poniedziałek, 14 czerwca 2010

„TEORETYZM MAŁŻONKOWY”


ELIZABETH GILBERT
„I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ… CZYLI LOVE STORY”
(TŁ. MARTA JABŁOŃSKA-MARCZAK)
REBIS, POZNAŃ 2010 

Po tę książkę sięgnęłam nieprzypadkiem. Czytałam „Jedz, módl się i kochaj”, określane jako pierwsza część, i byłam pod wielkim urokiem tej książki. Teraz jestem pod wielkim wrażeniem!
Dla mnie to nie jest żadna druga część. To zupełnie nowa książka, zupełnie o czym innym. „Jedz…” było o podróży Elizabeth do Włoch, Indii i Indonezji. O tym, jak po wielkim hucznym rozwodzie musiała znaleźć siebie i wyruszyła w świat, żeby siebie odnaleźć. Fakt, że spotkała Felipe podczas tej podróży nie oznacza dla mnie, iż „I że cię nie opuszczę…” to druga część. To bardziej chwyt marketingowy.
Bo ta oryginalna skądinąd love story jest o lęku. Zwykle jest tak, że gdy księżniczka spotyka księcia, to marzy o tym, by go poślubić. Suknia, welon, kwiaty, rodzina… A potem wspólne życie w małym, albo dużym zamku. No chyba, że księżniczka ma za sobą rozwód, a książę też w przeszłości rozstał się z inna księżniczką. I chyba, że księżniczka obiecywała komuś „na wieki”, a po rozpadzie związku przestała w tę formułkę wierzyć. Taka właśnie jest historia księżniczki Elizabeth. Strach. Lęk. Niechęć. Od początku w jej związku z Felipe – Brazylijczykiem poznanym na Bali, dużo starszym od niej, z dwójką dorosłych dzieci – jedno jest jasne: żadnego ślubu. „Ona i on dla siebie zwariowali, połykali konwenanse, co mówił im ksiądz” (Pidżama Porno). Żyli szczęśliwie, mieszkali w Stanach, Felipe co 3 miesiące wyjeżdżał na parę dni, żeby odnowić wizę. Okazało się to działaniem nielegalnym i został aresztowany na lotnisku i przygotowany do deportacji. Miły celnik poradził Elizabeth, żeby wyszła za Felipe, a wtedy wszystko już będzie dobrze. Jak w bajce.
Tylko, że Elizabeth bardzo bardzo nie chciała.
I dlatego napisała książkę. Książkę – oswajacz. Książkę – terapię. Książkę – analizę. Postanowiła się dowiedzieć jak najwięcej – w myśl zasady, że im lepiej poznasz wroga, tym mniej niebezpieczny się okaże. I to prawda. Elizabeth bada małżeństwo na wszystkie możliwe i dostępne jej sposoby. Wypytuje przyjaciółki, wypytuje nieznajomych, czyta stosy książek i prac naukowych. Węszy i szuka dla siebie miejsca. 
Czytałam tę jej książkę z zapartym tchem. Trochę tu psychologii, czasem taniej, trochę antropologii, trochę historii, a trochę życia. Czytałam i myślałam, analizowałam. Jako małżonka z niemal dwuletnim stażem pochłaniałam wiedzę o sobie samej i o moim mężu. „Teoretyzm małżonkowy” przyswajałam. I naprawdę momentami ta książka zwalała mnie z nóg, sprawiała, że zaczynałam na wszystko patrzeć inaczej. Na to dlaczego czasem się nie udaje, a czasem się udaje. Na to dlaczego sama ceremonia ślubna jest tak ważna. Na to, jaką rolę w małżeństwie odgrywa mężczyzna, a jaką kobieta. 
Choćby to:

„(…)miłość o g r a n i c z a niemal z samej definicji. Miłość zawęża. Ogromnemu uniesieniu, jakie odczuwamy, kiedy się zakochujemy, odpowiadają jedynie tak wielkie ograniczenia, jakie w sposób nieunikniony następują potem. Mój związek w Felipe opiera się na wielkiej wyrozumiałości, ale nie dajcie się zwieść: roszczę sobie nieograniczone prawa do tego mężczyzny i dlatego odgrodziłam go od reszty świata. Jego energia (seksualna, emocjonalna, twórcza) należy przede wszystkim do mnie, do nikogo więcej… już nawet nie całkiem do niego samego. Mnie jest winien informację, wyjaśnienia, wierność, stałość, a także różne szczegóły z bardziej przyziemnych aspektów życia. Nie chodzi o to, że nałożyłam mu obrożę z nadajnikiem, ale nie miejcie złudzeń… teraz on należy do mnie. A ja należę do niego, dokładnie w tym samym stopniu.” [s.281-282]

Niby takie oczywiste, a jednak poruszyło mnie to.
Albo:

„Małżeństwo staje się ciężką pracą, kiedy całe szczęście, jakiego oczekujemy od życia, składamy w ręce zaledwie jednej osoby. Dopilnowanie, by to funkcjonowało, jest ciężką pracą.” [s.73]

Nie tylko sam słodzik i lukier. Prawda kobiety, która ma stanąć na ślubnym kobiercu i zastanawia się po co, dlaczego, dla kogo to robi? Zastanawia się co czyni, co to dla niej oznacza, czy dzięki temu coś zyskuje, czy wręcz przeciwnie, jakie drzwi to przed nią otworzy…
Polecałabym każdemu na prezent przed-ślubny. Do przemyślenia w jakim sensie wychodzę za mąż/ żenię się. 
Ja umocniłam się w paru moich przekonaniach, inne rzeczy odkryłam. Dobra lektura, do czytania wolno, myśląco…


Moja ocena: 5,5/6

3 komentarze:

  1. A ja się ciągle boję po nią sięgnąć. Uwielbiam "Jedz, módl się, kochaj", ale strasznie nie lubię romansów i obawiam się, że takiej dawki rozprawiania o uczuciach nie zdzierżę. No i jeszcze ten tytuł... :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko, a u mnie pierwsza część tyyyyle czasu na półce stoi!!!
    Czas chyba to zmienić, i ta podróż do Włoch w książce kusi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie czytam "Jedz, módl się, kochaj".
    Część we Włoszech świetna,teraz zaczęłam czytać Indie.

    OdpowiedzUsuń