poniedziałek, 31 stycznia 2011

OPOWIEŚCI ZMARŁYCH


BELINDA BAUER
„SZCZĄTKI”
(TŁ. AGNIESZKA BARBARA CIEPŁOWSKA)
PRÓŚZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2010

Gdy przeczytałam opis tej książki to od razu wiedziałam, że chcę ją poznać. 
Steven ma dwanaście lat. Steven ma mamę, babcię i brata – ale to tylko pozory. Babcię i mamę stracił wiele, wiele lat przed swoim narodzeniem. A było to tak. Billy – syn babki, wujek Stevena, gdy był chłopcem wyszedł z domu. W swoim pokoju budował właśnie stację kosmiczną z klocków lego. Zaszedł do sklepu, kupił sobie drażetki czekoladowe…i zniknął. Od tego czasu, kilkanaście już lat, babka siedzi w oknie i czeka na syna. 
Jakiś czas później Arnold Avery zostaje aresztowany za molestowanie i zabójstwo kilku dzieci. Co prawda nie przyznaje się do tego, że zamordował Billy’ego, ale wszystko na to wskazuje. Babka jednak nie chce uwierzyć w stratę – wbrew rozsądkowi, wbrew faktom wygląda przez okno i czeka. I w pewien sposób niszczy rodzinę, która została. Niszczy córkę, która zostaje samotną matką, niszczy wnuka, który zbyt mało przypomina Billy’ego… Więc Steven postanawia zasłużyć na jej miłość i uwagę. Przekopuje metodycznie, od trzech lat, odkąd dowiedział się o losie swojego wujka, Park Narodowy Exmoor, gdzie znaleziono zwłoki pozostałych dzieci. Dołek przy dołku. Jedno zgrzytnięcie łopaty obok drugiego. Rozmiękłe kanapki i pot lejący się po plecach. Wszystko po to, by odnaleźć zwłoki i sprawić, by babcia odwróciła spojrzenie od okna i dostrzegła jego oczy.
„Szczątki” to dla mnie tytuł wieloznaczny. To nie tylko zwłoki których poszukuje mały chłopiec. To także kawałki rodziny – poobijanej o tragedię sprzed lat, rozsypanej, niespójnej. To też resztki kobiety, jaką dawniej była babka, od tamtego czasu nazywana przez wszystkich nie inaczej, jak „biedna pani Peters”. Resztki kobiety, jaką była kiedyś córka – dziewczyna żyjąca najpierw w cieniu brata, a potem w cieniu jego zniknięcia, dokonująca złych wyborów trochę na przekór, a trochę dlatego, że nie ma jej kto prowadzić. To pozostałości bezpiecznego miejsca – Steven zastanawia się po jak wielkiej ilości kości, zakopanych i zapomnianych chodzi cała ludzkość.
Akcja powieści toczy się dwutorowo – jedne myśli należą do Stevena, a drugie do Arnolda Averego – bezwzględnego, bezdusznego monstrum, siedzącego od 18 lat za kratkami. Od 18 lat robi wszystko by wyjść na wolność za dwa lata - uczestniczy we wszystkich programach terapeutycznych, w kursach i zajęciach, nie skarży się, czeka. Czeka, by zamknęły się za nim ciężkie drzwi, a on znów ruszy na łowy…
I obydwa tory muszą zaprowadzić w jedno miejsce – do Parku Narodowego Exmoor. 
Książkę przeczytałam właściwie w jeden dzień. Pisana wartkim językiem, czyta się sama, wciąga. W ostatnich chwilach zaciskałam bezwiednie dłonie na kocu. Bałam się. 
Ale zakończenie przyszło zbyt nagle, zbyt łatwo rozplątały się wątki, zbyt gładko przeszło do uśmiechu. Zaskoczyło mnie to i pozostawiło niedosyt, niedomrok. 

Moja ocena: 4,5/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]

2 komentarze:

  1. Barbaro - to taki mój neologizm - chodzi o to, że ta książka cała była taka ponura, mroczna, że więzy w tej rodzinie były nadwątlone i kruche, że wszytsko szło na opak, a tak szybko na końcu każdy zakamarek oświetliło słońce, każdy element wskoczył na właściwie miejsce, naprawiło się... I o to mi chodziło, że to jakoś tak...oślepił mnie ten blask, za bardzo.
    Pozdrawiam również :-)))

    OdpowiedzUsuń