JEANNE BOURIN
„SEKRETY KOBIET ZŁOTNIKA”
(TŁ. ANNA MICHALSKA)
NOIR SUR BLANC, WARSZAWA 2013
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami
przeżyłam moją pierwszą klasówkę z polskiego. Nie pamiętam
dokładnego tematu, który mieliśmy rozwinąć. Ale pamiętam, że
był oparty na fragmencie z „Jesieni średniowiecza” Huizingi. I
pamiętam ocenę: 5+. Bo średniowiecze było mi drogie, było
fascynującą zagadką. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami,
zdawałam maturę z historii. Pamiętam, że gdy dzień wcześniej
siadłyśmy z przyjaciółką do zestawów, to tylko jeden miałam w
małym paluszku – ten z pytaniem o średniowiecze.
Dlatego zawołała mnie ta książka –
donośnie, w sam środek ucha. Ale jednocześnie bałam się jej, bo
już od dawna nie interesuję się historią, bo nie lubię książek
historycznych, bo bałam się przestarzałego języka, że po każdym
wyrazie będę musiała się wspinać, jak po wysokiej górze.
Ale ten krzyk był silniejszy,
uległam... i wpadłam.
Wpadłam do ogromnej studni – 470
stron romansu, osadzonego w XIII wieku. A ja piłam tę książkę
jak wodę – łapczywie i zachłannie.
Rzecz dzieje się niejako na tyłach
zakładu złotnika, Szczepana Brunela. On i jego przeszło
dwadzieścia lat młodsza żona Matylda, wydają właśnie za mąż
swoją najstarszą córkę, piętnastoletnią Florinę. Na wesele
przybywa kuzyn pana młodego – Wilhelm, sprzedawca skór, piękny,
pewny siebie, o magnetycznym spojrzeniu, wysmukłej sylwetce,
inteligentny i jak się okazuje bardzo niebezpieczny. Wilhelm od razu
zwraca uwagę na Florinę, zakochuje się tak, jak ma to miejsce i
dziś – od tego słynnego pierwszego wejrzenia, mocno,
nieubłaganie, bez żadnych skrupułów i jedyne, co w jego głowie
zaczyna istnieć, to obraz wyimaginowanej, nagiej Floriny. Za to jego
wzrokiem rozbiera Matylda, ugodzona urodą mężczyzny w samo serce.
A raczej w sam środek niespokojnego, niezaspokojonego ciała. Szymon
bowiem, z racji wieku najpewniej, stracił swoje siły witalne i jest
impotentem i po tym, jak Matylda urodziła sześcioro dzieci, nie
potrafi dać jej już rozkoszy. A młoda kobieta dopiero teraz
rozkwita naprawdę, przyzywa mężczyznę całym swoim ciałem, wabi
sokami i nie może powstrzymać pożądliwych spojrzeń, które
biegną w stronę młodego kupca.
A to tylko początek, tylko pierwsze
wersy, tylko ten punkt, od którego zmienia się życie każdej
postaci w tej książce. Zaczyna się niewinnie, na policzkach
Floriny wstydliwy rumieniec, a dłoń schowana bezpiecznie w dłoni
nowego męża. I nikt nie wie, że przyszłość jest zaczadzona
ludzkimi żądzami, chuciami, pragnieniami, które niekiedy potrafią
zatrzymać ludzkie serce.
Ta książka cechuje się ogromnym
przepychem słownym, skrzy się szczegółami, snuje piękną
historię o tym, co było kiedyś – opowiada strojne szaty, zdobną
biżuterię, przywołuje święta, które są pretekstem do zabawy.
Obrazuje doskonale dwoistość średniowiecza – wtedy, gdy podczas
uczty jedną ręką trzymało się kielich wypełniony po brzegi
winem, a druga już żegnała się nabożnie podczas mszy, trzymając
między palcami perłowy różaniec. To nieustanny taniec między
sacrum i profanum. Bo z jednej strony jest majowe święto, podczas
którego kobiety wybierają sobie narzeczonych „na niby” i
zobowiązują ich do wypełniania swoich żądań przez cały miesiąc
maj, który jest nieustanną fetą i miesiącem pozorów. Ale zaraz
ktoś szykuje się na pielgrzymkę, by przebłagać Boga, który być
może obraził się za te uczty, za te pokątne romanse i rzucił na
kogoś jakiś czar niemocy.
Ale to powieść przede wszystkim o
człowieku – kolejny raz sprawdza się teza o niezmienności natury
ludzkiej. Tak samo jak dziś, tak i wtedy, człowiekiem targały
namiętności, był słaby i poddawał się podmuchom wiatru – gdy
zawiał w stronę miłości, zawsze szło się wraz z nim. Tak samo w
średniowieczu jak i dziś szlak człowieka znaczą intrygi i
skandale, a wszystkie podyktowane są chęcią, by ktoś nas kochał.
Być może tamte kobiety znały więcej różnych nabożeństw, niż
te dzisiejsze, ale tak samo chciały się podobać i tak samo oczy
świeciły im się do złotych ozdób. Być może częściej klękały,
ale tak samo jak i dziś, lubiły to czynić także po to, by oddać
się mężczyźnie. Bourin bezwstydnie zdziera z nich szaty –
zagląda im do sypialni, do kuchni, do kościoła. Zakrada się
wszędzie tam, gdzie jest człowiek i portretuje go z ukrycia, by
pokazać prawdę o nim.
Ale także, by czytelnika zabawić i
dać mu doskonałą rozrywkę. Bo ta książka jest po prostu dobrym
czytadłem, ma miłość, śmierć, zdradę, winę i karę –
wszystko to, co sprawia, że trudno oderwać się od lektury. I czyta
się to jak złoto, za plecami złotnika, który nieświadomy jest
tajemnic, jakie tkwią między udami i w głowach jego kobiet.
[Książkę otrzymałam dzięki
uprzejmości wydawnictwa Noir Sur Blanc]
Świetny tekst! Też czytałam (a potem opisywałam) tę powieść - bardzo wciągająca historia osadzona w mojej ulubionej epoce, przydałoby się więcej takich! ;)
OdpowiedzUsuńTo prawda, że przydałoby się więcej tekstów, w których historię łyka się jakby mimochodem, przemycaną w samym środku pasjonującej historii!
UsuńWitaj,lubię takie książki i ona także chodzi za mną i nawołuje,tylko portfel obrał sobie inny front i tak im jakoś nie po drodze.Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńGdy portfel już się w końcu otworzy - warto! A może biblioteka dysponuje?
Usuń