środa, 2 kwietnia 2014

OPARY DYMU

KARL TARO GREENFELD
„TRIBURBIA”
(TŁ. BARBARA GÓRECKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

Nie będę udawać – skusił mnie „Dym”*. Gdzieś przed moimi oczami mignęła informacja, że jeśli podziwia się „Dym” i „Brooklyn Boogie”**, to kolejnym krokiem powinno być przeczytanie „Triburbii”.
W „Dymu” oparach unurzana, sięgnęłam po literacki odpowiednik. I między rozczarowaniem a nie-rozczarowaniem huśtam się po tej lekturze. Bo spodziewałam się czegoś innego. Jakiejś pochwały życia w promieniach wstającego nad miastem słońca. Ale jeśli czytać tę powieść w oderwaniu od moich oczekiwań, to wygląda zupełnie inaczej.
To historia kilku mężczyzn, którzy co dzień spotykają się na wspólnym śniadaniu. Wszyscy mieszkają w modnej, nowoczesnej dzielnicy o wdzięcznej nazwie Triburbia. Ich dzieci chodzą do jednej szkoły, więc kontakty nawiązały się mimochodem, mimo wszystko, mimowolnie. Tkwiąc nad poranną kawą, czasem nawet nad porannym drinkiem, rozmyślają o świecie, o swoim w nim miejscu, a mówią o tym, że jakaś knajpka zamknęła podwoje, że bekon dziś zbyt przysmażony i zakładają się w bzdurnych zakładach o wyimaginowany męski honor.
A w każdym w środku dzieje się burza.
Bo inżynier dźwięku jest podobny do pedofila, który podobno grasuje po okolicy i boi się, że straci twarz w oczach sąsiadów, choć sumienie ma w miarę czyste, wysprzątane. A żona inżyniera dźwięku ma problem z uniesieniem przeszłości nad głową na tyle wysoko, by swobodnie spacerować po „dzisiaj” i wciąż pali trawkę dla zaprzeczenia prawom grawitacji.
Bo dramaturg właśnie wyprowadził się z domu i okazało się, że teraz częściej w nim bywa, że świetnie mu się wychowuje swoich pięciu synów i że jego żona jest piękna.
Bo fotograf mody jest utalentowany, ale przeszedł porażenie mózgowe i powłóczy nogą. I wciąż martwi się o swoją siostrę.
Bo rzeźbiarz ma kochankę niewiarygodnie podobną do swojej żony i chce wiedzieć, dlaczego wybrał akurat ją.
Bo kucharz ma co prawda kilka knajp, ale wciąż mu mało i nie wiadomo, czy nie goni za karierą dlatego, że w domu ma dwie córki, bliźniaczki, które identyczne z wyglądu, w środku się różnią – jakby jedna podkradła drugiej talenty i zdolność myślenia.
Bo marionetkarz sam wychowuje córkę, brak mu pieniędzy, ciągle rozpamiętuje młodość i swoją karierę, która skończyła się nim, tak naprawdę się zaczęła, a jego dziecko, chyba jako jedyne w Triburbii dorabia, opiekując się innymi dziećmi.
Bo gangster, na którego skinienie giną ludzie, nie potrafi sobie poradzić z córką gnębioną w szkole przez koleżankę.
Bo pisarz, który zarobił świetną kasę na swojej autobiografii zostaje oskarżony o jej sfabrykowanie.
Nie nawdychałam się „Dymu”, poczułam raczej zapach farb – tej, którą maluje się nowe klatki schodowe w modnych, eleganckich dzielnicach i trochę tej, którą szaleni artyści nakładają grubo na naciągnięte płótna. Ręce zaś ubrudziłam klejem, gdy próbowałam posklejać tą dzielnicę, jej mieszkańców przyszpilić do właściwych numerów domów. Musiałam wziąć kartkę i zapisać sobie imiona, połączyć je sznurkami relacji i okazało się, że „każdy z każdym”, że przecinają się w najmniej spodziewanych miejscach, że rysują dziwaczne wzory, że Triburbia cała jest siecią zależności i w gruncie rzeczy powinna mieć kształt rogów, które ktoś komuś przyprawia – nie mówię tu tylko o seksie, ale też o biznesie, o przyjaźni, o stosunkach dobrosąsiedzkich. Tyle tylko, że bohaterowie żyją w nieświadomości i co dzień spotykają się na śniadaniu w jednej z okolicznych knajpek, do kieszeni chowają przekonania, żale, podejrzenia, tylko po to, żeby wspólnie zjeść jajecznicę, napić się i pogadać o pogodzie, wyniku meczu, albo grasującym w dzielnicy pedofilu. Wiadomo przecież, że samotne jedzenie źle wpływa na trawienie, więc warto na godzinkę czy dwie zapomnieć o głębokim myśleniu i płytko poślizgać się po niezobowiązującej pogawędce.
I to, co mnie uderzyło to fakt, że ci ludzie w ogóle się nie znają. Że spędzają razem kilkanaście godzin tygodniowo, a poza imionami nic ich nie definiuje, że prawdziwa twarz już dawno nie wystawiona do słońca, blednie gdzieś pod maską, że te maski tak przylgnęły do prawdziwych twarzy, że chyba zdejmie się je razem ze skórą. To smutny obraz naszych czasów – lęku przed drugim człowiekiem, braku czasu na drugiego człowieka, braku czasu na wszystko inne, niż zarabianie pieniędzy – żeby było szybciej, lepiej, znośniej na świecie. Żeby śniadanie w knajpce i jakiś rejs luksusowym jachtem, żeby zatkać uciekające życie jakimś korkiem, zatrzymać i w tym życiu się nie nudzić. Tylko o to chodzi.
„Dym” się chyba zestarzał i teraz modne dzielnice wyglądają inaczej. Inny ruch powietrza, inne oddychanie, inny język, inne widoki, inni ludzie. Wszystko dzieje się szybciej, migotliwiej i choć konstrukcja jest taka sama – oś, na której podoczepiane małe scenki, miniaturki, wprost do oprawienia w ramkę, to koło „Triburbii” toczy się z większym rozmachem i pozostawia na języku smak metalu. Bo przesłanie odczytałam raczej jako negatywne – że świat zwariował, ale tylko dlatego, że ludzie zwariowali, że niczego w życiu nie można być pewnym i że nie ostała się właściwie żadna świętość, bo zbrukać można miłość, przyjaźń, czyste sumienie. I że nie pozostaje nawet wspólne śniadanie, bo nagle Triburbia stała się „passe” i trzeba jak najszybciej szukać innego modnego miejsca na niby-życie.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

*"Dym"
**"Brooklyn Boogie"

środa, 12 marca 2014

JA JUŻ WIEM

MICHEL BUSSI
„SAMOLOT BEZ NIEJ”
(TŁ. MAGDALENA KRZYŻOSIAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

Ciężkie zadanie ma ten, kto opowiada o tej książce.
Tyle w niej emocji, szczegółów, faktów, które warstwa po warstwie zdejmuje się z fabuły wraz z kolejnymi przeczytanymi stronami. Tyle słów, które znaczą podwójnie. Tyle niespodzianek, czających się w zwykłych literach...
Ten, kto o tej książce opowiada, musi być jednak bardzo ostrożny. Żeby nie zdradzić za dużo, żeby nie pokazać zbyt szybko jakiegoś koloru włosów, albo zdjęcia. Bo każde słowo jest tu wskazówką. Albo może okazać się kluczem.
A wszystko zaczęło się w 1980 roku, tuż przed Wigilią, gdy airbus 5403 relacji Stambuł-Paryż, rozbił się na granicy między Szwajcarią a Francją, na górze zwanej Mont Terrible. Zginęło 168 osób ze 169 które leciały samolotem. Przeżyła jedna osoba – trzymiesięczne niemowlę, dziewczynka, która grzała się w płomieniach palącego się samolotu i tylko dlatego doczekała przyjazdu ratowników.
Piękna historia, o cudownie ocalonej dziewczynce. Tylko kilka chwil i do szpitala, w którym leżała, przyjeżdża dziadek. Tak, to Lyse-Rose. Tak, miała przylecieć z rodzicami na święta. Choć trochę szczęścia w tragedii, choć trochę nadziei. Ale jeszcze kilka chwil później dzwoni telefon. W słuchawce głos, który drżący oznajmia, że jest dziadkiem dziewczynki ocalałej z katastrofy. To Emily...
Szybko dało się to sprawdzić. Na pokładzie samolotu leciały dwie dziewczynki – każda z nich miała trzy miesiące. Nie ma nikogo, kto może rozwikłać tajemnicę – czy to Emily czy Lyse-Rose śpi teraz w szpitalnej sali? Bez dokumentów, bez rodziców, bez testów DNA, które w 1980 roku były jak z filmu SF. I żadnego wiarygodnego świadka. I same niewiadome. I dwie rodziny, które chcą odzyskać choć część – jeśli nie cała rodzinę, to namiastkę.
Zaczyna się walka o dziewczynkę, którą jedna z dziennikarek nazwała Ważką. O dziewczynkę, o której mówią też Lylie, bo do tego sprowadza się połączenie dwóch jej prawdopodobnych imion. To walka na miłość i argumenty. I na pieniądze, bo jedna rodzina jest bogata, druga biedna. I na fałszywe tropy. I na ten jeden jedyny, który okaże się zgodny z prawdą.
Zdaję sobie sprawę, że to historia napisana „dla sukcesu”, że autor mną manipulował, że ustawiał mnie tak, jak chciał żebym stała, że poruszał moimi dłońmi i byłam w jego rękach bezwolna. Ale nie przeszkadzało mi to wzruszać się tam, gdzie wpisał w linijki miejsce na łzy, nie przeszkadzało mi to denerwować się na tego, w kogo autor wymierzył złość, otwierać usta ze zdumienia, wylewać nieopatrznie herbatę z kubka, gdy zapomniałam o świecie na zewnątrz książki.
Zdaję sobie sprawę, że Marc, brat/niebrat Lylie, jest może trochę zbyt błyskotliwy, że detektyw zatrudniony do rozwiązania zagadki i spisujący wspomnienia zbyt barwnym posługuje się językiem, że zbiegów okoliczności tu co niemiara, ale poddałam się autorowi – a on mówił zawsze tylko tyle, ile chciał, by trzymać mnie przy sobie, narkotyzować tym tekstem, być może śmiejąc się zza stron, których szybko ubywało. Weszłam pomiędzy okładki i po prostu mnie nie było. Zapomniałam nawet o języku (który czasem kuleje), na rzecz fabuły – a to nie zdarza mi się często.
To gra z czytelnikiem. Najpierw Bussi denerwował rzucając strzępki informacji – powieść długo brała rozbieg – a potem, nim się obejrzałam, już byłam wysoko w chmurach i tak bardzo chciałam poznać prawdę, ze leciałam coraz wyżej i wyżej, bez protestów dając się prowadzić.
Czyż nie o geniuszu autora świadczy fakt, że czytelnik jest marionetką poruszaną jego tekstem?
Jestem rozdarta między zazdrością a ulgą.
Zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie czytali, którzy dopiero zaczęli, nawet tym, którzy są w środku. Bo oni jeszcze nie wiedzą. Bo na każdej stronie czeka ich jakieś nie-do-wiary.
Ale czuję też ulgę. Że ja już wiem, że nie tkwię między stronami w niepewności. Że nie miotam się między Emily a Lyse-Rose. Że nie wspinam się na Mont Terrible wciąż od nowa. Że mogę już swobodniej oddychać i przestać tak bardzo martwić się o podwójną dziewczynę, do której najlepiej pasuje imię Ważka.
I że na nowo mogę zapuszczać moje obgryzione do krwi paznokcie.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

środa, 5 marca 2014

NIE DO NAPISANIA

ZSUZSA BANK
„JASNE DNI”
(TŁ. ELŻBIETA KALINOWSKA)
CZARNE, WOŁOWIEC 2014

Przyjaźniły się, bo się wybrały – Aja, dziewczynka o ośmiu palcach – w jednej ręce miała ich tylko trzy, zamiast pięciu. Zawsze obok niej idzie Therese. Jedna mieszka z samą mamą – na skraju miasta, w domu, który ni to się buduje, ni rozpada, który ma poluzowaną furtkę i wielki ogród, w którym okna są nieszczelne i zamiast wieszaka na kurtki w ścianie straszą wbite gwoździe. Ojciec Ai zjawia się raz na rok – latem, w piękne jasne dni. Jest z nimi miesiąc, albo dwa tygodnie. Dobudowuje kolejne pokoje, wbija nowe gwoździe w ścianę, uczy Aję jeździć na rowerze i nieustannie biega, skacze, robi salta. A potem wsiada do autobusu i odjeżdża w stronę wielkiego statku, który wiezie go do Ameryki – tam występuje w cyrku, skacząc z jednego trapezu na drugi, pod samą jego kopułą. Matka Ai, Evi, zeszła na ziemię, choć kiedyś też sięgała nieba, spacerując po linie rozwieszonej wysoko nad klepiskiem cyrku. Pojawiła się Aja, więc Evi musiała zacząć stąpać po podłogach. Therese też mieszka z samą mamą – jej ojciec umarł w wieku 30 lat, a ona tylko wyobraża sobie, że pamięta jego zapach, zarost na twarzy i to, jak do niej mówił.
Aja i Seri są nierozłączne.
Stopami zrywają stokrotki, bujają się w wielkiej chuście, którą Evi zawiesiła dla nich w ogrodzie, pływają w rzece, biegają, a gdy jest zimno, żeby się ogrzać, wkładają stopy do zlewu wypełnionego gorącą wodą.
A na koniec dnia, gdy już muszą się rozstać, zamiast wymienić pożegnalny uścisk dłoni albo pocałunek, robią gwiazdę, która znaczy więcej niż każde inne „do widzenia”.
Jeszcze potem do tej dwójki dołączył Karl – chłopak, którego brat zaginął i który przez całe życie musiał zmagać się z jego już-nie-istnieniem. Karl zamknął trójkąt, przypieczętował, wszedł w ten świat, jak w swój własny.
Karl od tyłu to Lrak.
Na Therese wołali Seri, a od tyłu to Ires.
Tylko Aja czytana na wszystkie strony pozostaje tym samym. Jej imię się nie zmienia. I w pewnym momencie przestaje też rosnąć. Jakby chciała zatrzymać te wszystkie jasne dni. Jakby jasne dni mogły być tylko, gdy jest się dzieckiem. Potem troszkę czernieją, najpierw na brzegach, niezauważalnie, później ciemność pożera coraz większą część dnia i już w ogóle nie widać słońca – same tylko problemy i kłamstwa, które nagle okazują się spowijać wszystkie jasne dotąd dni.
Ironią jest ta niezmienność Ai, podczas gdy to właśnie ona okazuje się najbardziej tonąć w tej czerni, w kłamstwach, w ułudzie i w życiu jakie ktoś dla niej wymyślił.
Czytałam tę książkę wolno – zbyt szybkie przewracanie stron mogłoby ją rozsypać... To książka o związkach – o niciach, jakie plotą się między ludźmi, o sieciach,w jakie łapią się i z których nie mogą się wydostać. O tym, że czasami te sieci są ratunkiem, a czasami duszą. O tym, że za każdą córką (czy synem) stoi matka, która całe życie poświęca na to, by wyścielić drogę dziecka najdelikatniejszym puchem. Że każda robi to na swój sposób. Że czasem to nieudolne, ale zawsze z miłości.
To prawie niemożliwe, żeby tak pięknie napisać książkę, tak zaczarować język, tak go poskładać. A jednak Bank w to „prawie” trafiła i napisała coś tak pięknego, że nie umiem tej książki czytać. Ją się smakuje, po kęsku, po kawałeczku, bo za dużo naraz to jak profanacja. Podziwia się te słowa, jedno za drugim płynące, w niespotykanych konfiguracjach. Przestaje być ważna fabuła, choć jest dobra i przynosi wiele zdarzeń.
Bo takich historii się nie pisze – one po prostu wychodzą z człowieka. Takich słów nie ma w słownikach – są w dłoniach, trzymających pióro, w języku, który opowiada, w sercu, które bije rytmem zapisywanych liter...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne]

wtorek, 18 lutego 2014

MOŻE BYĆ OD KOŃCA

GEORGES FLIPO
„PANI KOMISARZ NIE CZUJE SIĘ W KLUBIE JAK W RAJU”
(TŁ. KRYSTYNA ARUSTOWICZ)
NOIR SUR BLANC, WARSZAWA 2014

Zazwyczaj nie czytam książek od końca. Kiedyś robiłam to często – otwierałam od tyłu i połykałam najpierw ostatnie zdanie. Potem się oduczyłam i oduczyłam moją mamę. Ale tym razem, zupełnie przez przypadek, ostatnie zdanie weszło mi w oczy i tam się zagnieździło. No to już wiem wszystko – pomyślałam i moje usta wygięły się w podkówkę. Nie lubię wiedzieć już na początku, szczególnie, jeśli czytam kryminał. Na szczęście nazwisko mordercy nie pada w tym zdaniu ostatnim.
Bo że jest morderca – nietrudno się domyślić. Ofiara dynda na wielkim słupie już w pierwszych słowach powieści. Dynda, bo się powiesiła. A właściwie powiesił. On. King. Niekwestionowany król w wakacyjnym Rajskim Klubie na Rodos. Tylko, że okazuje się, iż nie żył już wcześniej. Zanim zgraja turystów zaczęła go okładać kijami...
Ale od początku...
Na Rodos istnieje raj na ziemi. Morze, plaża, drinki z palemką, baseny i pyszne jedzenie – szwedzki bufet, w którym ręce wyciągają się po wszystkie potrawy naraz. Kochasie – czyli turyści – żyją sobie w tym klubie jak w niebie, nabierają tężyzny fizycznej na lekcjach tańca i pływania, nabierają ogłady towarzyskiej na wieczorkach karaoke i dyskotekach w nocnym klubie z salsą, nabierają opalenizny przy basenie albo w krzakach, gdzie chodzi się w celach wiadomych, zazwyczaj damsko-męskich. Idylla, sielanka, arkadia. Czternastego lipca ma się odbyć spektakl dla turystów – w głównej roli ma wystąpić szef wioski, King. W jego przedstawieniu ma wziąć udział cała ekipa, ale też kukła, która w odpowiednim czasie zawiśnie na wysokim słupie i którą każdy będzie mógł bezkarnie uderzyć raz, czy dwa, może tysiąc. Tyle tylko, że kukła zbyt mocno przypomina człowieka, zbyt żywa była, nim została nieżywa i zbyt wiele razów przyjęła od niczego niepodejrzewających turystów. Wśród Kochasiów był jednak jeden policjant, który zaczyna mieć mieszane uczucia co do tej rzekomej kukły...
Prezes klubu to jakaś francuska szycha. Kukła, co się okazała szefem klubu, nie poprawi atrakcyjności ośrodka. Swoimi drogami, sznureczków pociągnięciami sprawia więc, że Viviane Lancier, co nie znosi poezji, kupuje tomik wierzy Apollinaire'a, wrzuca do walizki parę ciuchów, które absolutnie nie nadają się na anielski weekend na Rodos i jedzie do Grecji, aby po cichutku, ale skutecznie dowiedzieć się, kto stoi za morderstwem. Nie może w rajskim klubie być policjantką, musi przywdziać maskę i wcielić się w rolę scenarzystki, która zbiera materiały do filmu. U jej boku ma dumnie kroczyć Monot, grając rolę jej partnera życiowego. Viviane oczyma wyobraźni sięga, gdzie wzrok nie sięga – widzi wspólny pokój, widzi siebie i jego – ona ma koszulkę nocną, a on piżamę, a potem może nawet nie mają już nic... Ewidentnie pani komisarz się zakochała. Ewidentnie ma plan – nie tyle na śledztwo, co na uwodzenie. Ewidentnie Rodos może stać się najbardziej zbliżoną do raju wyspą na ziemi. Tyle tylko, że w taksówce na lotnisko, wita ją nie Augustin, a porucznik Willy Cruyff, jeszcze bardziej nieopierzony, nie-upolicjantowiony niż Monot jeszcze kilka miesięcy temu. Zmiana planów, zmiana nastrojów. Viviane chce jak najszybciej rozwiązać sprawę, wrócić do siebie i móc przed Monotem popisywać się znajomością „Alkoholi” Apollinaire, które zamierza przeczytać od deski do deski, a może nawet paru wierszy nauczyć się na pamięć.
Ale nie wszystko idzie szybko i sprawnie. Wyspa straszy kolejnymi duchami, które wyzionęły kolejne ofiary...
Stęskniłam się za panią komisarz, mimo że nadal mnie denerwuje swoimi zmiennymi nastrojami, płaczliwymi scenami samotności i niezdecydowaniem. Ale w poprzedniej części zawisła w ramionach Monota i nie wiadomo, co było dalej... A poza tym wciąż jest uszczypliwa, zjadliwa, ironiczna i kąśliwa. Wciąż także wykazuje się zdolnością kojarzenia faktów i układania wielkich i małych puzzli – choć greckie słońce w pewnych momentach wysysa z jej mózgu większość logicznego myślenia. Ale dalej jest zabawna. A śledztwo nawet zabawniejsze, niż to poprzednie, z wierszem w roli głównej. W powietrzu czuć opary absurdu – obsługa zwana jest tu kokosiami i kikami, przy szlabanie pracuje Turek, który nie mówi po grecku na zmianę ze swoim niemym synem, szef wioski mianuje się królem i wyznaje monarchię absolutną, ważnym śladem w śledztwie są kolczyki na rysunku trupa, a każdy ma w zanadrzu tajemnicę, asa i drugie dno.
I nawet to, że przeczytałam jako pierwsze ostatnie zdanie książki, nic nie zmienia w sile i natężeniu mojego zaskoczenia. A nawet je podsyca...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Noir Sur Blanc]

piątek, 14 lutego 2014

NA WALENTYNKI O MIŁOŚCI BEZ GRANIC

SCOTT SPENCER
„MIŁOŚĆ BEZ KOŃCA”
(TŁ. JULITA WRONIAK-MIRKOWICZ)
MUZA SA, WARSZAWA 2014

Zwyczajny nastolatek. Zwyczajna nastolatka. David ma siedemnaście lat. Jade jest rok młodsza. Zwyczajna pierwsza randka, choć niezwyczajnie idą środkiem serca w Muzeum Techniki. Ona wchodzi w to serce i przestrzela je jak pociskiem. A on się zastanawia, czy będę mogli się pocałować. To, że Jade idzie przez ten model z taką pewnością, determinuje całe ich życie – wchodzi też w sam środek Davida, jego całe ciało podporządkowuje się dziewczynie i zaczyna oddychać tylko wtedy, gdy ona mu pozwala. Bez niej nie ma oddechu, bez niej nie ma dziania się.
Zaczyna się zwyczajnie, ale potem nic nie jest zwyczajne. Niezwyczajny jest żar, jaki między nimi tli się cały czas, niezwyczajne jego wybuchy, wtedy gdy nadchodzi noc. Niezwyczajna jest rodzina Jade – wyzwoleni rodzice w hippisowsko-konserwatywnej Ameryce, która walczy sama ze sobą. Niezwyczajne jest to, że siedemnastoletni chłopak wprowadza się do swojej dziewczyny za przyzwoleniem jej rodziny. I cichym przyzwoleniem swojej własnej. Niezwyczajne jest to, że dostają od nich ogromne małżeńskie łoże, które ma kółka i które jeździ po całym pokoju, gdy kochają się co noc. Cała reszta jest niezwyczajna. I jedynym zwyczajnym w tym wszystkim jest to, że zmęczona nagłą dorosłością, którą niesie za sobą takie uczucie, taka dojrzałość seksualna i taki brak lekkich nastoletnich miłostek Jade, prosi ojca, żeby stanął między nią a Davidem. Chłopak ma zakaz wstępu do ich domu przez miesiąc. Jade chce pobyć dzieckiem. Ale David czuje się odrzucony, nie umie zdefiniować siebie poza Jade, poza jej uczuciem, więc ucieka się do drastycznego sposobu, by na nowo zyskać klucz do drzwi Butterfieldów. Mogłoby się wydawać, że gdy w kimś płonie ogień, to nie ma na to rady. Że David nie jest winien. Że odurzony swoim uczuciem przestał myśleć. Ale to on podpala zapałkę i rzuca ją, jak zapalnik bomby, prosto w sam środek rodziny – podpala ich dom. Myśli, że w ten sposób zyska znów ich przychylność – chce uratować całą rodzinę, stać się bohaterem, dać im dowód, że bez niego ich świat jest niepełny. Nie przewiduje tylko, że odurzeni narkotykami nie będą wiedzieli, w którą stronę iść do drzwi. Nie przewiduje, że ogień rozprzestrzenia się tak szybko, szybciej niż on niesie pomoc...
Okładka i tytuł sugerują przesłodzony romans dla nastolatków – on kocha, ona nie, albo obydwoje kochają, ale rodzice nie zgadzają się na ich uczucie, albo nikt nie kocha, a potem kochają wszyscy. Nie spodziewałam się tego, co przeczytam, tego, że wyczerpana emocjonalnie tą książką nie będę potrafiła czytać jej bez przerw, że będę musiała wychodzić na dwór, żeby w ogóle móc oddychać, że będzie tak ciężka, tak smutna, tak drastyczna. David jest nie tylko zakochany – jest zaczadzony, jest chory na miłość. Scala się z Jade bez żadnej przestrzeni między ich ciałami. To miłość, która nie pozwala oddychać, choć na początku wciąż jeszcze mają zapasy powietrza i wydaje się, że wszystko jest tak, jak być powinno. Sam David z perspektywy czasu patrząc na związek z Jade mówi „(...) objawy bezgranicznej miłości są identyczne dziś, jak przed tysiącem lat, podczas gdy normalne życie zmieniło się w tym czasie tysiąc razy i na tysiąc sposobów. Co zatem jest bardziej prawdziwe?” [s.194]. Jemu chodzi o to, że ich miłość była wyjątkowa, niezwykła, wspaniała. Ja widzę w tym miłość, która z wierzchu lśni,a w środku gnije. Gdy się w nią wgryziesz, zatruwa cię i szybko tracisz oddech od wdychania jej oparów.
To mocno psychologiczna powieść, taka w której każdy bohater rozebrany jest na części pierwsze – tu głowa, tu noga, tu brzuch, a w środku, pod mikroskopem, każdemu bije serce. I każde z tych serce jest jakoś zranione – jedno, bo kocha za mało, inne, bo kocha za wiele.
To z całą pewnością nie jest romans – to jakieś studium uzależnienia od drugiego człowieka. I nie mówię tu tylko o Jade i Davidzie – mówię o całej misternej sieci, jaka jest utkana pomiędzy bohaterami – jaka matka zazdrości swojej córce seksu? jaki ojciec dzięki synowi odnajduje w sobie męskość?
Nic w tej książce nie jest łatwe, nic nie jest lekkie, każdy oddech Davida, Jade niesie za sobą ciężar, jaki trudno jest udźwignąć.
Zastanawiam się, jak film na podstawie „Miłości bez granic” pokaże ten ogień, który spala bohaterów. Niezwykle łatwo będzie pokazać płonący dom, niezwykle trudno postawić przy nim człowieka, który płonie od środka.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

środa, 5 lutego 2014

PO CO SĄ NAGRODY?

ALICE MUNRO
„DROGIE ŻYCIE”
(TŁ. AGNIESZKA KUC)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013

Nie lubię opowiadań. Czytanie opowiadania, to jak żegnanie się z przyjacielem, nim jeszcze podaliście sobie ręce na dzień dobry. Gdy zdążę polubić bohatera lub nie, on już znika w szeleście przewracanych kartek i ginie pod kolejnym tytułem.
Ale nagrody literackie – w tym przypadku Literacki Nobel – są od tego, żeby iść ich śladem i sprawdzać – jeśli ta kapituła dostrzegła coś wartego uwagi, to może ja też zajrzę i sprawdzę? Kiedyś nawet miałam pomysł przeczytania wszystkich nagrodzonych noblistów. Żeby wyrobić sobie zdanie na temat tej nagrody, sprawdzić, jak bardzo moje gusta pokrywają się z gustami szanownego jury. Skapitulowałam, ale Munro tak długo brzęczała mi nad uchem – mówili, szeptali, krzyczeli o niej wszyscy - że się poddałam i zajrzałam.
Ani to rozczarowanie, ani nie...
Nie umiem się Munro zachwycić, ale też dobrze mi się te opowiadania czytało. Czasem nie rozumiem, o co jej chodzi, co chciała przekazać, jakim tropem szły jej myśli ubrane w konkretną postać, a czasem zapierało mi dech, że właśnie tak można poprowadzić narrację. Niby czasem duszne południe w tych opowiadaniach, a ciągle jest w nich zimno. Niby tyle ludzkich emocji, a nie czuję się jak w tyglu światów.
Bohaterowie są bardzo różni – mała dziewczynka, zapatrzona w swoją starszą siostrę i matkę, która ucieka od ojca, by żyć w końcu swoim życiem, starsza kobieta, która zaczyna mieć problemy z pamięcią i wyrusza do pobliskiego miasteczka na badanie do specjalisty, bogata kochanka z krótszą nogą i ubogi kochanek, bardzo przystojny i z żoną, mężczyzna, który wraca z wojny i tuż przed własną stacją, na której czeka jego przyszła żona, wyskakuje z pociągu i chroni się w domu nieznajomej kobiety...
Tysiące zdarzeń, tysiące myśli, wir charakterów...
A we wszystkim chodzi o ty, czy się dobrze swoje życie przeżyło – czy tak, jak to się planowało? Czy zostałeś tym, kim chciałeś być gdy dorośniesz?
Tytuł kojarzy mi się z nagłówkiem listu – ktoś pisze do życia i jeszcze nie wiemy, co mu chce powiedzieć. Jedni pewnie chcieliby zawrzeć w takim liście szczere podziękowania i dołączyć jakiś miły akcent – własnoręcznie zrobioną zakładkę do książki, albo kilka domowych ciasteczek przewiązanych ładną wstążeczką. Inni będę narzekać i wygrażać. A bohaterowie Munro? Mam wrażenie, że napisaliby to do-życiowe przywitanie i zastygliby nad kartką. Bo właściwie nie wiedzieliby co powiedzieć. Każdy z nich jest dla mnie trochę oniemiały – coś im się zdarza, ale zdarza się jakby obok nich. Jasne, że dotykają ich konsekwencje - ktoś stracił siostrę, do kogoś nie odzywa się mąż, ktoś traci zaufanie do tego, kto był mu najdroższy. Ale to wszystko dzieje się, jak przez gazę, jakby te postacie były troszkę od swojego życia oddzielone i nie emocjonowały się żadnym jego aspektem. Może odczuwam to w ten sposób dlatego, że Munro nie komentuje i nie pozwala tego robić swoim postaciom. Nikt nie płacze, a jeśli jest o tym mowa, to łzy dawno już wyschły. Nikt nie rzuca talerzem, a jeśli ktoś rzucił, to skorupy są już dawno na wysypisku śmieci. Nikt też nie kocha tak, jak powinno się kochać – dziko, szaleńczo, z mokrymi i nabrzmiałymi od pocałunków ustami. Jeśli jest romans , opiera się na chłodnej kalkulacji i nawet, gdy padają słowa „kocham cię”, to mają pokojową temperaturę. Te opowiadania są właściwie bez pointy, urwane, niezaakcentowane. To znaczy całe są jedną wielką pointą. Opowiadane z perspektywy czasu, nawet, jeśli dzieją się na naszych oczach – tak, jakby ten kto nam o wszystkim mówi, już dawno się ze wszystkim pogodził.
Nie pokochałam opowiadań dzięki Munro. Nie umiem powiedzieć – brawo, to zasłużony Nobel (choć gratuluję bardzo szczerze), bo znam tylko kawałek, tylko wycinek, jej twórczości. Ale nie wiem, czy jeszcze kiedyś podam jej rękę, żebyśmy szły w litery.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

wtorek, 4 lutego 2014

BOSKOPY, KOKSY, DRZEWA CIĘŻKIE OWOCAMI...

KATHARINA HAGENA
„SMAK PESTEK JABŁEK”
(TŁ. ALDONA ZANIEWSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

„Przez dziesiątki lat zintegrowała się w pełni z tym domem, i gdyby ktoś jej zrobił obdukcję, na podstawie zwojów jej mózgu albo układu żył w krwiobiegu , mógłby sporządzić plan poruszania się po domu.” [s.34]
A dom jest pełen zakamarków, sekretnych przejść, labiryntów zamków – jeden otwiera się dopiero wtedy, gdy drugi jest zamknięty i drzwi kuchenne wcale nie prowadzą z kuchni do świata, ani na odwrót. To stary dom, pełen własnych przyzwyczajeń i w podłodze wyrytych kroków.
Zaczyna się od pogrzebu, bo ta, która mapę domu miała wdrukowaną w serce, właśnie umiera. To babcia Bertha, która straciła siostrę, w czasie, gdy obie były jeszcze nastolatkami, która odziedziczyła po niej mężczyznę, która urodziła trzy córki i która spadła z drzewa, a potem nic już nie było takie samo – do drzwi jej głowy zapukała demencja.
Teraz Berthy już nie ma, choć pewnie krąży nieustannie po domu. Zapisała go w spadku Iris – najmłodszej w rodzinie. Czy myślała, że ona jako jedyna zechce tu zostać? Trzy córki Berthy poukładały sobie świat z dala od tego miejsca – jedna straciła w nim własną córkę, druga straciła w nim miłość, a trzecia straciła w nim siostry, bo z różnych powodów rozplotły się ręce z siostrzanego uścisku.
Iris jako jedyna myśli wciąż dobrze o tym domu. Na tydzień porzuca swoją pracę w bibliotece uniwersyteckiej i wchodzi w dom, żeby zobaczyć, co jej powie i jaką podjąć decyzję w sprawie jego przyjęcia. Zanurza się w przeszłość – otwiera szafę i wyciąga stare sukienki ciotek i babci – jako mała dziewczynka przebierała się w te same rzeczy i nie wyobraża sobie, by ten dom przemierzać w innych strojach. Teraz chce wejść w tamtą skórę, choć początkowo wydawała się za ciasna i sprawdzić dokąd zaprowadzi ją zatrzaśnięta na głucho pamięć.
To piękna, nastrojowa książka – słowa smakują w niej jabłkami – jedne boskopami, ulubionymi Anny, drugie pomarańczowymi koksami, które wolała Bertha. Jabłka są wszędzie – na drzewach, w słoikach, we wspomnieniach i trzeba po prostu nauczyć się je zbierać i robić z nich dżem, galaretkę, przecier, żeby nie uronić nic z tego, czym może podzielić się dom. Jest też miłość, czasem pachnąca jabłkami, ale niepewna, świeża, jeszcze niedojrzała. Jest też mnóstwo zazdrości, te specyficzne uczucia, jakie można określić tylko mianem siostrzanych, są jakieś śmierci i nawet trochę magii, bo jedna z ciotek Iris krzesa iskry z dłoni.
Gdy czytałam tę książkę o palce ocierało mi się rozpalone lato, ciężkie od wypadków, żarzące się mnóstwem emocji i niedopowiedzeń. Nic tu nie jest oczywiste, do ogryzka trzeba drążyć długo przez miąższ zdarzeń. Zanurzyłam się w niej i nie potrzebowałam wychodzić na zewnątrz, żeby zaczerpnąć powietrza – chciałam tylko nasycić się zapachem i smakiem owoców – nawet wiedząc, że pestki w środku są trujące...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]