RUTH
OZEKI
„W
POSZUKIWANIU ISTOTY CZASU”
(TŁ.
AGNIESZKA WALULIK)
W.A.B,
WARSZAWA 2014
GRUPA
WYDAWNICZA FOKSAL
Ruth spaceruje brzegiem morza. To spacer niespieszny i nie zapowiadający żadnych zmian, żadnych wzruszeń, czy niespodzianek. Widzi w wodzie jakiś błysk światła. Ma odejść, ale coś ją powstrzymuje i już trampek rozgarnia narosłe kępy wodorostów. To torebka do mrożenia jedzenia. Pewnie w środku są jakieś resztki kurczaka, albo innego lunchu. Ruth zabiera torebkę do domu, żeby ją wyrzucić. Kładzie ją przed drzwiami, ale dociekliwy Oliver chce ją rozerwać i zobaczyć, co jest w środku. Na stole kuchennym leży więc teraz plastikowa torebka, cała w pąklach. Ze środka, z jej rozprutego wnętrza wypada zegarek, jakieś stare, trochę pożółkłe listy i książka – „À la recherche du temps perdu”… „W poszukiwaniu straconego czasu” – po francusku. „Spodziewała się postarzałego tomu zadrukowanego staromodną czcionką, więc fioletowe litery nabazgrane na pierwszej stronie nastoletnią dłonią wzięły ją całkowicie z zaskoczenia.” [s.21]
Fioletowe
pismo to w większości język angielski, z rozrzuconymi
gdzieniegdzie japońskimi znakami. Litery powykręcane, niosące
ogromny ładunek emocjonalny, wyczuwalny nie tylko na poziomie słów,
ale już w samym sposobie, w jaki żelowy długopis biegł po
papierze.
„Cześć!
Nazywam się Nao i jestem istotą czasu. (…) Jesteś moim typem
istoty czasu i razem będziemy czynić magię!: [s.8-9] – tak
zaczyna się dziennik. Dziewczyna
po drugiej stronie kartki siedzi właśnie w jednej z głośnych,
szalonych, przepełnionych dzielnic Tokio, w barze, gdzie kelnerki są
przebrane
za francuskie pokojówki i zaczyna pisać nie tyle wspomnienia, co
historię życia swojej prababki. Jej kochana Jiko, jak ją nazywa,
ma 104 lata, choć nikt tak naprawdę nie wie do końca, ile już
żyje na świecie, ma ogoloną głowę, mieszka w świątyni i jest
mniszką. Ślubowała odkupienie wszystkich istot, więc jej życie
polega na modlitwach – jest wiele, wiele dusz do odkupienia. Nao
postanawia, że opowie historię Jiko,
by złożyć jej hołd.
Nie
wiadomo, jak szczelnie zapakowany worek dotarł na kanadyjską wyspę
– Ruth obstaje przy wersji,
że to tsunami ukradło dziennik i wyrzuciło go na jej brzeg, w jej
dłonie. Tylko dlaczego jest tak dobrze zapakowany? I dlaczego trafił
właśnie do niej, do Japonki, zamieszkującej kanadyjską wyspę,
która będzie umiała odczytać nieliczne japońskie znaki i która
nie porzuci opakowanej w Prousta historii, bo będzie chciała
dowiedzieć się, co się stało z Nao? Będzie chciała sprawdzić,
czy młoda dziewczyna, która kiedyś mieszkała w Ameryce, której
ojciec został zwolniony z pracy, zapakował rodzinę i wrócił do
Tokio, a teraz chce popełnić samobójstwo wciąż istnieje? Czy
może ona też rzuciła się pod tokijskie metro albo powiesiła się
w lesie samobójców? Czy adaptowała się do japońskiej ziemi,
która dławi się nią i chce ją wypluć za wszelką cenę,
stawiając na jej drodze okrutnych kolegów z klasy, którzy nękają
Nao i urządzają jej fikcyjny pogrzeb?
Ruth
nie umie wytłumaczyć, co ją tak pcha do tego dziennika, ale wie
tylko, że przeczytała tam, że to właśnie dla niej jest ten
dziennik – zapis ostatnich chwil Nao na ziemi i pean na cześć
Jiko.
Szukałam jakiegoś słowa, tego jednego najważniejszego, o które mogłabym zaczepić tę recenzję i rozwinąć.
Po
głowie chodzą mi takie na Z: „zaskoczenie”, „zachwyt”,
„zakochanie”... Dawno nie czytałam tak dobrej, tak pełnej, tak
przemyślanej książki. Dawno nie poddałam się żadnej treści tak
mocno, tak bez odbierania bodźców ze świata zewnętrznego.
Jakiekolwiek uczucie sobie wymyślę – ono jest w tej książce –
jest ból, fizyczny, gdy otwierają się rany zadane cyrklem albo
placki po wyrwanych włosach i psychiczny, bo mocno boli zraniona
miłość własna; jest tęsknota, bo Nao tęskni za tak wieloma
rzeczami, że aż wysypują się z książki – za Ameryką, za
przyjaciółmi, za ojcem z czasów,
gdy co dzień ubierał czysty garnitur i szedł do pracy, za Jiko, z
którą chciałaby mieszkać w świątyni, za byciem
zrozumianą, szanowaną, kochaną;
jest miłość – kobiety do mężczyzny, ojca do dziecka, wnuczki
do prababki; jest strach, bo Nao się boi o siebie samą, choć
udaje, że z siebie zrezygnowała, a Ruth boi się o nią bez żadnego
udawania; jest zachwyt, bo buddyjska mniszka potrafi zachwycić się
każdym momentem życia; jest ufność, bo trzeba mieć zawsze kogoś,
komu się ufa – nawet w sytuacji, gdy wydaje
się, że nie ma nikogo; jest szczęście, bo gdy własna babka myje
ci plecy, można je poczuć; jest duma, bo czasem jest się jedyną
osobą, którą odwiedza duch dziadka, pilota kamikadze, który oddał
życie z ojczyznę i jest rezygnacja, bo po prostu zdecydowało się
przerwać swoje oddychanie i teraz pisze się list pożegnalny do
nieznajomego w zeszycie zrobionym z okładki po „W poszukiwaniu
straconego czasu”...
Ciężko
mi o tej książce pisać, mam wrażenie, że każde moje słowo ją
spłyca. Dlatego nic już nie powiem i otworzę tę książkę przed
Tobą – ona już sama wie, jak czynić magię...
[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B]
Mnie zachwyciła okładka i... spot promujący tę książkę, w której gra sama autorka. Na lekturę jeszcze poczekam, ale jak trafi już pewnego dnia w moją dłoń - coś czytelniczym nosem czuję, że może mi się spodobać :)
OdpowiedzUsuń