środa, 24 września 2014

BIAŁO-CZARNE ZŁE DOBRO


SUE MONK KID
"CZARNE SKRZYDŁA"
(TŁ. MARTA KISIEL-MAŁECKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014

Mam na imię Sara. Mam 11 lat. W dniu urodzin dostałam od rodziców prezent – moją własną niewolnicę – stała naprzeciw mnie, z wielką kokardą zawiązaną na szyi. A ja myślałam tylko o tym, że nie powinno się posiadać ludzi na własność… Moja niewolnica ma na imię Hetty. Później, kiedy się już zaprzyjaźniłyśmy, wyznała mi jednak, że czarnoskóre matki patrzą na swoje dziecko, leżące w koszyku i nadają mu inne imię. To imię pochodzi od jakiejś cechy zewnętrznej, od pory roku, w  której się urodziło, albo od czegoś, co akurat się wydarzyło. Hetty tak naprawdę nazywała się Szelma. Gdy mi to wyznała, starłam się nie nazywać jej już inaczej niż tym jej „koszykowym imieniem”. Jej matka opowiadała jej, że w Afryce czarni ludzie byli kosami, że latali nad ziemią tak wysoko, jak tylko chcieli. Ale, gdy przypłynęli do Ameryki, wszystko się zmieniło – skrzydła zniknęły – pozostały po nich tylko łopatki i ogromna tęsknota za wolnością. Bo w Ameryce, wszyscy czarni, którzy nie mają dość pieniędzy, są niewolnikami. Jeśli wygrasz przypadkiem na loterii, możesz wykupić sam siebie od swego pana i cieszyć się wolnością. Możesz nawet mieć swoich własnych niewolników i albo traktować ich z największym szacunkiem, albo chłoszcząc ich bądź im wymyślając, odpłacać za swój własny, niedawny los.
Matka Szelmy była nasza krawcową. Szyła tak pięknie, że moja matka nie chciała się z nikim nią dzielić. Nie oznaczało to, że lepiej ją wynagradzała. Oznaczało to, że nie dała jej nigdy przepustki, z którą Charlotte mogła chodzić po mieście i z którą mogłaby się zatrudnić u kogoś jeszcze, żeby odkładać pieniądze na wykupienie siebie i Szelmy od moich rodziców. Każdy miał swoją cenę – kiedyś Szelma zajrzała do inwentarza osobowego, który zrobił dla nas pewien urzędnik i znalazła siebie, matkę i całą resztę na ostatniej stronie. „Tam właśnie odnotowano nas, niewolników, zaraz po korycie na wodę, taczkach, młotku do gwoździ i buszli ziaren kukurydzy.” [s.150] Charlotte, zakochana w swojej córce, chciała dla niej wolności – na uszczęśliwienie Szelmy znała tylko ten jeden sposób. Kiedyś nawet, gdy moja matka nie słyszała, wymusiła na mnie pewną obietnicę – przyrzekłam Charlotte, że wyzwolę Szelmę. Próbowałam – Bóg mi świadkiem, że tak, ale akt wyzwolenia Szelmy, który napisałam,  jedno z rodziców podarło w drobny mak. Cierpiałam, po raz kolejny cierpiałam. Już raz, gdy miałam cztery lata, widziałam, jak moja matka każe jedną z niewolnic – wyznaczyła jej chłostę, a ja nie mogłam potem mówić przez tydzień. Straciłam głos, bo chyba zdałam sobie sprawę, że nie jesteśmy tak do końca ludźmi, że tkwią w nas jakieś potwory. Nie znałam sposobu, w jaki, mając 11 lat, mogłabym uwolnić Szelmę. Mogłam traktować ją najlepiej jak potrafiłam – nie zwracać uwagi na to, że nie ma jej pod moimi drzwiami rankiem, choć powinna spać tam na sienniku i być na każde moje zawołanie. Mogłam sama się ubierać. Mogłam przymknąć oczy na jej niesamowicie silny związek z matką. I mogłam nauczyć ją czytać, co było surowo zabronione przez prawo. W domu mego ojca, sędziego, codziennie przez godzinę, pokazywałam Szelmie litery, żeby odmienić jej los. I zrodziło się we mnie nieugaszone pragnienie, by zmienić świat, by nie tylko Szelmę uwolnić, ale wszystkich innych niewolników. „(…)równie dobrze mogłam proklamować równość warzyw i zwierząt, zwierząt i ludzi, kobiet i mężczyzn, mężczyzn i aniołów.” [s.195]
Ale gdzieś tam tliła się we mnie nadzieja, że kosztem zaledwie mnie samej, mogłam uratować milion istnień i dać im czarne skrzydła…
Sara Grimke to postać historyczna. To kobieta, która jako pierwsza, wraz ze swoją siostrą Angeliną, działała na rzecz abolicji, a także na rzecz kobiet. Pisały, przemawiały, krzyczały, manifestowały. Poświęciły poniekąd siebie same, bo Sara do końca życia była samotna, a Angelina późno wyszła za mąż, zresztą też za abolicjonistę i czynnego działacza. To postacie słodko-gorzkie, które Sue Monk Kidd przyoblekła w powieściowe szaty, nadała im trochę cech, których pewnie nie miały, a niektóre pominęła. Dla równowagi powołała do życia Szelmę, a raczej obdarzyła ją twarzą, głosem i własną opowieścią. W historycznych źródłach można znaleźć niewolnicę Sary Grimkę, którą dziewczyna nauczyła czytać – obydwie zostały za to srogo ukarane. Czy biała dziewczyna przeżyła karę, a czarna nie?
Jest wiele rzeczy, które nie mieści mi się w łowie – rasizm, gwałty, okrucieństwo wobec dzieci, znęcanie się nad zwierzętami. Między tym, co z za małej głowy wypada jest niewolnictwo. Uchodzi za jedną z najstarszych formacji społecznych - od czasów starożytnych do tych, które niedaleko za naszymi plecami, trzymało głowę wysoko. Niewolnicy nie oglądali nieba – ich głowy musiały być zawsze opuszczone, by nie wzlecieć zbyt wysoko i przypadkiem nie zerwać łańcuchów.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

środa, 23 lipca 2014

W KAŻDEJ SZAFIE/W KAŻDEJ KOBIECIE

KAREN KARBO
„KSIĘGA STYLU COCO CHANEL. JAK STAĆ SIĘ ELEGANCKĄ KOBIETĄ Z KLASĄ”
(TŁ. JOANNA DZIUBIŃSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014

Nigdy nie miałam romansu z modą. Zawsze lubiłam szerokie swetry, w których mogłam ukryć się ja i pół miasta razem ze mną, przytulne, rozciągnięte koszulki, ulubione dżinsy, które wkładałam zaraz po wyjęciu z pralki, czasem jeszcze lekko wilgotne – żadne inne nie leżały tak dobrze... W swoim życiu przeszłam fazę czarną i fazę zieloną – kiedy farbowałam wszystkie ciuchy (co do jednego) w wielkim garze. Kiedy dorosłam, w mojej szafie pojawiło się kilka bardziej obcisłych ubrań, nawet jakaś marynarka, buty na obcasie. I choć nadal najlepiej czuję się w szarawarach i zwykłej koszulce na ramiączkach, to moja szafa przypomina choć trochę szafę kobiety. Przede wszystkim za sprawą małej czarnej...
Od Coco Chanel kobiety dostały w prezencie, oprócz słynnej sukienki w kolorze węgla, sukienki z obniżoną talią, kieszenie, sportowe ubrania czyli wielką wygodę, ale też Channel No.5, sztuczną biżuterię i inne dodatki. Zaczynała od kapeluszy – w czasach, gdy przesłaniały kobietom cały świat i widok spod ich ronda, ona odsłoniła kobietom oczy, zdjęła z ich głów ciężar i podarowała malutkie, zgrabniutkie kapelusiki. Podczas gdy kobiety dopiero zdejmowały gorsety i szukały jakiegoś zamiennika, ona pozwoliła im zakładać spodnie, bryczesy i rozpinane swetry. Żeby im było wygodnie. Nie pozwalała ubierać się bez stylu i smaku, ale nawet w stylu i smaku szukała wygody.
Zaczynała od nizin społecznych, a wylądowała na samym szczycie – z mnóstwem pieniędzy i nieprzemijającą sławą, która goni ją nawet zza grobu. Karen Kabro analizuje fenomen Coco. Jej książka nie jest typową biografią – owszem, pisze, że „Coco urodziła się..., zmarła..., pomiędzy kochała..., pomiędzy szyła..”. Pisze o jej mężczyznach, o pieniądzach, o sławie i o rozrastającym się imperium, pisze o brylantach i koniach czystej krwi, o rezydencjach i pałacach i o przytułku, z którego Coco wyszła. Ale pisze to wszystko, badając wpływ Coco na kobiety, to, jak jej postać doprowadziła do tego, że kobieta może założyć dresy, a mimo to wyglądać dobrze, jak to się dzieje, że wciąż chcemy pachnieć „piątką” i czy to w ogóle możliwe, żeby Coco nigdy nie było.
To też trochę poradnik – jak rozpoznać w sobie Coco Chanel – bo jest w każdej kobiecie, czasem tylko ukryta i trzeba by było ze swoją wewnętrzną Chanel trochę pogadać, żeby przestała się wstydzić i wyszła na światło dzienne.
Chanel zaczynała w czasach, gdy „modne kobiety spędzały większość czasu, namiętnie zmieniając suknie. Istniały stroje odpowiednie na różne okazje: śniadanie, spacer w parku, wyjście do krawcowej, herbatę, składanie wizyt (...)” [s.25] W dzisiejszych czasach, większość kobiet w ciągu dnia przebiera się dwa razy – raz rano, z piżamy w strój wyjściowy, raz wieczorem, ze stroju wyjściowego w piżamę. Owszem, w każdej niemal szafie wisi mała czarna, ale czeka na jakieś imieniny, rocznicę ślubu czy wieczorne wyjście z koleżankami. Coco pewnie nie mogłaby żyć w takich czasach. Albo musiałaby je zrewolucjonizować.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

poniedziałek, 14 lipca 2014

CIEŻKO-PISANIE

ANNA GAVALDA
„BILLIE”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014
Billie ma męskie imię. A to dlatego, że jej matka kochała Michaela Jacksona. Nie wiadomo, czy po niej były inne dzieci, nazwane na cześć przebojów króla popu, czy nie – mama Billie zostawiła ją i jej ojca w przyczepie na osiedlu Morilles. To nie cygańskie miasteczko i nie wioska, po prostu dzielnica, z której wszędzie jest daleko. Macocha Billie nie lubiła jej imienia. Lubiła za to jej ojca. Dlatego zamieszkali razem. Billie miała przyjaciół, naprawdę. Ale tylko latem. Późna jesień i zima to zanik kontaktów międzyludzkich, bo wtedy Billie nie pachnie najlepiej. Ciężko jest dbać o higienę i czyste skarpetki zimą w przyczepie. I nie, Billie nie była molestowana, ale i tak wymazała z pamięci całą swoją przeszłość. Nie była bita, była poszturchiwana, a jej rodzina dużo bardziej cieszyła się z tego, że ma chłopaka, niż gdyby dostawała dobre stopnie.
Franck zaś ma bogaty dom, bogatych rodziców, kochaną babcię z wielkim domem i dobrymi obiadami, mnóstwo książek i żółty szalik, w którym wygląda jak Mały Książę. I trochę dziewczęcy chód, który sugeruje, że jest gejem i zawsze ściąga na niego kłopoty. Lubi się uczyć i tak samo, jak Billie, nie do końca pasuje do całej reszty.
Mało brakowało, a by się minęli, choć chodzili do jednej szkoły. Mało brakowało, a kojarzyliby siebie nawzajem tylko z widzenia. Mało brakowało, a rozminęliby się i życie każdego z nich nic a nic by się nie zmieniło. Ale nauczycielka francuskiego pewnego dnia weszła do klasy trzymając w dłoniach trzy rattanowe koszyki. W każdym z nich pozaginane karteczki. Na jednych sceny do zagrania – fragmenty „Nie igra się z miłością” Musseta, na drugich imiona dziewcząt, a pomiędzy nimi to zdradzieckie, męskie „Billie”, na trzecich imiona chłopięce, w których tonął „Franck”. Jedno losowanie, czyjąś niecierpliwa dłoń i „Billie” ma zagrać fragment sztuki z „Franck”. Dziewczyna w jednej chwili przekreśla w wyobraźni ich szansę na zaliczenie przedmiotu. Chłopak zaś w swojej własnej wyobraźni już widzi ich kostiumy. Mają całe ferie, żeby się przygotować. I jedne ferie zmieniają życie ich obojga – prócz tego, że nie igra się z miłością, dowiadują się, że mogą być w czymś świetni, że mogą być dobrymi przyjaciółmi, że najlepiej uczyć się tekstu na pamięć siedząc w krypcie na cmentarzu i że najlepsze stroje można uszyć ze starego worka.
Do napisania o „Billie” zabierałam się, lekko licząc, z piętnaście razy. Pisałam i wymazywałam całe linijki, bo to, co mówiłam nie miało sensu.
Ciężko pisać o tej książce bo jest specyficzna, bo jest pisana z perspektywy wiecznie zbuntowanej nastolatki, która pragnie, żeby ktoś ją przytulił i od lat jest zakochana w przyjacielu geju, a swoim ciałem kupczy ze światem, bo ten gej go nie chce. Ciężko, bo nic nie dzieje się po kolei – dzieje się tak, jak opowiada nam to Billie, chaotycznie, czasem nie do końca, czasem z miejscem na kilkanaście przekleństw, czasem z dygresjami. Jest ciężko, bo to nie jest typowa historia miłosna, to nie romans, w którym wszystko wiadomo od razu, że ona chce, a on nie, a i tak na końcu zechce. To historia dojrzewania do samoakceptacji, do odrzucania miłości po to, by do nas wróciła piękniejsza, do stawiania siebie na pierwszym miejscu, do uspokajania rozedrganych rąk, do wiary we własną wartość. Owszem, to jest książka o miłości i nawet o wielkiej miłości i nawet o takiej, która może góry przenosić, ale to książka o tym, jak tę miłość zaakceptować i odłożyć na półkę, jak pogodzić się z tym, że czasem zrobiła już dla nas wszystko co może i trzeba stanąć na własnych nogach, by po prostu iść dalej. To książka o miłościo-przyjaźni, w której ważniejsze od pocałunków, są objęcia. O tym, że z miłością się nie igra, bo przez własną głupotę można założyć za krótką spódniczkę, niestosowaną do okazji albo wylądować w rowie, z którego nie ma jak wyjść, z nieprzytomnym przyjacielem, który nie porusza się o własnych siłach i z gwiazdą, która niby świeci dla nas, ale tej nocy wygląda, jakby kpiła.
W sumie zamiast pisać specyficzna, napiszę tylko Gavalda – i wszystko jasne... Jak gwiazda.
[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictw Literackiego]

środa, 9 lipca 2014

ŚCIANA W ŚCIANĘ

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI
„GRAND”
WIELKA LITERA, WARSZAWA 2014

Zaczyna się od mokrego piasku w zaciśniętych pięściach. I od deszczu, który zmoczył plażę. I od rozmazanego makijażu, oczu ginących w powodzi rozpływającego się tuszu do rzęs – ale to nie od mżawki – to od łez. Znana warszawska dziennikarka budzi się o 5 rano na plaży przed sopockim Grand Hotelem. Mokną jej stopy, ale uda już nie. Budzi się niedowierzaniem. A nad sobą widzi wielki parasol, trzymany dłonią bezdomnego mężczyzny. Nie odrzuca jego pomocy, nie wzdraga się przed brudem za paznokciami i przed podartymi butami. Dziękuje i za tę brudną rękę chwyta, żeby wyczytać z niej historię życia. Sama też ma historię pokręconą, powyginaną – w letni dzień nad brzegiem morza daje się zderzyć tym dwóm opowieściom w cieniu sopockiego Grandu – jedno opowiada o miłości i drugie też, tylko każde na swój sposób i o sobie. Ona o jakimś mężczyźnie, który doprowadza ją do miłosnego szaleństwa, ale to przez niego leży o 5 nad ranem na sopockiej plaży z rozmazanym makijażem – a przecież to mogło być jak klęska, gdyby ktoś ukradkiem zrobił zdjęcie jej rozsypanych na piasku włosów i śliny cieknącej z ust. On o polskim dziadku i jego miłości do pewnej niemieckiej „damy”, która zatrzymała się w hotelu dawno temu – tyle, że nad tą miłością wisi znak SS, czuć swąd zdrady przekonań, słychać płacz pozostawionej w domu żony. I jeszcze o tym, dlaczego człowiek staje się bezdomny – ki czort dom mu połyka, a jego wypluwa na ulicę, w błoto, w brud, w szyjkę butelki z tanim winem. Idą razem, do hotelu, Justyna będzie zmieniać świat...
Na korytarzu spotyka przystojnego mężczyznę, który kłuje w oczy koloratką pod szyją. Nie przeszkadza mu to przełknąć śliny na widok jej zgrabnych nóg... A może ta koloratka to tylko jakiś kostium? I dlaczego potem płacze, patrząc w oczy jakiejś starej kobiety, która już odjeżdża przywołaną taksówką?
Po tym dniu, kipiącym od wrażeń, obcokrajowiec z koloratką pod szyją, spotyka w swoim pokoju piękną sprzątaczkę o ciemnych włosach, która wieczorem miała wpięty w nie czerwony kwiat. Teraz ma podpuchnięte oczy – nie rozmawiają.
A w Lubow, sprzątaczce z Syberii, jest tyle łez, że z trudem je przełyka. I właściwie wdzięczna byłaby temu księdzu z twardym akcentem, że nie mówi do niej ani słowa, tyle, że zatracona w bólu niespełnionej miłości, nie zauważa nic dookoła. Myśli tylko o przyjaciołach z Syberii, że ostrzegali przed wyjazdem, choć pewnie co innego mieli na myśli.
Sprząta też w pokoju, w którym naprzeciw siebie siedzą dwie kobiety – każda z jakimś pożarem w sercu, tak bardzo nieufne wobec siebie nawzajem, że iskrzy, a jeden mężczyzna, którego wyobrażenie stoi pomiędzy nimi, jak tchórz przemknął i uciekł w nocną plażę, w nocny Sopot, w cień hotelu Grand, który podobno kładzie się niepostrzeżenie na każdej, nawet największej miłości...
W hotelowych pokojach spotykają się – ściana w ścianę – ludzie – jedni mają pod szyją koloratkę, inni zdradę małżeńską za paznokciami i jakieś zbrodnie przeciwko miłości, z których przez te ściany nieświadomie się spowiadają. Jedni cierpią, inni zadają ból – numer w numer się spotykają, śpią obok siebie, choć przedzieleni ścianą. I czasem mogą się nawet nie zobaczyć, bo jedno wstaje o 9 na śniadanie, inne już o 7 ma za sobą czarną kawę i tosty.
Ta powieść jest w pewnym sensie jak hotel, a w pewnym jak mały, przytulny pensjonat, który prowadzi starsze małżeństwo.
Jest utkana z różnych historii, poplątanych ze sobą, jakby mieszkały drzwi w drzwi, albo oddalonych od siebie, jak dwa odległe piętra. Ale hotel zawsze jakoś łączy losy – choćby dlatego, że idąc do wyjścia, wszyscy chwytają się tej samej poręczy, zostawiając odciski palców – tutaj łączy gmach Grandu, jego niechlubna momentami historia, sława, która bierze się z tego, kogo gościł w swoich progach, luksus i ubóstwo w jednym budynku...
Ale „Grand” to też ten przytulny, domowy pensjonacik, taki, do którego po urlopie pisze się list z podziękowaniami i informacją, co słychać, gdzie wraca się co roku. Bo hotele są jak książki bez ostatnich stron, a na szczęście Wiśniewski był łaskawy dla czytelnika. Streścił, jak na kolorowej pocztówce, dalsze losy każdego z bohaterów.
Pierwszą książką Wiśniewskiego, która naprawdę mnie zachwyciła nie była wcale sensacyjnie przyjęta (zupełnie nie rozumiem dlaczego) „Samotność w sieci”. Na mnie wrażenie zrobiło „Bikini” - napisane z rozmachem, starające się zerkać na historię nowożytną spod przymrużonych rzęs, z uwagą, z pasją, ale ukrywając swoje zamiary, tylko śledząc, nie dając poznać po sobie tej dogłębnej analizy. Podobne odczucia miałam wobec tej powieści. Wiśniewski jest z wykształcenia fizykiem, informatykiem, chemikiem i na wzór ścisło-umysłowych teorii pisze swoje książki – to puzzle, wiele małych kawałeczków, na których jest tylko cząstka danych – dopiero na samym końcu tworzy się prawdziwy sens, jakieś twierdzenie czy wybuch w przezroczystej menzurce. Dopiero na końcu widać, o co tak naprawdę chodziło, że cała prawda nie tkwi w jednych zapłakanych oczach, w jednej koloratce pod szyją, czy w jednym pokoju hotelowym, że trzeba cofnąć się parę kroków, spojrzeć na wszystkie skrzydła hotelu naraz i dopiero wtedy można zobaczyć wzór na fasadzie budynku – sedno...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera]

wtorek, 17 czerwca 2014

ODPOWIEDŹ NA PYTANIE CZYLI KIM JEST RODNEY CULLACK

PRZEMEK ANGERMAN
TOŻSAMOŚĆ RODNEYA CULLACKA”
UROBOROS, WARSZAWA 2014
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL

Zazwyczaj nie czytuję SF. Wolę stąpać „po tym łez padole” i żeby moje stopy miały cały czas styczność z ziemią i ograniczone grawitacją nie mogły wisieć nad światem. Nie lubię latać w kosmos i patrzeć na gwiazdy ze zbyt bliskiej odległości. Nie lubię obcych form życia – nie potrafię się z nimi dogadać. Ale od czasu do czasu sięgam po taką literaturę, bo podziwiam w niej to, jak ludzka wyobraźnia może się plenić, jak zapełniać całe światy, jak rozrastać się i stwarzać nowe wymiary. Czasem wszystko wymyślać od podstaw – od nowych szkieletów, po nowe głowy, mózgi w nich ukryte, po maszyny, którymi trzeba latać, po skomplikowane systemy kastowe i po język, który trochę przypomina nasz, tak, byśmy byli w stanie zrozumieć bohaterów, ale jest na tyle odmienny, że nie umiemy uznać go za ojczysty. Autorzy SF sięgają dłonią do rzeczywistości, biorą z niej jakieś okruchy, jakieś krople i na nich hodują nowe światy. Po co? Czasem tylko dla rozrywki, dla oderwania myśli od ziemi, dla czystej radości wymyślania i kreowania – nie każdy przecież może być bogiem i dawać życie. Ale czasem po to, by walić prawdę prosto w oczy, by ogłuszać prawdą, ale pozostawiać przy życiu.
Dlatego akcja „Tożsamości Rodneya Cullaca” toczy się gdzieś w przyszłości, w takiej, która niby jest tuż tuż, ale której nie możemy jeszcze dosięgnąć. Dzieje się na ziemi – niby w tym samym miejscu, ale to nie jest już ta ziemia, na której jednym z najważniejszych praw jest prawo grawitacji.
Tysiąc razy ważniejsze jest prawo Matki – to Matka rządzi, u swojego boku ma Imperatora, a pod sobą rzeszę poddanych – cały świat jest u jej stóp. Jest władczynią doskonałą – najlepszych przytula do piersi, najgorszych odrzuca i zabiera im swoją miłość. Jest świetnym psychologiem i wie, kto nadaje się na jej agenta, a kto ma w głowie tylko rewolucję.
Richard Zonga jest agentem ósmej kategorii – prócz niego tylko dwóch innych może się pochwalić takim wynikiem. Owszem, są jeszcze mocniejsi, ale jest ich bardzo niewielu. Można więc powiedzieć, że Richard jest na szczycie – to szczyt sławy szczyt niebezpieczeństwa, szczyt kariery – poświęca całe życie, by dobrze służyć Matce – nie raz przyszło mu zabijać małą dziewczynkę, nie dwa zbierał mózg kolegi z nogawek własnych spodni, nie trzy ocierał się o nieistnienie. Odreagowuje wydając pieniądze – na alkohol, na narkotyki, na dziwki. Nie ma nikogo, kto w ciemną, bezksiężycową noc zauważyłby jego strach i niepewność, kto przywołałby go z powrotem z wielkiej pustyni, na której goni go pewien mężczyzna z wielkim czarnym wilkiem, nie ma nikogo, kto posłuchałby, że nie wszystko jest tak, jak być powinno, że być może Matka nie jest ideałem...?
Pewnego dnia agent Rodney Cullack prosi go o spotkanie – to ważne. Richard idzie niechętnie. Jednak już po pierwszych słowach Cullacka wie, że oto zmienia się jego życie. A Rodney przynosi rewelację – nie jesteśmy tym, kim jesteśmy, całe nasze życie jest spreparowane, wszczepiono nam w głowę świat, zaprogramowano. Rodney z całą stanowczością i przekonaniem twierdzi, że to Richard musi poznać całą prawdę i pokazać ją światu.
I tak oto, z dnia na dzień Richard staje się ściganym w całym wszechświecie byłym agentem. Musi uciekać przed mackami Matki i musi dogonić umykającą mu prawdę. I najgorzej, że tkwi w tym sam, bo Rodney Cullack zaraz po ich rozmowie ginie...
Szybkie auta (samoloty), szybki seks, szybkie kobiety, szybkie pięści, szybkie ciosy, szybkie ucieczki, szybkie wizje po naprędce wciąganych kreskach narkotyków. Wszystko w tej książce dzieje się bez przerwy – jak zabawka, która po prostu musi jechać, póki nie wyczerpią się baterie – dalej i dalej, choć nie wiadomo, gdzie jest cel i czy cel tak naprawdę istnieje. Ale w samym środku tej szybkiej książki, pod stosem broni, kilogramami dragów i zbyt krótką spódnicą ulicznej dziwki, jest głęboko filozoficzna opowieść o tym, czym jesteśmy, czym jest świat, czym jest nasza pamięć, świadomość, czym są wspomnienia, czym jest wolność i czy coś takiego jeszcze istnieje w dzisiejszym świecie. Zaskoczyło mnie ile mądrości w sobie niesie, że Matka to metafora, że agent to metafora, że to książka o nas samych i świecie, który nazywamy naszym własnym.
Zaskoczyła mnie nie tyle fabuła (choć przyznaję, że świat wykreowany w powieści Angerman narysował z rozmachem, grubymi i zdecydowanymi, przemyślanymi pociągnięciami pióra), ile ta podskórna, podkartkowa warstwa – okazuje się, że już wiadomo, kim jest Rodney Cullack – to Angerman we własnej osobie. Czy to ty jesteś Richardem?

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros, należącego do Grupy wydawniczej FOKSAL]


poniedziałek, 16 czerwca 2014

PŁONIE OGNISKO I… LODOWATO

"THORGAL: ZDRADZONA CZARODZIEJKA, WYSPA WŚRÓD LODÓW" SŁUCHOWISKO NA PODSTAWIE DWÓCH PIERWSZYCH TOMÓW SERII KOMIKSÓW

Gdy traci się jeden ze zmysłów inne się wyostrzają. Gdy traci się wzrok, ślepiec zamienia się w słuch. Coś podobnego przeżyłam, gdy do moich uszu doleciał świst wiatru i odgłos kroków na śniegu, przelewanie lodowatej wody i świst lecącej strzały… Coś podobnego przeżyłam, gdy w moje ucho zaczął się sączyć komiks… Thorgal…
To wszystko brzmi dość zagadkowo, bo w istocie, ociera się trochę o magię… Magicy ze studia Sound Tropez, postanowili dokonać pewnej sztuczki, a właściwie sztuki – postanowili przenieść w świat dźwięku komiks*…
Karkołomne i to się nie uda… - to jedyne słowa, które przyszły mi do głowy. Zwłaszcza, że chodzi o Thorgala, kultowego bohatera, który wielu osobom rozświetlał mroki PRL i dawał chwilę wytchnienia od szarej rzeczywistości.
A jednak – powstało coś niesamowitego, coś, co wywołuje ciarki na plecach, coś czego po prostu chce się słuchać. Dawnymi czasy, gdy nie było telewizji, ludzie po prostu opowiadali sobie historie – z takiego opowiadania zrodziła się idea słuchowisk – już nie przy ognisku, a przy radioodbiorniku można było zasiąść całą rodziną, zamknąć oczy i słuchać. Słuchowiska dawały większe pole wyobraźni, niż telewizja (nie wspominając wynalazków pod tytułem 3 d i więcej) – trzeba było się skupić, skoncentrować, słuchać, a do tego myśleć, stwarzać w głowie postaci, to jaki mają kolor włosów i w co są ubrani, widzieć to wszystko nie widząc… Oczywiście, że Thorgal ze słuchowiska, ma znajome rysy twarzy, że wiadomo jak wygląda Aaricia, bo przecież Rosiński narysował ich perfekcyjnie. Ale tu nie o to chodzi – tu chodzi o kunszt, mistrzostwo, o powrót do korzeni, przekraczanie granic i dokonywanie niemożliwego.
Mimo że znam komiks, dałam się wciągnąć w fabułę, mimo że mój Mąż sypie cytatami z „Thorgala”, że na drzwiach wejściowych mamy powieszoną tapetę z „Miasta zaginionego Boga”, nie przeszkadzało mi to rozkoszować się słuchaniem.
Przepadłam, nie było mnie tu – byłam w odległej zimnej krainie Wikingów, patrzyłam na dziwną scenę - spętany młody mężczyzna został wyrzucony z drakaru do morza, na pewną śmierć – to dlatego, że ważył się zakochać w córce króla Wikingów, Gandalfa Szalonego. A może dlatego, że Aaricia odwzajemniła to uczucie. Sam król chce dokonać egzekucji – musi widzieć, jak Thogral, trzęsący się z zimna, klęczy przed nim na kolanach – mówi o nim bękarcie, bo w istocie, Thorgal, choć długi czas mieszkał z Wikingami, nie należy do Wikingów. Zwą go Aegirsonem, na cześć Boga burzy Thora i olbrzyma uosabiającego gniew oceanu Aegira. Wiadomo tylko, że teraz umrze w lodowatych morskich falach, a jego ostatni oddech splecie się z szyderczym śmiechem Gandalfa Szalonego, który wciąż słychać gdzieś z oddali. Gdy sól morska wgryza się w thorgalowe rany i nie ma już nadziei na cud, cud się zdarza – pomaga mu piękna, rudowłosa kobieta z jednym okiem i wielkim wilkiem u boku. Uratuję cię, ale musisz oddać mi rok swego życia – proponuje. Thorgal nie ma wyboru…
I skąd to wszystko? Z tych paru dymków, wydobywających się z ust Thorgala? Z rysunków, w płaskim komiksie? Jak opowiedzieć zimno, piekący ból w ranie, żółte ślepia wilka, śmierć? Jak z komiksu zrobić słuchowisko?
Na pewno potrzeba kogoś, kto zaadaptuje papier na dźwięk – tym kimś okazał się Grzegorz Brudnik. Potem trzeba obdarować głosem bohaterów. Świetny Thorgal w wykonaniu Jacka Rozenka, genialny Arkadiusz Jakubik jako Gandalf Szalony, przekonująca Sonia Bohosiewicz w roli Slivii i najsłabsza Maria Niklińska jako Aaricia. To dla mnie jedyny zgrzyt w tym przedsięwzięciu. Czytając komiks widziałam piękną, ale silną, mocną, dumną kobietę, która ma godność i majestat wtłoczone w żyły, ale zakochaną najsilniejsza miłością, dla której jest gotowa poświęcić swój tytuł i wygodne życie. Niklińska wykreowała moim zdaniem słabą, głupiutką kobietkę, która nie do końca wie, co się dzieje wokół niej, którą można manipulować i która nieustannie popada w tarapaty. Ale Aaricii w pierwszym słuchowisku jest mało – tuż przed własnym ślubem ma prawo być rozmarzona i eteryczna, a mam nadzieję, że do następnych części zhardzieje, zmężnieje, że pokaże tę wewnętrzną siłę i moc, jaka w niej drzemie. Jest jeszcze narrator – Mirosław Czyżykiewicz, pieśniarz, gitarzysta, poeta. To nie zawodowy aktor, czy lektor, więc wybór akurat jego był ryzykiem. Sprawdził się, jego miękki, ale zdecydowany głos, melodyjność i pazur w jego gardle ukryte.
Gdy ma się już bohaterów, gdy ma się przewodnika, potrzeba jeszcze urealnić, urzeczywistnić, unaocznić, choć do słuchania nie używa się oczu. Pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać nad rolą dźwiękowców, nad tym, że aby uzyskać odgłos uderzenia, nie biją się przecież dwaj koledzy (tylko ktoś uderza w kapustę czy melona), żeby usłyszeć łamaną kość, nikt nie poświęca swojej ręki (tylko łamie wpół seler naciowy), a żeby usłyszeć maszerowanie przez fale – no wtedy już wchodzi się do wody, na przykład w woderach, do Jeziorka Czerniakowskiego, przy temperaturze -7.
Jest jeszcze muzyka – zjawiskowa! Odpowiedzialni są za nią muzycy z zespołu Wardruna oraz Audio Network.
Jestem rozdarta – z jednej strony chciałabym milczeć na temat tego słuchowiska, bo boję się, że słowami wszystko zepsuję; z drugiej chciałabym o nim krzyczeć, żeby usłyszało jak najwięcej osób – nastrojowe, świetnie zagrane, dopracowane w najmniejszych szczegółach – wystarczy wyobrazić sobie ognisko, przy którym ktoś opowiada nam piękną baśń, zamknąć oczy i słuchać…
OBSADA: JACEK ROZENEK (THORGAL), MARIA NIKLIŃSKA (AARICIA), SONIA BOHOSIEWICZ (SLIVIA), ARKADIUSZ JAKUBIK (GANDALF SZALONY), KRZYSZTOF BANASZYK (BJOERN), AGNIESZKA WIĘDŁOCHA (SOLVEIG), MARCIN RUMIŃSKI (JORUND BYK)
NARRATOR: MIROSŁAW CZYŻYKIEWICZ
KONCEPCJA I PRODUKCJA: SOUND TROPEZ
REŻYSERIA: MARCIN KARDACH
ADAPTACJA KOMIKSU I DIALOGI POLSKIE: GRZEGORZ BRUDNIK
UDŹWIĘKOWIENIE: MARCIN GONTARZ, MARTYNA GROMOTKA, MARCIN KARDACH, RAMEZ NAYYAR, RADOSŁAW OCHNIO
MUZYKA: WARDRUNA ORAZ AUDIO NETWORK
MIKS: KRZYSZTOF PODSIADŁO
[Dziękuję Sound Tropez za możliwość wysłuchania Thorgala]
*Thorgal nie jest pierwszym przedsięwzięciem tego typu, którego się podjęli – wcześniej ze-słuchowiskowali już inny komiks „Żywe trupy”

środa, 11 czerwca 2014

SZEPNĘ TYLKO KILKA SŁÓW

JENNIFER CLEMENT
„PRAWDZIWA HISTORIA OPARTA NA KŁAMSTWACH”
(TŁ.KAROLINA ZAREMBA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2014
Dawno, dawno temu, kiedy pokój dziecięcy w Naszym domu był jeszcze warsztato-siłownio-graciarnią, rozmawiałam ze znajomą na temat odbioru literatury przez czytelnika. Mówiła wtedy o rzeczach, których kompletnie nie rozumiałam, bo coś o tym, że nie może czytać o krzywdzonych dzieciach, bo w jej gardle rośnie gula nie do przełknięcia, coś o tym, że gdy sobie to wyobraża ma ochotę biec do pokoju córki i mocno ja obejmować, chroniąc przed całym światem, coś o tym, że jej wyobraźnia zbyt mocno w takich razach pracuje.
Teraz ja też inaczej czytam książki.
Czuję pewnie to samo, o czym mówiła wtedy. Ten lęk przed tym, że literatura wyjdzie spomiędzy okładki i zaatakuje mój największy skarb.
Z takim wewnętrznym rozedrganiem czytałam „Prawdziwą historię opartą na kłamstwach”. Niby powinnam się cieszyć – bo dziecko Indianki, która oddawała się tak wielu mężczyznom, że pewnie nie wiedziała do końca, z czyjego nasienia pochodzą jej dzieci, Indianki, która trudniła się zbieraniem witek na miotły i zabierała zawsze do pomocy swoje dzieci, które wciąż miały tymi witkami podrapane ręce i plecy, to dziecko zostało wysłane do klasztoru. Nauczyło się myć naczynia, sprzątać, prać, usługiwać do stołu, czytać i pisać, kilka psalmów na pamięć i jednej ważnej prawdy – nigdy nie mów „nie”, bo to nieprzystojne słowa i nigdy nie wyrażaj własnych uczuć – to, co masz w sobie, powinno tam pozostać. Pewnego dnia do klasztoru przyjeżdża piękna, eteryczna pani O’Connor, żeby wziąć Leonorę do siebie na służbę. Pani O’Connor pięknie pachnie i Leonora spogląda na nią z zachwytem. Wsiada do jej auta, w drodze słyszy kilka przykazań – porzuć wierzenia swoich przodków na rzecz posłuszeństwa mnie i mojej rodzinie, myj ręce przynajmniej pięć razy dziennie i raz w tygodniu badaj się u doktora, czy nie przenosisz jakiejś choroby – matka musi przecież dbać o własnych synów. Pani O’Connor dodaje, że właśnie takiej dziewczyny chciała dla swoich chłopców – pięknej, żeby na piękno mogli patrzeć, miast na brzydotę.
I właściwie przecież to awans i z miotłowego dziecka Leonora staje się pomocą domową w dobrym domu, ma własne łóżko, ma pod opieką dwóch niekłopotliwych chłopców, ma dach nad głową i nie ma już podrapanych rąk. Wszystko jest poukładane, sielankowe i „tak, proszę pani” płynie z ust Leonory nieprzerwanie. Odeszła bardzo daleko od swojej wioski – fizycznie i mentalnie.
Ale w powietrzu wisi coś…niepokój…
Pomiędzy historią Leonory, jak witki wplecione w wianek, snuje się opowieść małej dziewczynki, Aury, córki O’Connorów, która ma ciemną skórę, bracia przezywają ją Muchą i która lubi przesiadywać w kuchni ze służącymi, lubi niewyczerpywalne gadanie kucharki, lubi to, że Josefa, sprzątaczka, mówi zawsze tylko jedno słowo, pozornie oderwane od sytuacji, a zawsze tak świetnie ją puentujące i uwielbia, gdy Leonora czesze jej włosy szczotką zrobioną z siedmiu patyków, gdy opowiada jej o znaczeniu snów, gdy przekupuje jej braci, by porzucili przezwisko Mucha i gdy śpiewa jej piosenki, które zna każde indiańskie dziecko…
Ta historia jest oparta na kłamstwach – kłamią wszyscy, czasem wbrew sobie, bo nie mają innego wyjścia, a czasem z premedytacją. Z tych kłamstwa utkana jest prawdziwa historia, prawdziwa do bólu, do krwi, do niewiarygodności.
Tych kłamstw nie widać od razu – są tam, przyczajone i ostre, ranią palce, które przewracają kartki, ale dopiero na samym końcu płynie krew. To historia o silnym związku dwóch odmiennych kobiet, o tym, jak ich los został spleciony poza ich wolą i świadomością i o tym, że nie mogły rozsupłać tych więzów, mimo że nie brakowało im determinacji. Historia o tym, jak w swojej głowie można nieustannie słyszeć szept drugiej osoby. To historia o tym, co najgorszego można zrobić człowiekowi. To książka o „człowiek człowiekowi wilkiem” i o „ludzie ludziom zgotowali ten los”. To książka o tym, że świat może już się zawalić, a my możemy tego nie zauważyć, zaślepieni iluzją świata…
Wstrząsnęła mną ta książka i nie mogę zdradzić dlaczego. Każdy szept na ten temat, byłby ingerencją w intymny związek czytelnika z tekstem, byłby przedwczesnym zdradzaniem tajemnic, byłby naruszeniem jej delikatnej tkanki. Powiem tylko, że nie umiałam wypuścić z objęć mojego dziecka, że mimo upału, miałam ochotę zamknąć wszystkie drzwi i okna i nie wpuszczać do nas świata, że drżałam pokryta słowami tej książki jak lodowatym okładem. A to wszystko w niemym zachwycie dla Clement, że utkała opowieść o śmierci, winie, karze, lęku, zazdrości i innych brudnych i brzydkich uczuciach, z tak pięknych słów…

[Za książkę chciałabym serdecznie podziękować Bożenie z Małej Kurki – Bożeno, Ty wiesz, że jest niesamowita, ale powiem to ja: Jest niesamowita!]