterki wszechczasów – nawet pani Dulska mniej mnie denerwowała. Kamila to „idealna pani domu” – każdy składnik świątecznego śniadania musi być perfekcyjnie podany, wyglądać musi nawet lepiej, niż smakuje, bo trzeba pokazać swój wkład, swoje poświęcenie, swoje umartwienie się na rzecz rodziny. Kamila to matka idealna, bo swojego synusia Adusia wciąż budzi na śniadanie, głaszcze, kołysze do snu i niańczy, choć chłopak jest już na studiach. Jest powierzchowna, naskórkowa, przesiąknięta jadem i dulszczyzną, do tego stopnia, że zamysł autorki widać w każdym jej ruchu i w każdym słowie. Nie udała się, Parus ją usztuczniła. 
Lena, siostra Kamili, jest nieco bardziej prawdziwa. Nawet bardzo prawdziwa. Kobieta z dwójką dzieci, mieszka we wspaniałym nowym domu, ma dobrego męża, samochód, gosposię i nową kuchnię. Co roku cała ceremonia świętowania zaczyna się u niej od gotowania selera na sałatkę. Seler zawsze jest za twardy i denerwująco, a potem nudnawo długo dochodzi do miękkości. I zawsze kroi go Ania, córka Leny, gdy tylko przestygnie. Znakiem rozpoznawczym tego, że w rodzinie się psuje są ciasta – najpierw pieczołowicie wyrabiane przez Lenę „tymi oto ręcyma”, potem kupowane i przekładane do blachy, by wyglądały na domowe, by na końcu być już jawno-cukierniowymi.
Przy Lenie, która przeżywa autentyczną tragedię i autentycznie nawet okazuje uczucia, jest postać jej męża Grzegorza – a ja nie mam zielonego pojęcia kim jest Grzegorz, gdzie leży jego problem, co legło u podstaw jego zachowań, jakie są jego motywy, skąd przemiana? Oczywiście prócz tego, że autorka potrzebowała akurat takiego, tak czującego mężczyzny – który znudził się żoną? znalazł inną? któremu mama podpowiedziała, że Lena jest be? Naprawdę nie wiem, w czym leży problem i jak rozgryźć Grzegorza. Za twardy orzech, a ja nie mam ochoty łamać zębów.
Zbyt dużo w tej książce dla mnie oczywistych znaków, transparentów, które Parus niesie przed czytelnikiem, krzycząc hasła, a potem upewniając się, że na pewno dobrze słyszeli. Wiem, co chciała pokazać – tak jak Smarzowski chciał odczarować polskie wesele, a poprzez nie polski naród – ona chciała zerwać szaty ze świąt i pokazać, że chodzi w nich tylko o prezenty (jak denerwujące jest wyliczanie co otrzymały córeczki każdego roku, jakby to dla samej autorki było najistotniejsze…), że „narobimy się” i zapomnimy, po co to wszystko, że zaśpiewamy kolędę, ale nie zrozumiemy sensu… 
Nie uda się, pani Magdo! 
Przynajmniej nie ze mną.
Ci ludzie, żyją tylko na papierze, są nieprawdziwi i nie mogą być reprezentacją Polski – w niczym! Ta powieść to wielki nadmuchany do granic możliwości balon, w którym nie ma nic… Nie ma żadnych sensów, a najgorsze, że dla mnie kompletnie nie ma pointy. Ramowa konstrukcja, powtarzalność, bla, bla, bla…. Wszystko w założeniu pasuje, ale co właściwie ta książka miała przekazać? Na pewno nie nadzieję, ale i nie beznadzieję. 
Bo ja nie wierzę w „jutro ma jeszcze urlop(…), ale to już będzie inny dzień, zwykły, niewymagający ciągłego pilnowania się, żeby nie popsuć świątecznego nastroju.” [s.179]. Każdy przecież co roku gotuje ten cholerny seler, prawda? 

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

poniedziałek, 19 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 12

Dziś znów będzie odcinek, o poezji, która puka mnie w ramię, a kiedy się odwracam uśmiecha się figlarnie. O poezji, która przychodzi znienacka, której nie znałam do tej pory, która rzuca się na mnie i czasem nawet gryzie mnie mocno w szyję, jakby chciała ze mnie wyssać krew.
Czasem idę po ulicy i widzę szyld, który prowadzi mnie do bloga Liski z WhitePlate. Czasem przeglądam strony konkursów blogowych i trafiam na Kuchareczkę z Book me a Cookie. A czasem po prostu idę jak po linie po śladach zostawionych na czyimś blogu - w komentarzach, albo w liście polecanych blogów… I tak trafiam na Made Of Nothing. I z miejsca się zakochuję….

Jej post zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że miałam ochotę łyknąć kieliszek wódki bez popijania. Oniemiałam. I miałabym ochotę z Made… iść do mojej ukochanej kawiarni, zasiąść w jej czarnym wnętrzu i żeby Made… robiła mi zdjęcia, żeby pisała na serwetkach swoje myśli, żeby się uśmiechała. Nie znam jej osobiście, ale czytając ją czuję, jakby była kawałkiem mnie…

I wiersz. Wiersz, który mnie zaatakował i który uznałam za małe dzieło sztuki. 
Nie będę udawać, że znałam autora. „Tomasz Różycki” nic mi nie mówi, a na dodatek, gdy poszłam do biblioteki po nowy stosik poezji i w poszukiwaniu inspiracji, zapomniałam kompletnie jego nazwisko. Błądziłam między półkami w nadziei, że może wyciągnie do mnie kartki swojego tomiku z którejś z półek. Nie wyciągnął i wyszłam z czym innym (na inny odcinek), ale „Ostrygi i daktyle” tkwią we mnie cały czas, od środy, w którą je połknęłam za sprawą Made Of Nothing.
To wiersz-miłość. I wiersz-wezwanie. To wycie do księżyca. I skoki po płotach. To to, żeby wziąć ją za rękę i biec. Żeby tańczyć na środku przystanku autobusowego, tylko dlatego, że ona jest obok i że się zgodziła być na zawsze. „Jak byś chciała?” – jakkolwiek, byle z Tobą i żebyś smakował słodko. Może być wino, bo przecież od wina zawsze w głowie powstają chmury. Ale nie musi, bo gdy Cię trzymam za rękę, to też mi przelatują między powiekami. Nieważne, że świat. Ważne, że my jesteśmy światem.
Ten wiersz mnie ożywił nadzieją. Bo nie mam co się martwić, bo przecież gdy ja jestem i On jest, to uda się całe szaleństwo, które mam w głowie. Udadzą się wszystkie marzenia. I chyba jeszcze to wiersz o tym, że trzeba w końcu wszystko zmienić. Nie mogę się wahać, mogę tylko uderzyć życie w twarz, wyskoczyć z niego i wskoczyć na inne tory – inny pociąg, inny wagon, może inna klasa, ale jechać w kierunku, w którym świeci słońce. I jeszcze o tym, że lipiec jest męski – pewnie dlatego, że pachnie rozgrzaną trawą i kojarzy się z cielesnością. Tęsknię za lipcem i za łaskoczącymi kłosami. I za piknikiem na skraju wielkiej góry. W dole może być morze. A może być sam piasek, jest mi bez różnicy. 
Chcę poznać Różyckiego, zapisuję sobie jego nazwisko w kalendarzu, tuż przy dacie zwrotu książek do biblioteki. Zapisuję jeszcze dla pewności na ręce i na zużytym bilecie tramwajowym. I na paragonie za ser, wino, nasiona, przyprawy…

Tomasz Różycki „Ostrygi i daktyle”

Powiedz mi, jak byś chciała? Mamy tu owoce,
ser, wino, nasiona, mamy trochę przypraw
i kobiecą ulicę oraz męski lipiec,
i Kraków, trochę światła, za sobą epokę


genialną i straszliwą, przed sobą widoki
na jeszcze genialniejszą i jeszcze straszliwszą.
I mamy do wyboru trzy rodzaje życia:
możemy być bogaci i szczęśliwi, potem


szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi
i pal diabli finanse. Pytam o to w chwili,
kiedy rozpadają się korporacje, walą
wystawy i imperia, legendy futbolu


zaczynają faulować. Nadeszła już pora,
żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć.

piątek, 16 grudnia 2011

WYCIE WILKA SŁYCHAĆ W MIEŚCIE

GUNNAR STAALESEN
„ZIMNE SERCA”
(TŁ. AGATA BESZCZYŃSKA)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2010 

Znów zaglądnęłam do Varga. Znów zapukałam do jego drzwi. Weszłam cicho do środka i obserwowałam. Tuż za mną weszła młoda dziewczyna. Trochę wyzywająca, a trochę przestraszona. Chce być pewna siebie, ale w jej drżącej dłoni niepewnie spoczywa klucz. To klucz do domu jej koleżanki. Dziewczyny nie widziały się od kilku dni. Teraz Hege przyszła do detektywa, żeby odnalazł zaginioną Maggi. 
Ale przecież nie ma jej dopiero od kilku dni… Przecież mogła gdzieś wyjechać, wyjść, nie mieć ochoty się odezwać, zapomnieć numeru telefonu koleżanki… 
Ale Hege nalega – to wyjątkowa sytuacja. Ona i Maggi mają pakt – codziennie dają sobie znać, że wszystko w porządku, że całe i zdrowe zasypiają w swoich własnych łóżkach. Tymczasem Maggi nie powiedziała sekretnego hasła od kilku dni. 
Varg dziwi się i próbuje oponować, ale Hege przerywa i mówi cała prawdę – są prostytutkami. Jeśli Maggi się nie odezwała to znaczy, że musiało się coś stać. 
Tu masz klucz do jej mieszkania. Zapłacę – tylko proszę, żebyś ją odnalazł.
Tak się zaczyna kolejna „przygoda” Varga.
A ja idę za nim, staję się jego cieniem. Stają się jego oczami. Gdy on obrywa cios w szczękę, mnie boli cała twarz. Gdy on zjada sałatkę, ja czuję się najedzona. Gdy jego przebiega dreszcz grozy, ja w środku płaczę.
To druga książka o Veumie, jaką czytałam. Jest inna, niż „Wokół śmierci”. Przede wszystkim dlatego, że Varg zmienił zawód – nie jest już pracownikiem opieki społecznej – został prywatnym detektywem, z lichą pensją, wielką pasją i niebagatelną odwagą. Dlatego jest inny, inaczej pracuje, inaczej chodzi, inaczej stawia kroki. Jest pewniejszy i mocniej nastawiony na cel. Ale łapie w sieci wszystko, co dotyczy Maggi – łapie jej rodzinę, jej zawód, jej miejsce zamieszkania, jej alfonsów, a od tego snuje kolejne nici – jak pająk łączy małe kawałki w wielką sieć, w której zamyka zbrodnię. Jeśli jest alfons, to są pieniądze. Jeśli pieniądze to narkotyki. A jeśli narkotyki to zbrodnia. Szuka dziewczyny, ale po drodze odnajduje wiele ran zadanych rykoszetem. Boli nie tylko młodą prostytutkę – boli jej brata, jej siostrę, jej rudowłosą koleżankę z ulicy. Varg wkracza w ten świat prawdziwie wilczo. Mocno, z nosem przy ziemi, bez lęku i pewnie. Chce zagryźć wszystkich tych, którzy mają w rękach niebezpieczne narzędzia. Wyje do księżyca nad ofiarami i nie jest w stanie pogodzić się z niesprawiedliwością, choć tyle już widział jej na świecie.
Wątki w tej książce zaplatają się w gruby warkocz. Myślałam, że nie będzie żadnego wzoru, że gdzieś po drodze zagubiło się wszystko, że Staalesen zapomni co nieco dopowiedzieć. Nie zapomniał, a do tego zaskoczył mnie. Nie spodziewałam się takiego rozwiązania, podejrzewałam kogo innego i o co innego.
Dobrze mi się szło za Vargiem. Lubię go, choć nie wiem o nim zbyt wiele. Nadal się trochę ukrywa, nadal jest oszczędny w słowach, ale przypadło mi do gustu jego ironiczne i uszczypliwe poczucie humoru. A skoro mogę się z nim śmiać, to mogłabym z nim iść na piwo. Albo na coś mocniejszego. Bo jak dowiedziałam się od tłumaczki (i tu cytat)„Varg pija piwo z browaru Hansa, ale przede wszystkim ma swoją ulubioną markę mocniejszego trunku: Løiten Linie Aquavit”. Zatem Twoje zdrowie Varg…

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

środa, 14 grudnia 2011

KSIĄŻKA DLA MĄDRALI

ANDRES NEUMAN
„PODRÓŻNIK STULECIA”
(TŁ. MAGDALENA OKŁA)
DDOBRA LITERATURA, SŁUPSK 2011 

Hans przyjeżdża do Wandernburga. A to miasto ma to do siebie, że „trafiają tu podróżnicy, zagubieni, samotnicy, ludzie, którzy wybierali się gdzie indziej.” [s.94] Znamienne jest też to, że się przemieszcza, że właściwie nie można go umiejscowić na mapie, że wymyka się ucieka, meandruje. Że jego uliczki raz kończą się na wschodzie i zachodzie, a zaraz potem są na południu i północy. Hans jest „w pewnym sensie podróżnikiem, który przemieszcza się z miejsca na miejsce i zatrzymuje się w nieznanych zakątkach, aby je poznać. I że ma zwyczaj zostawać tam, aż mu się znudzą, aż poczuje impuls do dalszej drogi albo znajdzie coś ciekawszego do roboty gdzie indziej.” [s.33] I tak naprawdę o Hansie nie wiemy nic więcej. Nie wiemy skąd/dokąd, nie wiemy gdzie i jak. Nie znamy przeszłości, jakby zmaterializował się zbliżając się do bram Wandernburga, po to, by tam przyjechać. Po to, by poruszyć senne miasteczko, by coś zmienić, by nadać mu sens i na nowo ruszyć ziemię w tym miejscu, bo jakby się zastała i nie chciała się tam kręcić. 
Hans spaceruje po miasteczku, kilkakrotnie próbując wyjechać i zawsze zostając. Raz bo zabłądził. Drugi bo poznał kataryniarza, który jest jedną z najważniejszych postaci w tej książce – to mędrzec, to przyjaciel, to nauczyciel, to obserwator i komentator, to taki trochę chór, a trochę żywy pamiętnik Hansa, do którego może przyjść i opowiedzieć swój cały dzień, albo odbić się w nim jak w lustrze i trochę bardziej zrozumieć siebie. I napić się z nim wina i pośmiać się. To namiastka domu, choć mieszka w jaskini – ma psa, ma stałe pory posiłków, ma pracę i nadaje, przynajmniej początkowo, rytm dniom Hansa. Omamia go i zaprasza, jest wielkim pająkiem, który snuje sieć – Hans ma zostać w tym dziwnym miasteczku labiryncie, nie może tak po prostu go opuścić – jest miejscową atrakcją.
A potem już Hans poznaje Sophie i zakochuje się. Nie może wyjechać bez zaproszenia na kolację, potem bez rozmowy, potem bez spojrzenia, potem bez sam na sam, potem bez pocałunku… Jest zaczarowany, zaczadzony. I dlatego śmiem nazwać „Podróżnika stulecia” swoistym romansem.
Ale to nie jest łatwa książka. Niełatwo się ją czyta. Pomijając styl, poetyckie zdania, inkrustowane filozofią i górnolotnymi przemyśleniami, pomijając „rzeczność” tej książki – jej długie, wijące się zdania, w których brak graficznego wydzielenia dialogów, wijące się wokół palców, mozolnie i nieprzerwanie dziejących się; to najdziwniejsze jest wrażenie, gdy czyta się tę książkę – jakby obudzić się w pudełku wypełnionym watą; ciemnym, trochę dusznym, które krępuje ruchy. Nie wiedziałam kompletnie czego się spodziewać, o czym tak na dobrą sprawę ta książką jest, czytając to specyficzne dzienie się/ niedzianie wciąż miałam napięte nerwy i pełne niepokoju dłonie. To powieść monumentalna, nie do porannej kawy i bułki z masłem. Do mądrego czytania w okularach na nosie, ze zbiorem słowników, historii literatur wszelkich i z podręcznikiem historii. To jak diabelski młyn – powolne, mozolne wczytywanie się w dyskusje i salonowe rozmowy, rozdzielanie włosa na czworo, badanie i dociekanie, by po chwili zjechać w dół na wartkiej i pełnej napięcia historii miłosnej dziejącej się między Hansem a Sophie. Ze wszystkimi spojrzeniami spod rzęs i szukaniem jej wzroku, przyłapanego niby przez przypadek. 
To książka, która kojarzyła mi się z literaturą rosyjską, przy której umysł nie odpoczywa, wciąż pokonuje bieg z przeszkodami, rozbijając się o konwersacje na temat Napoleona, tłumaczenia i poezji. Przyznam, że nieraz się gubiłam, że przewracałam kartki nie nadążając za dyskusją i modląc się po cichu, żeby bohaterowie nie wywołali mnie do tablicy i nie zapytali przypadkiem, co sądzę na dany temat… 
Ale czasem tonęłam w pięknie słowa pisanego, w tych wszystkich „chylące się ku zachodowi słońca popołudnie przewróciło się niczym czara, za jednym zamachem wylewając zimno.” [s.60] i „księżyc rósł i zaokrąglał się jak judasz w drzwiach.”[s.264]
To książka zagadka, w której jest tyle sensów, tyle głębi, tyle metafor i tyle znaczeń, że na pewno nie jest na jedno czytanie (autor pisał ją od 2003 do 2008 roku!). Gdy się ją zamknie, powinno się zacząć od nowa. Ja zacznę na pewno latem, gdy dni są długie, gdy można usiąść na balkonie, słońcu oddać ten niepokój, jaki wywołują dziwne postaci (synek właścicieli oberży, który biega, ukrywa rzeczy i pierdzi jest doprawdy najdziwniejszym z nich wszystkich!) i kontemplować sensy pogryzając świeże czereśnie na podbudowanie intelektu. Lato wracaj więc szybko, powóz czeka!

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Dobra Literatura]

ZAFON PO RAZ TRZECI! SPRZEDANE!

CARLOS RUIZ ZAFON
„ŚWIATŁA WRZEŚNIA”
(TŁ. KATARZYNA OKRASKO, CARLOS MARRODAN CASAS)
MUZA SA, WARSZAWA 2011 

„Klamki były uśmiechniętymi twarzami, które puszczały oko, kiedy się je nacisnęło. Ogromna, fantastycznie opierzona sowa wytrzeszczała szklane źrenice, powoli unosząc skrzydła. Dziesiątki, a może i setki miniatur i zabawek stały na półkach i w gablotach. Życia by nie starczyło, by zapoznać się z każdą z nich. Mały psotny szczeniaczek merdał ogonkiem i szczekał na widok przebiegającej przed nim metalowej myszki. Zwieszona z niewidocznego sufitu karuzela wróżek, smoków i gwiazd kręciła się w pustce wokół zamku unoszącego się pośród bawełnianych obłoczków w rytm pobrzękiwania dalekiej pozytywki…” [s.24]
Mam słabość do zabawek. Do zabawek zmyślnych, mądrych i trochę do tych pięknych. Do zabawek łechtających wyobraźnię i sprawiających, że można stanąć na głowie i zobaczyć świat inaczej. Podziwiam kalejdoskopy, nakręcane zwierzątka i drewniane klocki, z których można wybudować cały świat. Dech zapierają mi domki dla lalek, które mają kilka pięter i małe mebelki, a także miniaturowe zestawy naczyń. I przytulani, najlepiej te wytarte i wyliniałe. Misie, koty, Gremliny… Zawsze, gdy trafiam do miasta, w którym jest Muzeum Zabawek, idę tam z otwartym sercem, z otwartą głową i im bliżej jestem wejścia, tym bardziej za duże mam ubranie, za wielkie buty, tym bardziej staję się na powrót małą dziewczynką.
Dlatego tak wielkie wrażenie zrobiło na mnie tło najnowszej, a właściwie „najnowiej” tłumaczonej książki Zafona z cyklu młodzieżowego. 
A rzecz się dzieje w ogromnym domu o kilku (kilkunastu?) piętrach, gdzie mieszka Lazarus, tajemniczy wytwórca zabawek, wynalazca właściwie. Cały jego dom chodzi, tańczy, biega, jest w ruchu, bo wszędzie są zabawki, które niemal nigdy nie usypiają. Lazarus zatrudnia w swoim domu Simone, owdowiałą dopiero co, ale młodą wciąż kobietę. Przyjeżdża ona do posiadłości wraz z dwóją dzieci – Dorianem i nastoletnią Irene. Do jej obowiązków należeć ma opieka nad rachunkami, fakturami, korespondencją, a także zakup książek do, i tak już ogromnej, biblioteki swego pracodawcy. W domu Lazarusa mieszka też kilkunastoletnia Hannah – rozgadana, uśmiechnięta, zawsze w biegu, znająca ploteczki z całego miasteczka. Hannah zaprzyjaźnia się z Irene, ale przyjaźń nie ma szansy rozkwitnąć – Hannah ginie bowiem w lesie i nikt do końca nie wie, jaka jest przyczyna jej śmierci.
To zdecydowanie najbardziej spektakularna część cyklu, mająca najwięcej efektów specjalnych i najbardziej przemawiająca do wyobraźni – w mojej głowie podczas czytania trwał seans filmowy – obsadzałam już role Simone, Lazarusa (świetny w tej roli byłby Hopkins, choć Lazarus jest młodszy od mistrza kina), zastanawiałam się kto przekonująco potrafiłby zagrać Irene – odważną, mądrą, ale trochę psotną dziewczynę i jej przyjaciela Ismaela. Kto potrafiłby wcielić się w te role tak, żeby pokazać świeżość, ulotność pierwszego uczucia, jego delikatność i łapczywość zarazem, jego przekonanie o trwaniu i niekończeniu się. A to wszystko pomiędzy płomieniami, legendami o tonącej kobiecie, która ukazuje się po śmierci mieszkańcom miasteczka i wśród miliona zabawek, które nigdy nie milkną. 
Oczywiście kolejny raz poruszany jest temat zaprzedania duszy, ten faustowski motyw „coś za coś”, ale tym razem mam wrażenie, iż ma trochę inny wymiar. Tajemniczy Daniel Hoffmann, który obdziela biedne dzieci zabawkami, nie żąda w zamian duszy, żąda miłości. Nie jest dla mnie demonem, tak, jak Cain z „Księcia mgły” – jest jakąś potwornie ludzką zjawą.
Zdecydowanie najbardziej poruszyła mnie ta książka, spośród wszystkich trzech „młodzieżówek” Zafona - najwięcej dała emocji i najmniej miałam dystansu do niej. Poczułam ją w głębi siebie, obudziło się moje skrywane dziecko… I teraz chce dostać anioła, który będzie miał szmaragdy zamiast oczu i który będzie je chronił…

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

poniedziałek, 12 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 11

Niedzielę skradł mi Animation now!, czyli festiwal filmów animowanych (o którym nie omieszkam napisać za czas jakiś), któremu oddałam się w jednej trzeciej – w drugiej trzeciej to było spotkanie z dawno nie widzianym Kimś, a w trzeciej trzeciej pyszne grzane wino w moim ukochanym Factotum.

Niezaprzeczalnym plusem moich poetyckich niedziel jest to, że nagle z nieoczekiwanych stron zaczęły frunąć do mnie wiersze, z jakichś zakamarków dziwnych wypadają słowa, znajomi ślą karteluszki i uderza mnie pisanie na ścianach bloków. Jedną z osób, które podsunęły mi ostatnio wiersz jest Anna - droga moja internetowa bratnia dusza, upoetyczniona, ślicznosłowa, emigrantka, która zawsze niesie mi zapachy i wyobrażenie smaku. Nigdy nie miałam okazji spróbować tego, co Anna pichci, ale często umiem sobie wyobrazić jej smaki. I lubię tam zaglądać, lubię poczytywać rybne kieszonki, chleby, ciasta i makarony, ale najbardziej lubię podczytywać Annę, jej codzienność i zatrzymanie, takie „chwilotrwanie”, ubrane w słowa…
Anna zapytała, czy znam „Drugie 100 wierszy” Emily Dickinson. Nie znam. Nie znałam. Coś jej szepnęło, że mi się spodoba. Zajrzałam na półkę biblioteczną – jest. I zadziwiające, i kocham takie psikusy rzeczywistości, ale ilekroć otwierałam ten tomik, to padało na wiersz na stronie 95, który zaczyna się:

„Wiatr począł miesić Trawę – tak,
Jak się zagniata Ciasto (…)”

A ja za każdym razem się uśmiechałam, bo wyobrażałam sobie umączone ręce Anny, które zagniatają rogaliki… 

Ale nie ten wiersz skradł moje serce. Jest jeden, w którym zakochałam się bez pamięci – i wybaczam nawet Emily, że wszędzie, gdzie tylko może wciska Wielką Literę, nawet tam, gdzie nie ma to najmniejszego sensu. Wybaczam, bo napisała piękny wiersz o miłości, z porównaniami, od których moja szczęka brzękała o podłogę. Rozdziawiałam usta, a tam wlatywała poezja. 

Grudzień jest mało romantycznym miesiącem (do czasu świątecznego, gdy jest romantycznie po brzegi wysokich kołnierzy i po końcówki palców urękawicznionych). Ale w grudniu przyszedł do mnie piękny wiersz o miłości. I trochę dedykuję go Mężowi, przy którym chcę stać do końca życia, a trochę Annie, za to, że mogę ten wiersz podarować ukochanemu (bo jakiekolwiek ma znaczenie, a ja wiem, że niezupełnie takie, jakie mu nadaję - dla mnie jest tylko jedno oczywiste – love, love, love…)

Nabita Strzelba - moje Życie (754)
(przekład – mistrz przekładów Stanisław Barańczak)


Nabita Strzelba - moje Życie - 
Stała w kącie - aż obok
Przeszedł Właściciel - Broń rozpoznał -
I zabrał Mnie ze sobą - 

 I dziś przez Suwerenne Bory
Ścigamy Łanie płowe -
Czasem odezwę się do Niego -
I łańcuch Gór - odpowie -

 Gdy się uśmiechnę, błysk tak ciepły
Dolinę wzdłuż przewierca -
Jakby przez twarz Wezuwiusza
Rozkosz przebiła szczersza -

A w Nocy - gdy po Dniu udanym 
Czuwam przy Pana Głowie -
Niczym są przy Poduszce Głazu
Puchy Edredonowe -

Wróg Jego - we mnie ma pogromcę -
I nie może ocaleć
Ten, na kim spocznie Żółte Oko -
Albo - z naciskiem - Palec-

Choć mogę dłużej żyć - niż On-
On odejść przede mną się wzbrania:
Jest we mnie uśmiercania moc,
A nie - moc umierania -

niedziela, 4 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 10

Kiedy miałam –naście lat na mojej ścianie, tuż nad głową, tam, gdzie nocą szybowały myśli, wisiał pewien wiersz. Mama wydrukowała mi go w pracy, bo drukarki nie stały jeszcze w każdym domu i w każdym pokoju. Otoczony był plakatami i pocztówkami, ginął w gąszczu zdjęć i kolorowych wycinków z gazet. Ale wiedziałam, że tam jest i co wieczór, gdy zasypiałam płynął przeze mnie, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
Dziś mam dzień w kolorze blue. Przywitałam go smutnym mailem od Bardzo Ważnej Osoby w moim życiu – od mojej Przyjaciółki. Gryzł mnie ten mail cały dzień, bo I. przestała wierzyć, że kocham.
Dlatego od razu pomyślałam o tym wierszu. O tym, co zawsze czułam czytając „Młodości! Ty nad poziomy wylatuj!” Wierzyłam w to, że mogę być kim chcę. Wierzyłam, że dam radę udźwignąć wszystkie głazy, przerzucać je z ręki do ręki, uśmiechać się przy tym. Wierzyłam, że zawsze razem będziemy pić wino malinowe i że nigdy nie będę miała więcej niż –dzieścia lat. Że zawsze będę nosiła tylko czarne ubrania. Że nigdy nie ucieknie ode mnie poezja. Że „na zawsze razem”. Że nigdy nie skończą się listy, które do siebie pisałyśmy. Że nigdy żadna wspólna fotografia nie trafi do albumu – tylko na ściany, do pamiętników i na bilbordy. Że młodość nigdy się nie kończy. Że jesteśmy inne. Teraz, trochę starsza i w zupełnie innych ścianach uśmiecham się do siebie tamtej. Bo już trochę inaczej wymawia się nasze imiona – moje i jej, tamtej od –nastu lat. Bo mam konto w banku. Bo nie noszę już glanów, ani ocieplanych butów zimą. Bo jestem daleko od ludzi, których kocham i czasem nie mam jak upchnąć całej Polski w jednym bilecie kolejowym. Bo ktoś mi przestał wierzyć, a ja mimo, że nadal „tam sięgam, gdzie wzrok nie sięga” to już nie „łamię, czego rozum nie złamie”. Wciąż mam –naście lat, ale pomnożone. I chociaż wydaje mi się, że ciągle mogę stanąć na głowie i zrobić mostek, to wcale nie prawda. I boję się próbować, żeby się nie okazało, że nie daję rady. Dziś kolejny raz, a nawet trzy razy przeczytałam ten wiersz. Kocham go wciąż tak samo, jak wtedy, gdy wisiał na mojej ścianie. Kocham wciąż te same rzeczy, tych samych ludzi. Kocham wciąż kolor zielony i kocham wilki. I słucham często tych samych zespołów, mimo, że na ścianie nie wiszą już żadne plakaty. Wisi obraz, który dostałam od I. w ważnej dla mnie chwili, tuż przed tym, gdy wychodziłam za mąż. Powiedziała mi wtedy, że jesteśmy na nim we dwie i żebym nigdy o tym nie zapomniała. Jak mogłabym zapomnieć, gdy jest częścią mnie? Jak mogłabym nie śpiewać tej ody, skoro zawsze, gdy widzę na ulicy grę w klasy, skaczę - nawet w butach na obcasach?

Adam Mickiewicz
„Oda do młodości”

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy;
Młodości! dodaj mi skrzydła! 
Niech nad martwym wzlecę światem 
W rajską dziedzinę ułudy: 
Kędy zapał tworzy cudy, 
Nowości potrząsa kwiatem 
I obleka w nadziei złote malowidła. 

Niechaj, kogo wiek zamroczy, 
Chyląc ku ziemi poradlone czoło, 
Takie widzi świata koło, 
Jakie tępymi zakreśla oczy. 
Młodości! ty nad poziomy 
Wylatuj, a okiem słońca 
Ludzkości całe ogromy 
Przeniknij z końca do końca. 

Patrz na dół - kędy wieczna mgła zaciemia 
Obszar gnuśności zalany odmętem; 
To ziemia! 
Patrz, jak nad jej wody trupie 
Wzbił się jakiś płaz w skorupie. 
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem; 
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu, 
To się wzbija, to w głąb wali; 
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali; 
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu. 
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: 
To samoluby! 

Młodości! tobie nektar żywota 
Natenczas słodki, gdy z innymi dzielę: 
Serca niebieskie poi wesele, 
Kiedy je razem nić powiąże złota. 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele; 
Jednością silni, rozumni szałem, 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, 
Jeżeli poległym ciałem 
Dał innym szczebel do sławy grodu. 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
Choć droga stroma i śliska, 
Gwałt i słabość bronią wchodu: 
Gwałt niech się gwałtem odciska, 
A ze słabością łamać uczmy się za młodu! 

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze, 
Ten młody zdusi Centaury, 
Piekłu ofiarę wydrze, 
Do nieba pójdzie po laury. 
Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga; 
Łam, czego rozum nie złamie: 
Młodości! orla twych lotów potęga, 
Jako piorun twoje ramię. 

Hej! ramię do ramienia! spólnymi łańcuchy 
Opaszmy ziemskie kolisko! 
Zestrzelmy myśli w jedno ognisko 
I w jedno ognisko duchy!... 
Dalej, bryło, z posad świata! 
Nowymi cię pchniemy tory, 
Aż opleśniałej zbywszy się kory, 
Zielone przypomnisz lata. 

A jako w krajach zamętu i nocy, 
Skłóconych żywiołów waśnią, 
Jednym "stań się" z bożej mocy świat rzeczy stanął na zrębie; 
Szumią wichry, cieką głębie, 
A gwiazdy błękit rozjaśnią -
W krajach ludzkości jeszcze noc głucha: 
Żywioły chęci jeszcze są w wojnie; 
Oto miłość ogniem zionie, 
Wyjdzie z zamętu świat ducha: 
Młodość go pocznie na swoim łonie, 
A przyjaźń w wieczne skojarzy spójnie. 
Pryskają nieczułe lody 
I przesądy światło ćmiące; 
Witaj, jutrzenko swobody, 

Zbawienia za tobą słońce!


wtorek, 29 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 9

Niedziela znów wypada poza niedzielą. Tym razem przez Waniliowe plantacje Wrocławia… (nie czytałam opowiadania , znam je tylko skądinąd…). Pojechałam odskoczyć – obłaskawić zimę, pobyć z Przyjaciółką, posłuchać dobrej muzyki na pewnym festiwalu… I Wrocław jak zwykle skradł mi kawałek serca, wyjadł tam dziurę, której teraz długi czas nie zasypię piaskiem szarych dni…

Dziś będzie poezja nietypowa. Bo śpiewana. Ale śpiewana wcale nie ze skrzypcami, w długiej sukience i w klimatycznym małym klubiku jazzowym.
Śpiewana wprost na ulicy. Z gardła. Bez ozdób. 

Gdy pierwszy raz usłyszałam to śpiewanie – usiadłam z wrażenia na zimnej podłodze. Usiadłam naprawdę, a nie tak, żeby wypełnić ramy powiedzonka jakimś obrazem. Przewijałam – od nowa, od nowa i od nowa. Byłą po uszy w tej muzyce, ale bardziej w tym słowie, w jego odkrywczości, w prostocie….

Każda kobieta jest próżna. I każda też jest małą dziewczynką. Obojętnie, jak wysokie ma obcasy – nogi wyginają się niebezpiecznie, spada się z wysokości 12 centymetrów do kochania. Każda chce, żeby na walentynki ktoś przyniósł jej wypchanego pluszowego misia. Każda chce iść wrocławskim rynkiem za rękę, trzymając taką banalną, do niemożliwości czerwoną różę. Każda do tej róży śmieje się w środku. Każda zasusza płatki w ulubionej książce… Choć właściwie nie ma sensu, bo co potem z nimi zrobić? Ale najważniejsze, że są….
Każda chce być głaskana – po głowie, po szyi, po wewnętrznej stronie duszy. 
Każda chce, żeby podziwiał. Żeby skomlał u drzwi. Choćby nawet potem go nie wybrała. Każda chce mieć moc – to ta pewność, że mogę przyciągać wzrokiem i że mogę być dla kogoś stro-razy-najważniejsza. 
Dlatego ten utwór sprawia, że w środku mnie latają motyle. Delikatnie poruszają skrzydełkami – to motyle zazdrosne… Bo marzę o tym, żeby ktoś zaśpiewał, wyszeptał, wykrzyczał dla mnie:

WPUŚĆ MNIE

Przyszedłem chodź dziurę mam w skarpecie
i błyska mi pięta jak hollywoodzki ząb
najwyżej będziemy się kochać w butach
jak kot jak kot jak kot

przyszedłem trochę gruby i trochę niemłody
ale mam wino co ujmie mi lat
przyniosłem książkę w ramach drugiej nagrody
jak mnie nie wpuścisz poczytam przy drzwiach 
w autobusie

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść 
wpuść mnie
wpuść mnie
no weź mnie wpuść 

przyszedłem choć dzwonili bym poszedł gdzie indziej 
na karuzelę plotek i piw
ona podobno tak fajnie się gibnie 
że znajdą się siły na jakiś młodzieńczy zryw

teraz jeszcze pale co zmniejsza moje szanse 
trzeba mieć towarzysza na taki rejs
dym zbiera słowa w pęczki co potem będą nasze tajne 
kiedy już naprawdę wpuścisz mnie

cicho się wślizgnę

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść
wpuść mnie
wpuść mnie
no weź mnie wpuść

wszystkie szczegóły opowiem ci w środku 
mam siedem planów a każdy z nich ma
dokładny rozrys moich zamiarów
a każdy zamiar będzie pił cię do dna

zupełnie nie pada i nie jest romantycznie
za Paryż robi francuski klucz
niesiony przez hydraulika 
co schodzi po schodach a ty mnie wpuść

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść



I wciąż, gdy już dopadnie mnie ten utwór, mogę przewijać i - od nowa, od nowa, od nowa… I gdy słucham to wiem, że jest we mnie uzależnienie od stanów wyobraźni, jakie wywołuje poezja…

piątek, 25 listopada 2011

STREFY JĘZYKOWE

MARLENA DE BLASI
„LAVINIA I JEJ CÓRKI”
(TŁ. PAULINA OHAR-ZIMA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

„A więc ugotujmy coś i rozmawiajmy. Jedzmy i rozmawiajmy.” [s.172]
Właściwie nie musiałabym pisać nic więcej. Mogłabym tylko rzucić hasła – kobieta, jedzenie, miłość, rodzina, stół, bycie. I to byłoby wszystko, co jest w tej książce. I to byłoby wszystko, co jest najważniejsze. W życiu, w literaturze, w Deblasowszczyźnie… Ale napiszę jeszcze kilka słów, napiszę swój zachwyt i swój niesmak, napiszę głód, jaki znów towarzyszył mi przy czytaniu książki, napiszę emocje, jakie wywoływała Lavinia.
Ta książka to w pewnym stopniu kontynuacja cyklu „Tysiąc dni w…” - pamiętnika kobiety, która odwróciła się na pięcie, zakręciła wokół własnej osi i wylądowała w ramionach jagodowookiego Wenecjanina. I za nim, jak po sznurku, jak na smyczy, poszła w Wenecję, w Toskanię, w Orvieto. Teraz na chwilę jest w jednym miejscu. Skończyli remont pałacu, zaczynają nowe życie. W ich związku jakieś złe iskry, jakby tuż przed wybuchem. Fernando nie ma pracy i zazdrosny jest o każdą minutę, którą Marlena poświęca pisaniu. Chce ją ukraść literaturze, zabrać i zamknąć w wieży. Marlena się nie daje, ucieka do małej, skromnej leśniczówki przyjaciół. Stół, krzesło, kominek, kuchnia. I miejsce do pisania. I miejsce do spania. Tam Marlena układa swój świat – na półce książki, na biurku papier, w kuchni sery i oliwę z oliwek… Dostaje przykaz, żeby co dzień wieszać na drzwiach nowe bukiety kwiatów, które mają odstraszyć duchy i zaczyna swoją samotność. 
Niedaleko niej mieszka Lavinia – wyniosła, stara Toskanka, która nienawidzi obcokrajowców. A szczególnie takich, którzy osiedlają się we Włoszech i próbują nauczyć się żyć z miejscowymi, próbują urządzić tu swój dom, próbują ciabatty i ribolity… „(…)po co? Żeby odnaleźć siebie? Żeby siebie zatracić? To raczej tchórzliwe posunięcie. Co jest najważniejszym pragnieniem emigranta? Zacząć od początku? Dostać jeszcze jedną szansę? Często myślę, że to trochę jak rozwód. Człowiek zostawia drugą osobę, z prędkością błyskawicy znajduje nową i zaczyna proces od początku, idąc tymi samymi, znanymi ścieżkami. (…) Gdyby tylko ludzie zrozumieli, że to w nich samych powinna zajść zmiana.” [s.97] – mówi Lavinia do Marleny. To nie jest tak, że to przyjaźń, miłość od pierwszego spotkania, że kobieta wyczuła w drugiej kobiecie swoje odbicie. Marlena opisuje żmudną pracę, jaką jest poznawanie Lavinii, wszystkie te razy, gdy od jej twarzy odbijały się obelgi, pozostawiając ślady. Ale jednocześnie zrugana wraca – jakby Lavinia ją zaczarowała, jakby nie mogła się od niej uwolnić. Bo w istocie to piękna znajomość, piękna historia. 
Historia o plemieniu kobiet, o stadzie, na czele którego stoi Lawinia – osiemdziesięcioletnia silna, mądra, konserwatywna, uparta, gwałtowna, antypatyczna, ale tak bardzo kobieca – łączy w sobie milion kawałków, które składają się na ideę kobiety, te wszystkie cechy, które ma nasz ród, wady i zalety, mocne ręce do ugniatania ciasta i delikatne dłonie, do gładzenia po twarzy osoby, które się kocha. Silne nogi do tańca i chodzenia pod górę i piękne kolana, które zwracają uwagę mężczyzn. Serce, w którym mieści się cała miłość świata – do dziecka, do mężczyzny, do przyjaciółki… Przewodzi, ale w całej książce unosi się niesamowite pragnienie, by być razem – to wspólnota jest tak naprawdę najważniejsza, ten Dom, który staruszka stworzyła, cztery ściany, które wypełnione są śmiechem, wspomnieniami, wspólnymi posiłkami, opowieściami. Miejsce, gdzie każdy wraca, by usiąść u stóp Lavinii i słuchać historii – raz o wojnie, raz o jej mężu, raz o dzieciństwie, a czasami przepisu na sos, recytowanego z pamięci. W tym względzie to najbardziej dojrzała książka De Blasi - przestaje zamykać się w świecie, w którym nie ma nikogo prócz niej i Fernanda, zaczyna odkrywać wspólnotę, Rodzinę. To książka jak soczysta, nabrzmiała figa, której sok spływa po brodzie.
I mimo, że czasem mierzi mnie pretensjonalność De Blasi, jej upodobanie do marmurów, szezlongów, długich sukienek, kandelabrów, blichtru i przepychu, że mało mnie obchodziły problemy finansowe jej i Fernanda, że czasem jest zbyt banalna w swoich sądach i tak posłodzona, że aż nienaturalna, to za chwilę o tym zapominam – ulegam jej czarowi i czytam o wspólnym gotowaniu, gdy w jednej kuchni tańczy siedem kobiet i jestem tą ósmą, która przycupnęła z boku i patrzy z zachwytem. Ta książka to moje pole wyobraźni – obsadzam je kwiatami cukinii, wojenną historią i wspólnym obiadem z chleba, oliwy i zupy fasolowej. I jak zwykle znajduję na swoim języku takie obszary, które do tej pory nigdy nie były drażnione. A język służy u De Blasi do dwóch czynności – smakowania i opowiadania. Słucham… Próbuję… Czytam…

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

wtorek, 22 listopada 2011

BEZ-DECHU…

KRZYSZTOF KOTOWSKI
„KREW NA PLACU LALEK”
PRÓŚZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011 

Ta książka przygniotła moje myśli. 
Spadła na nie z wysoka, a ja nie byłam przygotowana. 
Trzech policjantów – Chudy, Szuchcik i Dareczek. Chudy leży w szpitalu, stracił przytomność na miejscu zdarzenia. Mówi coś o zwłokach, których jego współpracownicy nie mogą znaleźć. Upiera się przy swoim – wie, że tam, gdzie był na prywatnej, samozwańczej akcji, leżała nieprzytomna kobieta. Daje Dareczkowi i Szuchcikowi jej pamiętnik i przykazuje, żeby przeczytali do końca, nim osądzą jego i nieistniejącą ją. 
Policjanci, dość sceptycznie nastawieni, przekonani, że kolega zbyt mocno uderzył się w głowę, otwierają dziennik i natrafiają na najdziwniejszą sprawę w swojej karierze.
Początek sugerował kryminał. Seria „Asy kryminału”, w której książka została wydana, sugerował kryminał. Nazwisko autora sugerowało kryminał. Nie spodziewałam się więc, że między rasowym policyjnym śledztwem, zaginioną kobietą, zaginioną dziewczynką i chorym policjantem dostanę traktat filozoficzny. Łatwopołykalny. Wciągający. Fascynujący i dający do myślenia. 
Akcja dzieje się dwutorowo – oprócz Szuchcika i Dareczka mamy też Marię. To matka kilkunastoletniej Martyny, która zaginęła. Maria chce ją za wszelką cenę odnaleźć - jedzie do małego miasteczka, w którym widziano Martynę po raz ostatni. Tam ulega pokusie (ja wyczytałam między wierszami, że jest alkoholiczką…) – pije z dwoma bezdomnymi kobietami i rano budzi się w pałacyku (w którym mieszkał Ogiński) – bez dokumentów i bez pieniędzy. Nad nią stoi ośmioletnia dziewczynka, której udaje się powiedzieć jedynie „Pomóż mi, pomóż mi, pomóż mi…” i tak nieskończoną ilość razy. Nie wiadomo, co tak przestraszyło dziecko, nie wiadomo kim jest i skąd znalazła się w pałacyku.
Mistrzowski pomysł – coś na pograniczu fantastyki, thrillera parapsychologicznego i typowego kryminału. Jakiś miks, koktajl Mołotowa, który uderzy mnie tak mocno, że do teraz mam ślady. Cały dzień myślałam o tej książce, myślałam o jej przesłaniu. Rozgryzałam jej myśl przewodnią – że na świecie nie jesteśmy sami, że ktoś za nami stoi, ktoś, kto pomaga nam przejść przez życie, poświęca samego siebie w imię tego, żeby ktoś mógł przetrwać. Patetycznie to brzmi, mocno naciągnie – jak hymn pochwalny na czyjąś cześć. Ale ta książka nie ma w sobie nic z pomnika – jest kawałkiem świetnej literatury rozrywkowej, która zjeżyła mi włosy i pozostawiła niepokój w sercu na parę godzin. Nie mogłam przez nią spać i nakryłam się kołdrą po same uszy. Bo jednocześnie to zapis niewyobrażalnego okrucieństwa, jakim cechują się nasze czasy, to kronika ludzkiego strachu i bezgranicznej ufności dziecka w dobroć dorosłych – zaufania, które bardzo prosto jest połamać – jak pudełko kolorowych kredek. 
Okładka mówi wszystko o strachu, zawartym między linijkami tej książki.
Tytuł mówi wszystko o niepokoju, jakim nacechowana jest ta historia.
Nazwisko to jedno z tych, dzięki którym literaturę z naszego podwórka można też nazwać dobrą (choć bronimy się przed nią czasem bardzo zaciekle). 
Tym razem osądziłam po pozorach. Tym razem zachwyt.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Pószyński i S-ka]

MUSIAŁAM WIEDZIEĆ

HARUKI MURAKAMI
„IQ84 T.3”
(TŁ. ANNA ZIELIŃSKA-ELLIOTT)
MUZA SA, WARSZAWA2011 

Za drzwiami toczyło się życie. Mama, Tata, Brat, Mąż i Dziewczyna jedli świeżo wyciągniętą z piekarnika pizzę, słyszałam w tle syk pieniącego się piwa, nalewanego do szklanki, ożywione głosy, rozmowy. Byłam w domu – tyle, że za innymi drzwiami. Podwójnymi – drzwi do sypialni lekko przymknięte i drzwi do IQ84, zatrzaśnięte, zdaje się, nie do otwarcia. 
Musiałam wiedzieć, co się stanie z Tengo i Aomame… Musiałam wiedzieć, czy się spotkają, bo serce łomotało mi tak, że nie mogłam go uspokoić. W trzecim tomie bowiem Murakami drażni się z czytelnikiem, bawi się w nim, rzuca małe kolorowe piłeczki słów, a potem uśmiecha się nieznacznie, gdy rozpryskują się na wszystkie strony i nie można ich złapać… Daje balkon, na którym siedzi Aomame i z którego, jeszcze na końcu części drugiej, widziała Tengo. Nie zdążyła dobiec na czas. Teraz sensem jej życia staje się czekanie. Co dzień, co noc, siaduje zawinięta w koc, z zieloną herbatą, z tomem „W poszukiwaniu straconego czasu” i patrzy na zjeżdżalnię, na której wtedy (w lutym, gdy wyszła druga część) widziała ukochanego. Jest drżeniem, gdy zawieje wiatr. Jest ciepłem, gdy rozgrzewa ją od środka zielona herbata. A Tengo ma do wykonania swoje własne zadania. Musi jechać do Miasta Kotów i tam dopełnić pewnej bardzo ważnej czynności.
To inny Murakami niż zawsze. Przede wszystkim na dłoniach ma krew kilku istnień. Zabrał oddech, zabił. Ta książka, różowa, cukierkowa na okładce, w środku ma mrok. Gdy ją czytałam nie wierzyłam, że tak dużo przemocy można upchnąć obok tak wielkiej ilości miłości. Wszystko w jednej książce. Ramię w ramię, noga w nogę. Zadziwiające też jest to w jaki sposób ta przemoc łączy ludzi, jak jest momentami konstruktywna. Jakby Murakami wołał „Taki jest dzisiejszy świat, pogódź się z tym i znajdź w nim ziarno, które chcesz zasiać!”. 
A poza tym to Murakami dokądś się spieszący… Jego poprzednie książki były niespieszne, flegmatyczne, rozciągliwe. Cuda i magia działy się między krojeniem ryby a prasowaniem, między układaniem ubrań na półkach a słuchaniem muzyki. Tu, szczególnie w trzecim tomie, nie ma prawie teraźniejszości. Są pościgi, detektywi, piec, w którym pali się zwłoki, powietrzne poczwarki, miasto kotów i mother i daugter… Cała inność nie dzieje się „przy okazji”, jest sensem… Wiem dlaczego – dlatego, że Aomame trafiła w trochę odwrócony świat, w świat IQ84, gdzie „nie przydają się żadne ustalone zasady ani wiedza, nie sposób więc przewidzieć, co może jej się przydarzyć.” [s.227]. Ale chciałam poczytać o tym, jak bohaterka robi sushi, czyta książkę, wynosi śmieci, rozmawia przez telefon, a dopiero potem widzi powietrzną poczwarkę – tymczasem tutaj normalność się zdarzała, zamiast się dziać… Ten świat miał wydźwięk bardzo negatywny, męczył mnie i dusiłam się w nim. Nie czułam tego bujania, tej dziwnej lekkości, która była we wszystkich innych książkach Murakamiego. Tutaj nierzeczywistość mnie przerażała. Chciałam już wyjść z tego świata. Chciałam za ręce wyciągnąć z niego Aomame, nie mogłam słuchać jej myśli tęskniących, jej nawoływań „Gdzie jesteś, Tengo? Znajdź mnie szybko. Zanim znajdzie mnie kto inny.” [s.85] Pułapka. Potrzask. 
Ale musiałam wiedzieć.
Gdzieś ostatnio przeczytałam, że w tej chwili sława Murakamiego jest tak wielka, że nawet, gdyby nabazgrał jakieś bzdury na papierze toaletowym, to ludzie ustawili by się w kolejce, żeby to kupić. Myślę, że to poniekąd prawda. Murakami jest modny. Ja sama nie odpuściłabym żadnej z jego powieści, nie umiałabym nie przeczytać. Ale jednocześnie jest we mnie głęboko wielkie przekonanie, że Murakami nigdy niczego nie nabazgrze. Że nawet w powieści, którą czytam na bezdechu, żeby nie nawdychać się zbyt dużo negatywnych emocji, nawet tam opowie mi coś pięknego – jakąś miłość, jakąś przyjaźń, opowie o Prouście i powie, że:
„-Przepraszam, ale być może nie uda mi się zwrócić ci Hecklera und Kocha (…)
  -Nie szkodzi. To prezent ode mnie. Kiedy zacznie ci przeszkadzać, możesz go wrzucić do Zatoki Tokijskiej. To będzie mały krok na drodze do rozbrojenia świata.” [s.451]

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA]

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 8

Murakami sprawił, że z niedzieli zrobił się poniedziałek. A nawet już wtorek. Murakami, który nie pozwolił mi odejść od IQ84 i Dom Rodzinny, do którego pojechałam na weekend. Pojechałam pobuszować z Mamą po sklepach, zmienić opony na zimowe, obejrzeć z Bratem kilka odcinków serialu (zawarliśmy pakt, że oglądamy tylko razem) i zjeść pizzę, którą robi mój Tata – najlepszą!!!!
Dałam się opętać upływowi czasu, rozłożyłam ręce i szybowałam przez te dni, a czas oszukiwał i biegł dwa razy szybciej. Przegonił mnie i śmiał się ze mnie na mecie, gdy późnym wieczorem dojeżdżałam do Domu. 

Dlatego sięgnęłam po „Solo”, które czytałam jakiś czas temu. Pamiętałam wiersz, który uderzył mnie w twarz – wiersz Otto Brinka.

Pod krzewem tarniny

Nie mam czasu
By spojrzeć na ciebie żono
Muszę pracować

Nie mam czasu
By cię pogłaskać mężu
Muszę sprzątać

Nie mam czasu żono
Powiedzieć ci co mnie porusza
Muszę do kolegów

Nie mam czasu mężu
By cię wysłuchać
Dzieci płaczą

Nie mam czasu 
Na miłość żono
Chcę mieć dom

Nie mam czasu 
Na łóżko mężu
Goście przyjdą

Wkrótce będę miał czas żono
Pod krzewem tarniny na cmentarzu

Ja także mężu
Przy tobie w grobie

Dziś wyszłam z domu o 10. Gdy otworzyłam oczy nie było już Męża – ciemnym, choć już dniem - poszedł do pracy.
Dziś przyszłam do domu o 22.13 – Mąż spał… Wpakowałam się do łóżka w ubraniu i leżąc obok słuchałam Jego oddechu. Żeby wyczytać z Niego, jaki miał dzień, czy zjadł na pewno śniadanie, czy zdarzyło Mu się coś miłego. 
Mam ochotę krzyczeć na uciekający czas. Że choć raz, choć czasem, choć na chwilę mógłby przestać. Że i Czasowi należy się urlop, a wtedy skorzystam ja i mój Mąż. Że gdy czas się zatrzyma, będę mogła patrzeć w Jego kolorowe oczy i nic więcej. Żadnego tykania zegara. Żadnego prania. Żadnego obierania ziemniaków. Żadnego grafiku… Policzyłabym włosy na Jego głowie. Każdemu pieprzykowi na ciele nadałabym imię. Poczytałabym Mu wiersze. Opowiedziała bajkę o dżdżownicy, którą usłyszałam od Brata. 
I zaraz moje myśli uciekają do haiku, które też znalazłam w książce Raduńskiej:

Mój dom spłonął.
Już nic
Nie zasłania księżyca.

[Masahide]

I mam ochotę usłyszeć piorun uderzający w pień mojego drzewa – jakiś wstrząs okrutny, po same czubki palców. Będzie bolało – ale to najpierw – a potem będzie niebo…

Smutno dziś, ale wierzę, że optymistycznie (i to wcale nie paradoks…)


czwartek, 17 listopada 2011

NIE-TERMINATOR (ZAŻALENIE)

MARIA NUROWSKA
„REQUIEM DLA WILKA”
WAB, WARSZAWA 2011 

Jestem zdania, że historie raz opowiedziane nie zyskują, na ogół, na reaktywacji. 
„Nakarmić wilki” zrobiły na mnie wrażenie – tematyką, językiem, mocnym zakończeniem, pomysłem, obrazowością, Bieszczadami. Niecierpliwie przebierałam nóżkami, gdy usłyszałam o „Requiem dla wilka”. Chciałam znów odwiedzić bieszczadzkie stado, chciałam zatopić się w las, chciałam usłyszeć wycie – takie, od którego dreszcz, jak iskra, biegnie, z góry na dół, drętwieją stopy- tylko na ułamek sekundy, ale to jak wstrząs.
Tym razem w góry wybiera się Joanna – dziewczyna po filmówce, która chce stworzyć swój pierwszy film. Jego bohaterem ma być genialny reżyser Glinicki, który przerwał karierę i zaszył się w Bieszczadach. Dla Joanny był guru, nauczycielem na odległość, to na jego filmach wyhodowała swoją miłość do kina, na jego filmach rozpracowywała warsztat. Teraz chce jemu poświęcić swój pierwszy pełnometrażowy film- w hołdzie i chyba trochę w podziękowaniu. Jedzie w góry kompletnie nieprzygotowana – nie zna Bieszczad, zakapiorów i mentalności bywalców Siekierezady. Odbija się od odmowy Glinickiego i niespodziewanie ląduje w chatce, w której w „Nakarmić wilki” mieszkali Kasia, Olgierd i Klunej. Już tu zaczęło mi zgrzytać – samotna kobieta w samotnej górskiej chatce. Bez ogrzewania – piec opalany drewnem, z wodą przynoszoną ze strumyka. Ale ona była zafascynowana i cieszyła się ciszą. I planowała swój nowy film – postanowiła nakręcić dokument o Katarzynie. No i oczywiście bardzo zainteresowały ją wilki i postanowiła odnaleźć watahę w górach, posługując się mapą… A, jest jeszcze coś, niespodziewanie okazało się, że jej najbliższym sąsiadem jest nie kto inny jak Glinicki… I oczywiście Joanna sobie radzi, choć od czasu do czasu wygasa jej w piecu, oczywiście znajduje wilki, choć chyba niedokładnie te same, ale przynajmniej jeden z nich to ten, o którym czytała w dzienniku Katarzyny. 
Nurowska dała więc fascynujący popis niekompetencji – ciekawa jestem, co na tę część powie trójka młodych ludzi, która pracowała z nią nad „Nakarmić wilki” – przyrodnicy, pomagający w wyjaśnieniu zwyczajów wilków. 
Gdy zestawiam ze sobą obydwie bohaterki – Katarzynę i Joannę, w tej drugiej widzę tylko pokraczną karykaturę, małą dziewczynkę, która przebrała się w za duże buty mamusi i umalowała szminką usta. Kasia byłą silna, mocna, zdecydowana. I kompetentna. A Joanna jest rozchwiana emocjonalnie, śmieszna i nie zamarzła w chacie w górach tylko dlatego, że to powieść i autorka ochroniła ją ciepłem własnych dłoni. 
Katarzyna wyła z watahą, ale nigdy nie ośmieliła się zakłócać jej życia, wiedziała, na jaką odległość może podjeść do wilka i zdawała sobie sprawę z dzikości tych zwierząt. Joanna zaś kładzie sobie łeb wilka na kolanach i traktuje jak maskotkę, trochę przerośniętą i puszystą. Jak to możliwe, że wilk położył łeb na kolanach człowieka – tylko dlatego, ze inna kobieta kilka lat wcześniej, w innej powieści, była oddana wilkom do utraty tchu? Naciągane… Powieściowe… Zresztą sama Joanna właściwie ośmiesza się na kolacji u leśniczego – nie umie stanąć po żadnej stronie, ani po stronie obrońców wilków, ani po stronie tych, którym wilki dziesiątkują stada. 
Żaden bohater w tej powieści nie jest dla mnie realny. Olgierd, który w pierwszej części był tajemniczy, mądry, ale szorstki, przywodził mi na myśl Heathcliffa z „Wichrowych wzgórz”, tu stał się żałosną karykaturą samego siebie. Odarty z wszelkiej godności. Z czarowności. 
Film, który był sensem życia Joanny tak naprawdę nie powstał na kartach powieści – był pretekstem i jako pretekst z niknął, rozpłynął się. Więcej w tej powieści polityki – katastrofy smoleńskiej i prezydenta, niż realizacji zamierzeń bohaterki.
Czuję się jako czytelnik, sprowadzona do własnego portfela – wiem, że każdy pisarz pisze, by zarabiać, że to praca, jak każda inna, jak sprzedawanie chleba i odgarnianie śniegu sprzed bloku (oczywiście w sensie jej celowości jako środka do życia) – nie mam o to najmniejszych pretensji. Ale trzeba mieć do czytelnika szacunek, bo czytelnik jest pamiętliwy…
A ta książka to jak telenowela w odcinkach – jest wszystko, co potrzebne – śmierć, niechciana ciąża, dylemat miłosny… i tylko Bieszczad brak, i tylko wilków nie słychać…

Niestety – jedyną dobrą reaktywacją, jaka w tej chwili przychodzi mi na myśl był „Terminator 2” (no i fakt – drugi kryminał Mikiego Waltari ) – niniejszym uprasza się więc o pozostawienie bohaterów części pierwszej w częściach pierwszych i nie budzenie ich w celu przywracania do zombicznego* życia…

*pochodzi oczywiście od „zombie” – te stwory wstają z grobu nie całkiem żywe i nie całkiem martwe i – zaskakujący zbieg okoliczności – zazwyczaj po to, by mordować…

wtorek, 15 listopada 2011

MRUCZĄC JAK KOT

MIKA WALTARI
„BŁĄD KOMISARZA PALMU”
(TŁ. SEBASTIAN MUSIELAK)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Koty – o ile znam troszeczkę ich pokrętną naturę – mruczą z radości i zadowolenia. Na przykład, gdy ktoś je głaszcze pod brodą. Ja mruczę z radości i zadowolenia, gdy mam przyjemność spotkać komisarza Palmu. Grubaśnego, lubiącego dobrze wypić i zjeść, ale nigdy nie mającego na to pieniędzy (bo przecież jest na pensji urzędniczej), bystrego, zaczepnego, figlarnego i pociesznego policjanta, który bezbłędnie rozwiązuje zagadki kryminalne. Tak, bezbłędnie, choć błędy popełnia, co w części drugiej zostanie unaocznione. Część pierwsza cyklu „Kto zabił panią Skrof?” dostarczyła mi tyle niekłamanej uciechy, że nie wahałam się ni chwili, gdy zobaczyłam, że Palmu wychodzi po raz drugi ze swego biura i rusza w miasto. Absolutnie nie wierzyłam też w jego błąd, choć przyznać muszę, że w istocie go popełnił. 
Tym razem trupem pada mężczyzna – Brunon Rygseck, jeden z akcjonariuszy potężnego koncernu Rykamo, najbardziej liczącego się w całych Helsinkach. Bruno za życia oprócz tego, że był bogaty, to był nieco szalony – przyprawiał sobie rogi i kierował ruchem, albo wymyślał gry, w których każdy z uczestników miał popełnić najobrzydliwszą z możliwych zbrodnię. Tego jesiennego poniedziałkowego poranka w tamtych czasach, kiedy jeszcze nie wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż teraz” [s.5] bogaty i szalony Bruno poślizgnął się w swojej własnej łazience na mydle i wyzionął ducha. Porucznik Hagert na szczęście wysyła na miejsce Palmu, żeby dopełnił formalności i sprawdził ów nieszczęśliwy wypadek. Wraz z Palmu do rezydencji Rygsecka udaje się oczywiście technik Kokki i narrator powieści – początkujący pisarz, pomocnik Toivo Virt. Na miejscu zastają dom pełen ludzi – jest tam służący Bruna, jego znajomi, rodzina i podwładny, a w łazience, gdzie leżą zwłoki, które zwłokami okazują się nie być, jest zapalone światło. Komisarz Palmu obchodzi dookoła przeogromną łazienkę i dochodzi do wniosku – to było morderstwo. A ja zacieram ręce i muszę z pewną dozą wstydu stwierdzić, że cieszę się, iż Bruno podzielił los pani Skrof i dopiero co powołany do życia, stracił oddech. A cieszyłam się dlatego, że kolejny raz miałam okazję zobaczyć w akcji komisarza Palmu, który „gromadzi bezdyskusyjne fakty, właściwie je ze sobą łączy, a potem wyciąga oczywiste wnioski”[s.8] Jest w tym fascynujący, zabawny i bawi się z zapatrzonym w niego pomocnikiem, a poprzez jego osobę tak że ze mną. Jego sposób prowadzenia śledztwa przypomina mi dziecięcą grę w przekładanie sznurka zaczepionego o palce – motanie, pętlenie, coraz bardziej zasupłane, ale na samym końcu powstaje piękna przeplatanka, na której widać szeroki od ucha do ucha uśmiech. 
W trakcie śledztwa podaje kilka rozwiązań sprawy, każdej postaci przypisuje motyw i wiarygodne sposób wykonania zbrodni – podaje kryminał w kryminale, alternatywne wersje i pięć powieści w jednej, a sam uśmiecha się przy tym pod nosem, bo wie, kto tak naprawdę odebrał Brunonowi dech. 
To elegancki kryminał. A Mika Waltari jest moim numerem jeden jeśli chodzi o stopień zaintrygowania i język, jakim każe się posługiwać swoim postaciom. Bo jak można nie kochać Palmu, który oznajmia przeuroczo: 
„Punktualność jest grzecznością królów(…). Co prawda jestem zdeklarowanym demokratą, niemniej i od królów możemy uczyć się rzeczy wartych naśladowania.” [s.203], a przy tym zauważa każdy najdrobniejszy szczegół w swoim otoczeniu? Jak można nie kochać komisarza, który na pewno wiedziałby, jakiego koloru są Twoje oczy?

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

niedziela, 13 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 7

Były takie czasy, że nie było Internetu. Były takie czasy, że nie każdy miał w domu drukarkę. Nawet komputer nie królował wszędzie. I dzisiejsza historia będzie o takich czasach. O DIY czyli Do It Yourself. Znaczyło to tyle, że ludzie, którym się chciało pisali wiersze. Ludzie, którym się chciało malowali plakaty. Ludzie, którym się chciało pisali piosenki i czasem nawet ktoś dawał zaśpiewać im te piosenki w małym osiedlowym klubiku, albo w Domu Kultury. 
Był Tomasz Zawilski, który mieszkał w Pile. Nigdy nie poznałam go osobiście, jedynie pisaliśmy do siebie listy – papierowe, pachnące atramentem, pełne skreśleń, gdy źle sformułowało się jakąś myśl. Takie, od których bolała ręka. Tomasz stworzył Burdel Wydawniczy Wiatrów Piekieł, w którym mozolnie i ręcznie składał tomiki młodych poetów, często genialnych, a czasem tylko młodych. Wynajdował rysunki, kawałki gazet, obrazy, a potem wycinał literki, pisał na maszynie i wszystko składał w maleńkie czarno-białe książeczki odbijane na xero. Dostałam kiedyś taką książeczkę, której autorem był Rafał Szymański. Rafała troszkę znałam. Najpierw byłam nim zafascynowana – ja uczennica Szkoły Podstawowej, a on student, który przyszedł nas uczyć. I miał piękne dready, które tak mnie fascynowały, że nie byłam w stanie słuchać, co mówi na lekcji. Poczta pantoflowa, szeptanie na korytarzach i wywiad zdeterminowanych nastolatek wykazały, że Rafał gra w zespole Ewa Braun – pierwsze kasety, przegrane w taki sposób, że więcej tam było słychać szumów, niż muzyki… Potem co jakiś czas spotykaliśmy się tu i tam. W mieście i poza nim. Więc gdy dostałam dość magicznie ten tomik (pocztą, z dalekiej Piły, gdy sam autor mieszkał kilka ulic ode mnie) widziałam te wiersze zupełnie inaczej. Przez jakiś pryzmat. Na kolorowo, choć są bolesne i mocno krzykliwe. Niespokojne. Tomik „Dupa” nie jest grzeczny. Bo nie ma powodu być. Jest szare miasto. Smutne. Jest podział na skinów i brudasów. Jest mało koncertów. I nie ma pracy. I jest chyba tylko miłość, dzięki której jeszcze cokolwiek się udaje. Pamiętam, że gdy przeczytałam ten tomik bez tchu od deski do deski (od trzeciejstrony do dwudziestejtrzeciejstrony), a potem jeszcze i jeszcze, to siadłam przy biurku i napisałam do Rafała list, który posłałam pocztą te kilka ulic dalej jeszcze tego samego dnia. I pytałam go w nim czy ma receptę na życie, na dupę… A on chyba mi nawet odpisał. Że nie ma.
Dziś mieliśmy z Mężem napad sprzątania, przekładaliśmy z miejsca na miejsce blaszki do ciasta i salaterki, kupiliśmy liściom laurowym i zielu angielskiemu nowe słoiczki z kolorowymi zakrętkami. A ja uskuteczniłam własne poszukiwania. Tomiku „Dupa” – znalazłam, zamyśliłam się, uśmiechnęłam. Nigdy chyba nie będę go czytać tak, jak powinno się go czytać. Jak manifest młodości, zranionego chłopako-mężczyzny, który stoi na progu dorosłości i nie jest w niej tak, jak chciałby żeby było. Jak zaprzeczenie przeszłości – ja będę inny, nigdy nie stanę się taki, jak moi rodzice. Jak obronę wewnętrznego światła przed atakiem codzienności. Czytam go zawsze przez pryzmat nieco zakochanej nastolatki. 
Ale i wtedy i teraz dwa wiersze robiły/robią na mnie największe wrażenie.

Zestawiam je dziś razem, choć dzieli je w tomiku kilka stron. 


Ten pierwszy („Sperma”) jest gdzieś w środku – mocny, dosadny, pełen żądzy, męski i najeżony. Samczy. Krzyczy, uderza otwartą dłonią w twarz. Śmieje się ze mnie i nie daje mi spokoju. Od wtedy. 


Ale cały tomik kończy ten drugi wiersz. 
Nastrojowy i zupełnie inny. Trochę bardziej uładzony. Zrezygnowany nieco. Są w nim dwa wina malinowe i Joy Division – to tak, żeby nie wyjść całkowicie bez twarzy. To tak, żeby jeszcze zostawić sobie coś z tych marzeń. Ale jest też na dywanie mały człowiek i małe mieszkanie. To chyba mała stabilizacja, a przecież miało być „nigdy się nie ożenię…”. Zawsze czytam te dwa wiersze razem. Po „Spermie” szybko przewracam strony i upewniam się, że jest „[Pokocham ciebie…]”. 
I dziś nie mam co prawda wina malinowego, a z głośników płynie nie Joy Division, nawet nie Ewa Braun czy Nirvana, a Alina Orlova, to jednak siadam i piję filiżankę miętowo-truskawkowej herbaty i uśmiecham się do Rafała przez wszystkie kilometry, które nas dzielą. I uśmiecham się do tego wiersza. I wiem, że tak naprawdę każdy, kto pisze takie tomiki w głębi duszy woli zasadzić drzewo niż szukać nieustająco.
Twoje zdrowie Rafał…

piątek, 11 listopada 2011

BEZ-CENZURA

KYRA GALVAN
„NIEWYZNANE GRZECHY SIOSTRY JUANY”
(TŁ. PAULINA BOJARSKA – GARGULIŃSKA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2011 

Siostra Juana Ines de la Cruz to postać historyczna. Żyła w XVII wieku i była oświeconym umysłem swoich czasów. Była gwiazdką, która spadła z nieba na ziemię i na ziemi miała oddawać światło swojej wiedzy. Piękna, inteligentna, oczytana, interesująca się astronomią, pisząca poezje i dramaty, kobieta, która szła przez swoje czasy chyba ciut wyżej, niż inne kobiety – jakby nigdy naprawdę nie dotykała stopami bruku.
Kyra Galvan pokusiła się o dorysowanie siostrze Juanie bujniejszych włosów, oblekła ją w piękne suknie, dodała na palec pierścień i tak ucharakteryzowaną wpuściła na strony swojej książki. Doczowieczyła ją, dając jej ciało z krwi i kości, dopowiedziała fascynującą historię – nie wiadomo, czy choć trochę prawdziwą.
Wszystko zaczyna się od Laury Ulloa, która w poszukiwaniu materiałów do swojej pracy doktorskiej trafia do Archiwum Indii Zachodnich, a tam, wśród kompletnie niezwiązanych z tym dokumentów, znajduje pamiętniki Isabel Marii de San Jose – siostrzenicy samej siostry Juany. Początkowo czyta ja tylko z ciekawości, później śledzi z zapartym tchem, by w końcu odnaleźć w nich cząstkę historii, cząstkę siebie i swego pomysłu na życie.
W pamiętnikach Isabel opowiada o siostrze Juanie bez habitu, o kobiecie, która znalazła się w klasztorze przez przypadek, o kobiecie ognistej, brawurowej, o odważnej, silnej poetce, która będąc za murami klasztoru pisała wiersze miłosne do swoich kochanków. Opowiada to wszystko na prośbę samej Juany, opowiada, by nie zaginęło i by trwało wciąż jako świadectwo. Laura zaś trafiając na rękopisy wplątuje się w intrygę, z której niełatwo będzie jej wyjść obronną ręką.
Ta książka jest dość przewrotna – już sam tytuł sugeruje, że czytelnik zostanie dopuszczony do tajemnicy, że wejdzie w świat, na którego istnienie byli ślepi wszyscy historycy, opisujący życie zakonnicy. Grzech kontra habit – taka walka, która w ogóle nie powinna mieć miejsca, tutaj toczy się nieustannie. Samo to, że Juana ma dostęp do ogromnej ilości ksiąg, że na portrecie, jaki znamy współcześnie jest namalowana w bibliotece, że pod jej władzą tak właściwie był cały klasztor – to już przekraczanie ram, do jakiego nie przywykliśmy. Siedemnastowieczna kobieta to kobieta niewidzialna. Niewiele wiemy o tym, jak myślały tamte kobiety, niewiele dawano im praw, prócz prawa do bycia i ukrywania się w zakamarkach domu, do zabaw salonowych, bądź do służenia mężczyźnie. Tymczasem Juana to naukowiec w spódnicy, wszechstronna i bardziej męska, niż niejeden z mężczyzn, jakich spotkała na drodze, a jednocześnie piękna kobiecością, na którą nie ma miary. Dzięki jej postaci uwidacznia się rola kobiet w funkcjonowaniu świata – i to nie tylko ta wersja, w której piorą skarpetki i gotują obiad mężczyznom, którzy zbawiają świat, ale także ta, w której dzielą się swoją wiedzą i czasem są wonderwoman, które mogą wzlatywać w niebo z równą lekkością co superman. Co zadziwiające, w tej książce mężczyźni nie są w ogóle o to zazdrośni, wysławiają Juanę i każdy, na którego drodze stanie, potrafi docenić jej geniusz. To też chyba taki dodatek od współczesnej pisarki, która podziwia postać historyczną – pomaga jej, otwiera jej wszystkie drzwi i trochę ułatwia życie – choć nie było ono usłane przysłowiowymi różami. Już raczej przysłowiowe kamienie na drodze jej wyrastały… 
Mimo wszelkich starań ze strony autorki mnie Juana nie przekonała – była dla mnie zbyt nierzeczywista, zbyt silna. Większe wrażenie zrobiła na mnie postać Isabeli – która jako dziecko została przez rodziców oddana do klasztoru, na wychowanie do swojej ciotki Juany. To kobieta-mysz, kobieta zapatrzona w Juanę, wiernopoddańczo jej służąca, ale zazdrosna i marznąca w jej cieniu. Czasem w jej pamiętniku widać to bardzo – to, jak chciałaby wznieść się nad ziemię tylko trochę, żeby dotknąć Juany i przegonić ją choć na chwilę, być też zauważoną, kochać, przypomnieć sobie, że ma się ciało. Żyje trochę jej życiem i dlatego też po śmierci ciotki nie porzuca opisania jej dziejów, tylko wypełnia obietnicę do samego końca.
Niesamowite w tej książce jest też to, że tak otwarcie, mocno i głośno krytykuje kościół. Że otwiera jego brzuch, wyciąga na wierzch wnętrzności i jest władna powiedzieć, że wiele z nich jest zepsutych. Robi to pod płaszczykiem siedemnastowiecznych czasów, ale tak naprawdę wiele w tej krytyki to hasła, które można napisać na murach kościoła także dziś. To bardzo ważny temat, ale temat tabu – przynajmniej w Polsce, dlatego tak bardzo cieszę się, że jednak ta książka po polsku również wyszła. Można by przecież wstrzymać druk i zamknąć usta kobiecie, która mówi o tym, jak bardzo kościół nie lubi oczytanych, mądrych ludzi, którzy potrafią samodzielnie myśleć.
W powieści (bo jednak nie należy zapominać, że ta książka to powieść, a nie biografia poparta faktami historycznymi) przeplata się przeszłość i teraźniejszość. I ja kupuję tylko tę część, gdzie nurkuję w XVII wiek. Część współczesna to łzawy melodramat, pisany dużo gorszym językiem, telenowela hiszpańsko-brazylijsko-grecka, pełna Jamesa Bonda i nieprawdopodobnych zwrotów akcji, które właściwie miały za zadanie powiedzieć tylko to, że na dnie archiwów kościelnych wciąż skrywane są tajemnice, których się nie spodziewamy. Jednak uważam, że Isabela powiedziała by to tak samo wyraźnie, bez pomocy niezdecydowanej, chwiejnej, ptysiowatej Laury.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mała Kurka]

niedziela, 6 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 6

Cały czas mam w sobie strach, że jesień się nagle skończy. Cały czas boję się zimy i tego, że jednego dnia wstanę ze snu i będę miała zamarznięte rzęsy. Bo ciągle jeszcze otwieram okno na cały dzień. Bo ciągle jeszcze nie mam zimowych butów i zimowej kurtki. Igram z niskimi temperaturami i sama nie mogę się zdecydować w co wierzę - czy jeśli kupię kozaki to sprowadzę zimę, czy jeśli nie kupię, to ona przyjdzie, żeby mnie ugryźć w mały palec u nogi.
Ale dziś byliśmy na pustkowiu. Bo ciągle jeszcze była dobra jesień. Bez deszczu i bez kaloszy. Z magicznym słońcem, które co prawda nie grzeje, ale i tak rozpuszcza w organizmie witaminę D. Wsiedliśmy w samochód i wyjechaliśmy daleko-niedaleko. Niedaleko, bo to przecież w mieście, wciąż mogę dojechać prawie na miejsce tramwajem. A daleko, bo do lasu, bo tam, gdzie na drodze leżą bale ściętego drzewa, tam, gdzie słyszałam jakieś ptaki, wołające się nawzajem, zapraszające się na pestki szyszek, a tak bardzo zdziwiłam się, gdy usłyszałam ludzki głos – inny niż swój i Męża. Szybki spacer, bo trwał tylko 40 minut, szybki, bo ubrałam zbyt cienką kurtkę i nie wzięłam rękawiczek. Ale widziałam magiczne światło. Naładowałam baterie na przyszły tydzień. Trzymałam za rękę Męża i bez pośpiechu szliśmy przez pustkowie. 
O tym jest dzisiejszy wiersz. O skutkach cywilizacji. O tym, że dziwimy się pięknu natury, bo tak bardzo zapominamy, jak wygląda liść. O tym, że w głębi lasu nie działa telewizor, że czasami komórka nie ma zasięgu. I o tym, że chyba już nie do końca potrafimy tak żyć – bo w lesie robi się naprawdę ciemno, tak, że nie widać własnej ręki, którą usilnie macha się przed twarzą. O tym, że to nie takie proste – uciec „nad rozlewisko” i tam być. Że tego się trzeba nauczyć i być wobec tego pokornym. I najważniejsze – że tam jesteśmy sami naprzeciwko siebie. Bez pomalowanych oczu. Bez szklanki wina. Tylko Ty i ja. I trzeba umieć być w takim odarciu z maski. Trzeba umieć iść po szeleszczących liściach i wiedzieć, co powiedzieć drugiej osobie. Albo umieć nic nie mówić. I patrzeć razem na ślimaka bez skorupy i zastanawiać się, czy to możliwe, że ślimak zgubił swój dom… To piękne, gdy idziesz na pustkowie z właściwą osobą…

Marcin Świetlicki - Wakacje
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Letnią nocą oglądać rewię brzuchów owadów
Na czarnych szybach
 
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Dziecko się chociaż trochę uwolniło od 
Batmana i Spidermana.
 
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Leśny bałagan stał się trochę chociaż
Porządkiem dla nich.
 
Więc po zamieszkali na pustkowiu? Aby więcej kochać.
Lecz przyszedł upiór
 
Padł cień.
Przyszedł upiór.

Miał bliżej na pustkowie.

piątek, 4 listopada 2011

…ZE MNĄ


SONIA RADUŃSKA
„SOLO”
DOBRA LITERATURA, SŁUPSK 2011 

„Kłaniam się tej kobiecie i innym dojrzałym kobietom.
Jesteśmy jak śliwki węgierki wiszące na drzewie w październiku; trochę już podmarznięte, zmarszczone, ale najsłodsze i gęste od treści.” [s.21]
Stawiam filiżankę kawy i kubek herbaty na dwóch końcach stołu. Po jednej, tej przy mocnym, aromatycznym napoju, stawiam „Solo”, otwarte na losowo wybranej stronie. Z taką kobietą jak Sonia Raduńska chciałabym iść do kawiarni i niech opowiada aż zapadnie zmrok.
Jest mądra, dobra, świadoma swoich słabości, nie wyniosła, czasem depresyjna, ale spokojna takim spokojem wewnętrznym, całościowym.
Raduńska napisała siebie – kobietę dojrzałą, kobietę, której się już nie pożąda, kobietę, która jest sama i która wciąż jeszcze marzy o wielkiej miłości, o tańczeniu tanga, i o białej Grecji, a nie białej sali. 
Przede wszystkim jestem pełna podziwu dla niej, że ma w sobie tyle odwagi – mówi o swoim psie, o wakacjach na Kaszubach i o świętach, gdy przyjeżdżają do niej dorośli córka i syn, ale mówi też o wojnie w Iraku, o śmierci, o tym, że opuścił ją mężczyzna, którego kocha wciąż i wciąż i jeszcze o tym, że nie ma już okresu. Nie wycina kawałków rzeczywistości, żeby było piękniej i milej. Pisze siebie całą, z ciałem, jakie ma, z myślami, jakie przelatują przez głowę.
To pamiętnik prowadzony od 1999 roku i to, co mocno mnie uderza w tej przestrzeni czasowej – zwyczajność jest cały czas aktualna, nie zamknięta datami. Raduńska kocha swojego kota w 1999 i w 2010 też. Wtedy czytała książki i teraz też czyta. I wtedy piła herbatę i pewnie pić ją będzie i za 10 lat. I to jest w tej książce piękne – to życie obok historii. To nie jest tak, że autorka nie widzi sytuacji w kraju, na świecie – widzi, ale jednocześnie sama sobie jest całym światem. I wpuszcza do tego świata raz przyjaciółkę, a raz syna. 
Wyobrażam sobie zeszyt, zapiski piórem, albo ołówkiem, fotografie, wycinki z gazet, zapomniany bilet, wetknięty między strony, starty grzbiet i rogi od ciągłego noszenia w torebce – zawsze przecież może być coś, co warto zapisać – przelatujący klucz ptaków, albo jakiś cytat, znaleziony w gazecie, wyłożonej w poczekalni u lekarza. 
I ja też nie mogłam czytać spokojnie tej książki, co chwilę sięgałam po fioletowe samoprzylepne karteczki, żeby zaznaczyć nimi jakiś fragment. Powiększyła mi się lista książek do przeczytania. Bo mimo, że Raduńska pisze, iż potrafi już żyć bez książek, jedną czyta długo, mądrze, powoli, to ja wciąż nie mogę się wyzbyć czytelniczej zachłanności. A tu jest Bauman, Allende, Osho, Coetzee i Stachura, a ja czuję się, jakbym siedziała z przyjaciółmi przy ognisku letnią porą i rozmawiała o życiu, umieraniu, wyprowadzaniu psa, kulturze, buddyzmie i własnych słabościach.
Ta książka to chwila odpoczynku, chwila zatrzymania się, głęboki oddech w pozycji powitania słońca. Jest wielkim pudełkiem ciasteczek z wróżbą. Otwieram na którejkolwiek stronie i biorę cytat, opis jesieni albo piękne imię kota – Sanga – za znak na nadchodzący dzień. Biorę spokój i wrażliwość autorki za dodatek do drugiego śniadania. 
I wiem, że za rok, dwa wrócę do tej książki, znów zaparzę kawę dla Soni Raduńskiej, postawię „Solo” naprzeciwko siebie i zaznaczę całkiem inne fragmenty i co innego znaczyć będzie dla mnie fioletowa okładka z dojrzałym owocem.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Dobra Literatura]


(fotka Soni Raduńskiej znaleziona w sieci, choć ciężko było)

wtorek, 1 listopada 2011

ALTERNATYWNA WERSJA KRÓLOWEJ ŚNIEGU

JOHN HARDING
„SIOSTRZYCA”
(TŁ. KAROLINA ZAREMBA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2011 

Ostatnie dni października i pierwsze listopada to dziwny czas. Jest w nim trochę magii i szczypta niepokoju, jest trochę pogańskiej wiary i mistycznych rytuałów. Gdy październik podaje dłoń listopadowi otwierają się wszystkie drzwi i okna, podnoszą się szlabany między światami, znikają bariery. Do naszych domów niepostrzeżenie wchodzą umarli – w złych i dobrych zamiarach, czasem wystawiamy im mleko, a czasem czujemy gładzenie po włosach, tylko nie widzimy ręki, która to czyni…
W atmosferze tego dziwnego czasu czytałam „Siostrzycę”. Wdychając zapach dyniowego ciasta, malując twarz białym pudrem, przygotowując zapałki, które wezmę na cmentarz, przewracałam kartki najdziwniejszego horroru, jaki przyszło mi czytać w życiu. Zazwyczaj nie boję się zgłębiając tego typu literaturę. Nie odkładam książki, gdy przychodzi wieczór, albo gdy jestem sama w domu. Umiem wytłumaczyć sobie, że wampiry, strzygi, upiory, golemy, topielce i duchy pozostają za szybą mojego mieszkania. Tym razem czułam autentyczny dreszcz na plecach. W mojej wyobraźni też otworzyły się jakieś drzwi, wpuszczając do środka ten przedziwny lęk, ten dreszcz, który lubimy w sobie wywoływać udając się do niezgłębionego świata horrorów bez dna.
„Siostrzyca” to historia opowiedziana przez Florence – jedenastolatkę mieszkającą wraz z bratem Gilesem i służbą w ogromnym, acz zaniedbanym dworku. Dzieci są sierotami, mają tylko wuja, który nieustannie podróżuje w interesach i nie interesuje się nimi inaczej, jak tylko łożąc na ich utrzymanie. Z dalekiego „nie-wiadomo-gdzie” przysyła pieniądze i dyspozycje. Dzieci są szczęśliwe z panią Grouse – gospodynią, kucharkami i Johnem, który zajmuje się końmi. Ich dni są leniwe, pełne zabaw, wypełnione śmiechem, spokojne. Najważniejszą wytyczną, dotyczącą dzieci jest to, aby Flo nigdy nie została poddana procesowi edukacji. Wuj zabrania uczyć dziewczynkę czytania, pisania, liczenia. Florence jednak nie do końca poddaje się zaleceniom wuja i przez przypadek uczy się czytać. Jej światem staje się literatura, jej domem biblioteka i choć brat jest dla niej wciąż najważniejszą postacią na świecie, znajduje nowych przyjaciół w świecie fikcji. Z czasem wypracowuje swój własny tajemny język, którego używa w rozmowach z samą sobą. To niesamowita siła tej książki, stanowiąca o jej inności i oryginalności – fantastyczne zdania, szalone słowotwórstwo i bujanie w rytm nieznanego języka.
Giles, młodszy od Flo o trzy lata, rozpoczyna edukację w internacie, ale szybko wraca do posiadłości, jako niezdolny do zaadaptowania się w grupie. Dostaje guwernantkę. Od tego momentu zaczyna się spadek z wysokiej góry, spadek do głębokiej studni, spadek na dno jeziora… Historia nabiera rozpędu, czas biegnie i nie chce się zatrzymać. Coraz bardziej dygoczą trzymające książkę dłonie, coraz szybciej bije serce. 
To książka o duchach. O tym skąd się biorą w naszym życiu i kim bywają. To książka o przyjaźni. To książka o tym, że czasem trzeba poświęcić wszystko, żeby ratować najukochańszą osobę. To książka o pozorach. O małych rysach na rzeczywistości. O tym, że każdego z nas można wywrócić na drugą stronę, zajrzeć do środka i może się okazać, że jesteśmy tam całkiem inni niż na zewnątrz. To książka, którą trzyma w napięciu, którą czytając, cały czas zastanawiałam się, jaki będzie koniec tej historii. Wciąż czułam dziwne rozgorączkowanie. I kawałki lodu wbijające się głęboko pod skórę. I to książka z tych, które zamyka się z wielkim znakiem zapytania w oczach, z wyrazem niedowierzania na twarzy, z pytaniem na pogryzionych ze zdenerwowania wargach. A potem bije się brawo autorowi.
Ja biłam brawo jeszcze jednej osobie. Karolinie Zarembie za tłumaczenie należy się bukiet kwiatów, wielkie pudełko czekoladek z ajerkoniakiem i coś pomiędzy Noblem a Oscarem. 
Bo czy można odmówić geniuszu autorowi, który stworzył i tłumaczowi, który stworzył po raz drugi, akapit taki jak ten?
„Wchowanegowaliśmy się któregoś dnia, kiedy otworzyłam dziwne drzwi, które dotąd były zamknięte na klucz, a przynajmniej tak myślałam ze względu na ich niewzruszoność, której moje młodsze ja nie było w stanie zmóc. Otworzyłam je, żeby się przed nim schować i odkryłam tę wielką skarbnicę słów. W jednej chwili zapomniałam o zabawie, odpółkodopółkowałam, wyciągając książkę za książką, wewnątrz każdej odkrywając kichawnicę kurzu. Oczywiście, wtedy jeszcze nie umiałam czytać, jednak w jakiś sposób to potęgowało moje zaskoczenie i fascynację na widok tych tysięcy – czy raczej milionów – zakodowanych linijek nierozszyfrowywalnego druku. Wiele książek było ilustrowanych, drzeworytowanych i kolorowanych, z frustratorium napisów pod nimi, z których każdy uświadomił mi nieszczęsną niemoc palcośledzenia.” [s.50]

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mała Kurka]

niedziela, 30 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 5

Nie znam go dobrze, nie czytywałam dotąd jego poezji. Pamiętam tylko, że niewyobrażalnie dawno przeczytany „Trismus” zrobił na mnie ogromne wrażenie - chodziłam przez tydzień pełna tej książki w sobie. 
W mojej bibliotece osiedlowej jest jedna mała półka, na której tak niewiele tomów poezji. Złapałam niebieski grzbiet „Roku polskiego”, zauroczona wydaniem, podałam dłoń Grochowiakowi. Wyszliśmy razem. 
Dziś, w ostatnią niedzielę października zapukałam do drzwi jego książki. Usiadłam z kawałkiem świeżo upieczonej szarlotki z orzechami – jeszcze parzącej w język. Niecierpliwiłam się podwójnie – między smakiem jabłek i między smakiem słów na języku tańczyła moja żądza. Czytałam wszystkie miesiące roku, czytałam Polskę podglądaną przez Grochowiaka, czasem prześmiewczą, czasem aż pachnącą rozgrzaną słońcem ziemią. Na balkonie mam trzydziestokilogramowy worek jabłek od mojej Mamy Dwa (inaczej teściowej), które pachną, gdy tylko otwieram drzwi. Pachną tymi grochowiakowskimi wierszami – teraz to wiem. Pachną tak, jak on widział swój kraj, tak, jak obserwował dąb, konia czy śnieżną zamieć. Rozchylam tę niebieską okładkę i mam usta pełne jabłek, prawdziwych, zerwanych prosto z drzewa, mam oczy roześmiane, przejmuję na policzki ich rumianość.
A potem rumienię się już sama, z wnętrza słów czerpię kolory. Ten wiersz mnie zachwyca. „była pogoda pod całym niebem twego podniebienia”… to najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie ostatnio słyszałam, najpiękniejsze wielbienie, wabienie, wołanie. Żadna kobieta nie może się oprzeć takim słowom, żadna kobieta nie może nie zakochać się w mężczyźnie, który zauważa kobiece podniebienie i śpiewa do niego. Ja też chciałabym to śpiewać, mogłabym cicho, cichutko nucić te słowa w jesienną długą noc, przy zgaszonym świetle, wtedy, gdy wyjęty przed chwilą z dłoni kubek do połowy napełniony herbatą, upada z trzaskiem na podłogę, odstawiony nieuważnie. Nieuważnie, bo dłonie już dawno zajęte czym innym. Mogłabym patrzeć na taki krajobraz tylko zamkniętymi oczami, mogłabym patrzeć rozbieganymi dłońmi. Chciałabym być krajobrazem.

Pocałunek-krajobraz
Błądziłem lasem twoich włosów — zioła
I płacz odkryłem. I schodziłem niżej
Na białe śniegi zimowego czoła,
Gdzie płacz już umilkł, a był cień lichtarzy.
 
Potem zwiedzałem pamiątki twej twarzy,
Coraz to bliżej — i coraz to bliżej
Ust twoich dobrych uśpionego sioła:
W nim co się zdarzy — raz tylko się zdarzy.
 
I wszedłem w sioło. A była pogoda
Pod całym niebem twego podniebienia.
Gdzieś w cichym kątku umierała młoda
Wstydliwość sielska w zapachu tymianku.
 
Nagle wróciłem — i stałem na ganku.
Patrząc jak wokół krajobraz się zmienia,

Jak wschodzi pierwsza gałąź bzu w ogrodach,

I gną się rzęsy pod rosą poranku.

czwartek, 27 października 2011

KOBIETA UWIKŁANA

ASA LARSSON
„I TYLKO CZARNA ŚCIEŻKA”
(TŁ.BEATA WALCZAK-LARSSON)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Rebeka Martinsson znalazła się znowu przez przypadek w oku cyklonu. Po traumie, jaką przeżyła w ”Krwi, która nasiąkła”, schowała się w sobie samej, zamknęła swój umysł na piętnaście kłódek i zamieszkała w szpitalu psychiatrycznym. Zrezygnowała z dobrze płatnej pracy, wróciła w rodzinne strony, przepracowuje żal i dostaje propozycję objęcia stanowiska asesora prokuratora. Zmienia strony – nie jest już prawnikiem, teraz oskarża. Tylko dlatego, że jest pracoholiczką, że nie potrafi wyjść z biura i pójść do pustego domu, w którym czają się jakieś mroki i wspomnienia, dlatego, że boi się zasnąć, żeby nie zobaczyć wymierzonej w siebie lufy, dostaje stos akt, przez które musi się przekopać. O przysługę prosi Anna Maria Mella, kolejna z dobrych znajomych z poprzedniej części, sympatyczna, trochę nieokrzesana, ale zdolna i rzeczowa pani policjantka. Sprawa dotyczy tajemniczego zgonu – młoda, atrakcyjna kobieta, która ma na sobie dres, a pod spodem koronkową bieliznę, nieodpowiednią na mrozy Kiruny i tym bardziej nieodpowiednią na trening. Młoda kobieta, która ma wypielęgnowane dłonie i nie ma w żadnej kieszeni telefonu komórkowego. Młoda kobieta, która zostaje znaleziona martwa w arce na zamarzniętej rzece. Młoda kobieta, która najpierw wygląda, jakby tylko spała, a potem pokazują się szklane oczy bez patrzenia i dziwne ślady wokół kostki. Wkrótce okazuje się, że dziewczyna, Inna, była pracownikiem świetnie prosperującej firmy Kallas Mining, a dwaj pozostali członkowie zarządu – Mauri i brat kobiety – Diddi, noszą w sobie jakieś tajemnice, które najchętniej potopiliby na dnie zamarzniętej rzeki. Trzeba się tylko dowiedzieć, które tajemnice trzeba powyciągać, żeby dociec jak zginęła Inna.
Larsson ma w sobie moc. Ma dar tworzenia świata w miniaturze – na kartkach jej powieści odnajduje się wszystkie emocje świata – strach, niepokój, zazdrość, niedowierzanie. Jest jak szczurołap z bajki – pióro w jej dłoni jest jak flet – wywija nim, a ja idę za tą książką, mimo zmęczenia, bolących oczu, pracy od rana i 460 stron. Idę i nadziwić się nie mogę jej zdolności władania słowem, jej głębokiej przenikliwości, jej zdolności do kreowania postaci, jakie mogłyby żyć naprawdę, mijać mnie w kolejce, w autobusie, na klatce schodowej. Każda z tych postaci jest wyrazista, soczysta, wgryzam się w nie, a soki spływają po brodzie. Każda jest dojrzałym owocem, który można zerwać z drzewa. Pełnym. Pełnym malutkich przyzwyczajeń, przywar, przekonań, zwyczajów, które je uwiarygodniają i uczłowieczają. Rebeka zakochana jak nastolatka leży w śniegu i nie może zdobyć się na telefon do ukochanego, po 30 razy kasuje maile, bo nie wie, jak napisać ten właściwy i spędza pól dnia w łazience, żeby wyglądać niedbale, aczkolwiek pięknie. Anna Maria jest urocza ze swoim umiłowaniem domu i dzieci, z huśtawką wrażeń i uczuć – narzeka, ale zawsze docenia i uśmiecha się zarówno do posprzątanych schodów jak i nie posprzątanej kuchni. Sven Erik jest genialnym przykładem samotnika, któremu ciąży samotność. 
Ale największe wrażenie zrobiła na mnie postać drugoplanowa – siostra Mariego, Ester. Dziewczyna o nieprzeciętnych zdolnościach plastycznych, wybuchowa mieszanka szalonej matki i szalonego ojca, poczęta w szpitalu psychiatrycznym, wychowywana przez Samską rodzinę wśród reniferów i obrazów przybranej matki. Postać niesamowita, trochę bajkowa, ale mocno osadzona w realności swoim wysiłkiem fizycznym, jaki podejmuje codziennie dźwigając sztangę. Postać nietuzinkowa i przyciągająca uwagę. 
Ta część trochę mniej mnie zaintrygowała sprawą kryminalną niż „Krew, która nasiąkła” – nie przepadam za spółkami, ich ciemnymi sprawkami, za księgami rachunkowymi i wydobyciem ropy. Nie jestem biegła w polityce, nie gram na giełdzie i nie potrafię fałszować dokumentów. Ale mimo wszystko podążałam za akcją jak pies gończy, z nosem przy samym celu, nie rozróżniając dźwięków i zapachów ze świata zewnętrznego, pragnąc dowiedzieć się kto i dlaczego zabił Innę.
I to chyba znaczy, że nazwisko Larsson powinno być w słownikach podawane jako synonim dobrej literatury.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

poniedziałek, 24 października 2011

PAMIĘTNIKI POLSKI

BOŻENA AKSAMIT
KATARZYNA KOKOWSKA
EWA ORCZYKOWSKA
OLIWIA PIOTROWSKA
EWA WOKŁKANOWSKA
HONORATA ZAPAŚNIK
„KAŻDY ZROBIŁ, CO TRZEBA”
DOBRA LITERATURA, SŁUPSK 2011 

Kobiety nie umieją się zdystansować. Wchodzą w każdą historię do samego końca i nie potrafią ujawniać tajemnic bez emocji. Nawet, gdy piszą reportaże, gdy rzucają w nas samymi faktami, to mówią emocjami i przemycają uczucia pod warstwą statystyk i rzetelnych badań. A Polska też jest kobietą. 
A ja lubię przyglądać się Polsce. Trochę z boku, trochę rozwierając dłońmi jej wielki brzuch. Dlatego te reportaże mnie rozgrzały do czerwoności. Jedne czytało się łatwiej, inne mniej ciekawie (czuć, że pisało je kilka kobiet, styl jest niejednorodny, tematy z każdego krańca Polski), ale wszystkie mają w tle jakiś szacunek do miejsca. Mają w sobie pokłady miłości do ludzi, do brudnych ulic i do kolorowych jarmarków. Wyrażają miłość do kraju, choć co piętnasta kobieta w tym kraju bije swojego męża, a Wietnamczycy muszą uciekać ze swojego kraju do Polski przez las.
Zaczarowała mnie okładka – niby prosta, banalna, ale skojarzyła mi się z kartkami z pamiętnika ojczyzny – zapisane równym, ładnym pismem. Czasem można w tym pamiętniku przeczytać dobry dzień – o piekarzu, który z głowy wyczarowuje wiersze, albo o studiu teatralnym „Słup”. A czasem niestety jest łza za łzą i trzeba opowiedzieć o policjantach bijących zatrzymanych, albo o samobójstwie Mariusza. 
To pierwszy tytuł z serii Lektury reportera, którą wraz z wydawnictwem współtworzy portal o takiej nazwie. Chciałabym żeby autorki nie przestały chodzić po swoim kraju. Żeby wciąż zaglądały w jego szczeliny, przytykały oko do dziurki od klucza, tańczyły w dyskotekach, lub piły herbatę w gwarnej kawiarni. Pokazały, że to miejsce ma mnóstwo kolorów, ma mnóstwo odcieni, ze smakuje krwią, ale też świeżo pieczonym chlebem z dynią. Że żyją w nim amisze, samotne starsze panie, które obiecały miłość na zawsze i tego zawsze się trzymają, że czasem trzeba wyjechać do Meksyku, bo Polska boli, że Cyganie mówią zupełnie inaczej, niż Polacy.
To Polska różna – ręce ma z teatru niepełnosprawnych, włosy ze starodawnej muzyki, brzuch to wierzenia pogan, a stopy to wspomnienia pani Gieni – przesiedlonej z Kresów. 
Skakałam po tym kraju z jednego końca na drugi bez problemu. Skakałam jadąc tramwajem i stojąc w długiej kolejce w supermarkecie. I przyglądałam się spomiędzy kartek pani w berecie, młodej dziewczynie z minispódniczce, czarnoskóremu chłopakowi ze słuchawkami na uszach, myśląc, że każdy z nich mógłby być w tej książce. I to jest jej największą siłą. To książka o nas.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Dobra Literatura]