Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 15 (POWROTY...)

Jakiś czas temu moje nowa siostra* poprosiła mnie o pomoc w wyborze wiersza na zaproszenie ślubne. Pestka! Betka! Bułka z masłem! W mojej głowie przecież są tony wierszy... W moim sercu jest ich tysiące! Mam poezję na półkach. Mam poezję w zeszytach. Czasem mam nawet poezję na bilecie autobusowym... Zasiadłam. Przysiadłam. Usiadłam.
I poczułam pocące się ręce. Przełknęłam ślinę. A w głowie odnalazłam tylko pustkę...
Bo co, jeśli im się nie spodoba? Bo tak naprawdę nigdy o poezji nie mówiliśmy i nie wiem, co czytają... Bo co, jeśli goście nie zrozumieją i pomyślą, że to wiersz o przeprowadzce, odejściu na emeryturę albo podziękowania, a nie o miłości? Z głowy wyfrunęły ukochane nazwiska. A każdy wiersz, który pukał mi w oczy wydawał się blady i nieodpowiedni. Rzuciłam się, by wertować tomiki, wycinki z gazet, sieć...
Znalazłam kilka takich, co mnie poruszyły. I wahałam się, które wysłać w wirtualnej kopercie, jako propozycje. W końcu i tak na zaproszenia wskoczył wiersz, który przyszedł w ostatniej chwili, tuż przed drukiem i nie ode mnie, tylko z nieba. Gdy rozmawiałam z nową siostrą, usłyszałam, że wiersze przychodzą same, że trzeba tylko na nie poczekać. Myślę o tym teraz, dzisiejszy dzień cały, bo przy okazji eksploracji szerokiego terenu wierszomiłosnego natknęłam się na piękne frazy pod takim tytułem, który mnie do nich doprowadził.

Anna Kamieńska Małżeństwo

Że tak im było dane
zestarzeć się jak świątkom przy drodze
tak samo spróchniali
tak samo
poorani mrozem i zawieją

Że tak im dozwolono
iść serce w serce
biodro w biodro
zmarszczka w zmarszczkę

Że tak im darowano
istnieć w sobie podwójnie
i milczeć wzajemnie

Że tak im dopuszczono
by nawet w sen wchodzili razem
on ją obejmował na poduszce
by o kamień snu nie zraniła stopy

Że tak ich wysłuchano
aby to on
czerwone jabłko niósł jej do szpitala
i ukląkł w jej ostatniej łzie

Czytam ten wiersz kilka razy – tak z pięć pod rząd – za każdym razem. I patrzę na włos mojego Męża, który zaplątał się w zamek mojej bluzy, patrzę na nadgryzione jego zębami jabłko, patrzę na jakieś zapiski, które zrobił na kawałku mojego zeszytu, a ja nie umiem ich odczytać, patrzę na książkę, którą czyta, a która leży po jego stronie łóżka... I chciałabym tak zawsze i chciałabym tak co dzień... I jedna bolesna refleksja wbija się małymi szpileczkami pod paznokcie: skoro jedyne, czego tak naprawdę pragniemy to codzienność, czemu tak rzadko spełniają się marzenia? Bo codzienność – wbrew pozorom – jest najtrudniejsza! Łatwiej unosić się na uniesieniach, niż kroić chleb niezaostrzonym nożem. A on się tępi, po milionowej kromce już nie kroi tak, jak kiedyś. I żeby tylko wtedy umieć zaśpiewać „bo chodzi o to, by od siebie nie upaść za daleko, nawet jeśli między nami wykipi mleko”**. I żeby umieć podzielić się tym chlebem inaczej – rozerwać, rozgryźć, albo częstować się nawzajem, naprzemiennie, jednym wspólnym bochenkiem... aż do tego najostatniejszego okruszka.


* która dostanie papierek na siostrzaność 7 września – tego dnia wyjdzie za mojego Brata

** Strachy na lachy „Dzień dobry kocham cię” - a fragment tego tekstu był na Naszych zaproszeniach ślubnych...

piątek, 5 lipca 2013

URODZINY DAMY W.

JIMMY LIAO
„JAK BAWI SIĘ Z NAMI MIŁOŚĆ”
(TŁ. KRZYSZTOF LIPIŃSKI)
MIREKI, 2004

Ja wiem, że były trzy dni temu. Wiem, że Google zrobiło wymowną grafikę na jej cześć. Ale imprezę zawsze urządza się w piątek lub sobotę, żeby następnego dnia odpocząć i w poniedziałek wyrobić znów 120 % normy w fabryce zwanej życiem. Więc urządzam Damie W. nietypowe urodziny i tropię ją w książce Jimmiego Liao.
Pokochałam go już wcześniej za „Księżyc zapomniał”, a serce po wsze czasy oddałam mu za „Dźwięki kolorów”. Z radością dowiedziałam się, że w Polce wyszła jeszcze „Jak bawi się z nami miłość”. I po raz kolejny Liao uśmiecha się i dworsko kłania Szymborskiej (w „Dźwiękach kolorów” jest motto z Szymborskiej, z „Wielkiego szczęścia”). Bo ta opowieść graficzna jest inspirowana jej „Miłością od pierwszego wejrzenia”.
To wariacja, bo trochę inaczej mówi, niż mistrzyni. Ale jest trochę o tym samym. O tym, że dwoje ludzi depcze sobie po piętach. Że jedno stoi po lewej, a drugie po prawej, ale każde patrzy w różnym kierunku. I nigdy się nie widzą. Że depczą po tych samych drogach, ale piasek zbyt szybko zasypuje ślady stóp i nie mogą się wytropić. Obydwoje zadeptują dywany w swoim pokoju w wędrówkach od duszy do okna – bo są nieszczęśliwy w swoich życiach. Brakuje im czegoś i żadne z nich jeszcze nie wie, że brakuje tego drugiego. Które jest tuż...
I pewnego dnia Los może, czy Przypadek, albo Przeznaczenie, w końcu się lituje – pozwala im spojrzeć na siebie. I spędzić piękne popołudnie razem.
I jest też kartka z numerem telefonu – jedno daje drugiemu, drugie daje jednemu.
I znów ten sam Los czy Przypadek czy Przeznaczenie, drwi w żywe oczy, zamazuje numer telefonu na jednej i drugiej kartce – deszczem.
Odtąd i jedno i drugie czeka obok niepodniesionej słuchawki telefonu...
Znów mijają się na tych samych stacjach metra i znów patrzą nie w tę stronę co trzeba.
I gdy już z żalu i beznadziei każde pakuje swój dom do walizki i idzie szukać szczęścia gdzie indziej – nagle jest, ta miłość od pierwszego wejrzenia, co się postanowiła odnaleźć...
Zabawa człowiekiem, który malutki jest – tak samo jak u Szymborskiej.
Te za/światy, które z niego drwią, które w jesienny dzień postanawiają trochę się pobawić ludźmi-ludzikami, poprzestawiać je trochę, postawić na swojej drodze albo zdmuchnąć – tak samo jak u Szymborskiej.
Ale ta miłość do nieporadnego człowieka, do jego słabości, do nieperfekjonizmu – to też jak u Szymborskiej.
I to przymrużenie oka...
Rysunki w „Jak bawi się z nami miłość” są płytsze, są prostsze, są mniej niepokojące i mniej absorbujące, niż w pozostałych dwóch pozycjach. Choć czasem spogląda na nas wielki królik, a w windzie widać dziwne stwory, które poruszają mechanizmem.
I tak pięknie najpierw się jeździ na karuzeli, a potem się trochę zapomina i ona zarasta trawą....










WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO WIELKA PANI W. - GDZIEKOLWIEK PANI TERAZ MIESZKA...

niedziela, 15 kwietnia 2012

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 14

Dziwię się. Nieustannie. Zadziwia mnie niesamowitość słów. To, jak mogą być czyste i jednocześnie znaczące. To, jak bardzo mogą mnie nakarmić. Dziwię się chmurze, ułożonej w kształt waniliowego loda. Dziwię się smakowi mięty, który pozostawia na języku wypity przed chwilą koktajl. Dziwię się spotkaniu autorskiemu z Małgosią Wardą – temu, jak jest piękna, jak bardzo szczera, jak mocno potrafi się otworzyć, zaufać publiczności, oddać im swoje prawdziwe myśli. I do tego wyglądać, jakby przyszła z samego środka lata, podczas gdy ja szłam w deszczu i mam zachlapane całe okulary. Dziwię się zdaniu oznajmującemu, które słyszę z ust Przyjaciółki. Dziwię się, że zwykłe słowa, ułożone w określony ciąg, mogą tak bardzo mnie uszczęśliwić (dziwię się też czasami, jak mogą boleć, ale dziś jest mi tylko dobrze i świat przyjmuję na tak, więc nie będę myśleć o słowach-kolcach, co zostawiają rany zamiast głaskać). Dziwię się, że tak bardzo chciałabym teraz skakać do chmur. I dziwię się, jak można być szczęśliwym, gdy ktoś, kogo się kocha, zaznaje szczęścia. Dziwię się książkom (patrz „30 dni z książkami – książka, która cię kompletnie zaskoczyła). Dziwię się jak bardzo brakowało mi mojej Mowy Zaczarowanej. I jak wiele razy siadałam tu, żeby coś napisać, a potem kasowałam kilkanaście linijek, bo nie takie. A dziś jeszcze dziwię się Jonaszowi Kofcie. Jego romansowi ze słowem, temu, jak wiernopoddańczo schyla przed nim głowę polszczyzna. Jak skomlą wyrazy, żeby je wybrał do swoich wierszy. Dziwię się temu i zachwycam tym. Tym, jak w lekkich, zabawnych piosenkach opowiada tragizm ludzkości i wielką nieszczęśliwą miłość. Albo tę całkiem szczęśliwą, którą tak naprawdę jeszcze trudniej opowiedzieć, bo łatwo popaść w banał, napisać, to, co setki przed nami. Nie chcę nigdy przestać się dziwić. Chcę wychodzić na powietrze i dziwić się, że jest gazem, a tak słodko pachnie. Chcę spotykać się z dawno niewidzianą Przyjaciółką i słuchać jej świata, a potem dziwić się, że tak szybko przemijają godziny, gdy jesteśmy razem. Chcę poznawać nowych ludzi i dziwić się, że do tej pory nie było mi ich w życiu brak. Chcę co dzień kłaść się do łóżka obok Niego i dziwić się, że wciąż tak bardzo czekam na poranek, żeby móc się obudzić i powiedzieć mu „Dzień dobry”, że tak bardzo szkoda mi tracić tych godzin, w których śpię, na niewidzenie Go. Chcę dostawać listy od internetowych Przyjaciół (Aniu, jak ucieszyłam się Twoim mailem, w pośpiechu, znad naleśników!!!!) i dziwić się, że czasem odległość nie ma znaczenia, bo wydaje się, jakby byli obok. Chcę dziwić się nowym miejscom. Chce dziwić się światu. Żeby wciąż żyć, bo bez tego, traci się oddychanie. 

Jonasz Kofta „Kiedy się dziwić przestanę...”
Kiedy się dziwić przestanę 
Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień
Swe ostatnie, niemądre pytanie 
Nie zadane, w połowie przerwę 
Będę znała na wszystko odpowiedź 
Ubożuchna rozsądkiem maleńkim 
Czasem tylko popłaczę sobie 
Łzami tkliwej i głupiej piosenki
By za chwilę wszystko zapomnieć 
Kiedy się dziwić przestanę 
Kiedy się dziwić przestanę 
Będzie po mnie 

Kiedy się dziwić przestanę
Zgubię śpiewy podziemnych strumieni
Umrze we mnie co nienazwane 
Co mi oczy jak róże płomieni 
Dni jednakim rytmem pobiegną 
Znieczulone, rozsądne, żałosne 
Tylko życia straszliwe piękno 
Mnie ominie nieśmiałą wiosną 
Za daleko jej będzie do mnie 
Kiedy się dziwić przestanę 
Kiedy się dziwić przestanę 
Będzie po mnie 

Kiedy się dziwić przestanę
Lżej mi będzie i łatwiej bez tego
Ścisną szczęścia i bóle wyśmiane 
Bo nie spytam już nigdy - dlaczego? 
Błogi spokój wyrówna mi tętno 
Gdy się życia na pamięć 
Wiosny czułej bolesne piękno
Pożyczoną poezją zakłamię 
I nic we mnie i nic koło mnie 
Kiedy się dziwić przestanę 
Kiedy się dziwić przestanę 

Będzie po mnie  


niedziela, 15 stycznia 2012

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 13 – SPONSOROWANY

Biblia jest przepełniona poezją…. Czasem to poezja krwawa, czasem filozoficzna, czasem miłosna. Mam dwa ukochane fragmenty. A dziś o jednym i z zupełnie nieoczekiwanego powodu.
„Pieśń nad pieśniami” – wiadomo, to o Jezusie i Kościele, każdy, kto choć raz był na lekcji religii wie… Ale, gdy sięgam po te strofy – wybaczcie – jestem największą poganką na ziemi! To dla mnie tak zmysłowy, tak mocno sensualny utwór, że nie mogę go w żaden sposób odnosić do Ojca w niebiesiech (pomijam to drażliwy temat wiary/niewiary). 
To wiersz tak wielki, tak mocno miłosny, że gdy go czytam, czuję w palcach przewracających strony książki pulsujące serce. Biegnące do drugiego serca. Czuję zapach włosów, potu, śliny. Czuję rozgrzane latem gorąco, ziemię, na której leżą kochankowie….
A najbardziej lubię, gdy „Pieśń nad pieśniami” melorecytuje Michał Żebrowski.
I tu zaczyna się część sponsorowana :-)  Bo tu zaczyna się powiązanie poezji, Żebrowskiego, konkursu i prywaty :-)

Biblia Gdańska - Pieśń nad Pieśniami 
Rozdział 7 ( 1 - 11 )
1 O jako piękne są nogi twoje w trzewikach, o córko książęca! Opasania biódr twoich są jako zawieszenia, ręką dobrego rzemieślnika urobione.
2 Pępek twój jako czasza okrągła, która nie jest bez napoju; brzuch twój jest jako bróg pszenicy osadzony lilijami.
3 Obie piersi twoje są jako dwoje bliźniąt młodych sarniąt.
4 Szyja twoja jako wieża z kości słoniowych; oczy twoje jako sadzawki w Hesebon podle bramy Batrabim; nos twój jako wieża na Libanie, która patrzy ku Damaszkowi.
5 Głowa twoja na tobie jako Karmel, a włosy głowy twojej jako szarłat
6 Król widząc cię byłby jako przywiązany na gankach swoich.
7 O jakożeś piękna, i jako wdzięczna, o miłości przerozkoszna!
8 Ten twój wzrost podobny jest palmie, a piersi twoje gronom.
9 Rzekłem: Wstąpię na palmę, dosięgnę wierzchów jej. Niechajże mi tedy będą piersi twoje jako grona winne, a wonność nozdrzy twoich jako jabłek wonnych;
10 A usta twoje jako wino wyborne, które na prost bardzo mile płynie i sprawuje, że mówią wargi śpiących.
11 Jam jest miłego mego, a do mnie jest żądza jego.



Wcale a wcale nie miałam zamiaru zgłaszać siebie i Kafki znad morza na salony konkursowe. I wcale a wcale nie liczę/nie myślę/nie marzę o nagrodzie. Towarzystwo i rozmach, z jakim przygotowany jest ten konkurs, nie pozwalają mi na to. Ale zdecydowałam się na z jednego, jedynego powodu (no z dwóch, bo drugi jest taki, że Mąż obiecał, iż wyśle sms z głosem na mojego bloga) – jurorem w kategorii KULTURA, w której startuję, jest Michał Żebrowski. A ja go niesamowicie cenię. Za kulturę właśnie. Za „Pręgi”. Za „Małego księcia” i „Baśnie” Andersena w wersji audio. Za Teatr 6.Piętro, choć niestety nigdy nie miałam okazji (jeszcze!) w nim być. I nie będę ukrywać mojej fascynacji jego cudownym głosem, bo jaki sens ma takie ukrywanie? Głos ma kołysankowy, mruczliwy i prze-romantyczny…
Więc Kafka i ja wypełniliśmy zgłoszenie tylko z taką nadzieją, że być może, cudem i trafem, Michał Żebrowski będzie miał okazję tu zajrzeć. 
Chciałabym…

Więc taki mam apel o sms – 7122 o treści E00051 – cel szczytny, bo pieniądze z sms idą na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych. Więc warto choćby z tego powodu…
Warto do 19 stycznia, bo taki termin…

Dziękuję za uwagę :-)

 

czwartek, 22 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. BONUS TRACK

Nie ma niedzieli. 
Ale będzie poezja. 
Bo dzień jest wyjątkowy.
Dziś 10 rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Dziesięć lat go nie ma, a ja patrzę na to ze zdumieniem. Bo pamiętam, jak otwierałam kartony z bombkami, gdy usłyszałam, że już nie jest... Na palcach obliczałam ile miał lat, gdy umarł. Zachłysnęłam się zdziwieniem i miałam ogromne oczy. Przerażone. I słuchałam potem w telewizji piosenek puszczanych częściej niż zwykle. Nie lubię tego. Tego doceniania tuż po śmierci. Tego doceniania na chwilę. Pośmiertnie przyznany order. Cała uwaga skupiona na… A przecież dobre teksty pisał za życia. Teraz, gdy nie ma już ciała, nie może utrzymać w dłoni pióra. Pewnie poniekąd wpiszę się w to moje nie-lubienie. Ale piszę o Ciechowskim z punktu widzenia słuchaczki, która znała go zanim umarł. Która nie kupiła jego płyty dwa dni po śmierci mówiąc „Bo teraz będą drogie” (tak ostatnio usłyszałam o płycie Villas). 
10 lat traktuję jako pretekst. A ‘Bonus track’ jako znicz. Taki, który zapalam dla niego, mówiąc, że cenię go nadal jako artystę. Że nadal ciarki mi chodzą po plecach, gdy pyta „Gdzie wszyscy moi przyjaciele?”. I że zawsze, gdy słyszę „Najpierw Ty, długo, długo nic, tylko Ty – dla Ciebie piszę” – to wcale nie śpiewam tych wersów do mamony, a do Męża. I że większość tekstów na mojej ulubionej płycie Kasi Groniec „Mężczyźni” jest jego - i tak samo ukochany mój utwór Fiolki „Komu ja”…
I jeszcze, jako powód, żeby napisać o moim ulubionym wierszu. Bo może ktoś nie wie, że Ciechowski wydał tomik wierszy. 

Acha, moja szkolna przyjaciółka, kupiła tomik dla swojego chłopaka M.K. Szłyśmy do szkoły, było ciepło. Po drodze czytałyśmy wiersze z tomiku. Komentowałyśmy. Pełne wzburzenia i momentami oszalałe z zachwytu. To M.K. – wielki fan Obywatela GC – uświadomił nam istnienie „Wokół niej”. Nagle ten wiersz. I cisza w nas zapadła, bo do jego zrozumienia trzeba znać angielskiego ciut, ciut… A my nie bardzo wiedziałyśmy, co znaczy tytuł. Zachwycone treścią nie do końca znajdowałyśmy sens. Konsternacja. I wtedy, gdy w słońcu zbiegałyśmy w dół ulicą Norwida, Achę napadło olśnienie – Remote Control to pilot – taki od telewizora na przykład…
Tym wierszem przygotowuję się na Boże Narodzenie. Tym wierszem też wierzę, że – będzie banał! – Grzegorz jest w lepszym świecie. Tym wierszem uśmiecham się i chcę zdmuchiwać dmuchawce, mimo, że już nie będą na powrót kuliste. Tym wierszem wiem, że jestem mała. I że chyba ktoś jednak stworzył ogień. Że Coś jest, a o tym, Co jest można pomyśleć nad brzegiem morza. Tym wierszem zachwycam się – bo jak wielką siłę ma odwrócenie wszystkiego co istnieje i dociekanie początku. Bo „porody do podniecenia” to taka chwila olśnienia, że zapiera dech. Tym wierszem mogę się modlić, w chwilach, gdy potrzebna jest modlitwa. Każdy może – nieważne, czy wierzy. 
Tym wierszem mówię GC „dobranoc”, bo przecież nie powiem „spoczywaj w pokoju”… 

 REMOTE CONTROL
mój oddech zburzył
konstrukcję dmuchawca
nie odbudował go
mój wdech
ON cofa
pożary do zapałki
porody do podniecenia
zabójstwa do rusznikarza
w Jego dłoni
spoczywa pilot
wszechrzeczy


obrazek stąd

poniedziałek, 12 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 11

Niedzielę skradł mi Animation now!, czyli festiwal filmów animowanych (o którym nie omieszkam napisać za czas jakiś), któremu oddałam się w jednej trzeciej – w drugiej trzeciej to było spotkanie z dawno nie widzianym Kimś, a w trzeciej trzeciej pyszne grzane wino w moim ukochanym Factotum.

Niezaprzeczalnym plusem moich poetyckich niedziel jest to, że nagle z nieoczekiwanych stron zaczęły frunąć do mnie wiersze, z jakichś zakamarków dziwnych wypadają słowa, znajomi ślą karteluszki i uderza mnie pisanie na ścianach bloków. Jedną z osób, które podsunęły mi ostatnio wiersz jest Anna - droga moja internetowa bratnia dusza, upoetyczniona, ślicznosłowa, emigrantka, która zawsze niesie mi zapachy i wyobrażenie smaku. Nigdy nie miałam okazji spróbować tego, co Anna pichci, ale często umiem sobie wyobrazić jej smaki. I lubię tam zaglądać, lubię poczytywać rybne kieszonki, chleby, ciasta i makarony, ale najbardziej lubię podczytywać Annę, jej codzienność i zatrzymanie, takie „chwilotrwanie”, ubrane w słowa…
Anna zapytała, czy znam „Drugie 100 wierszy” Emily Dickinson. Nie znam. Nie znałam. Coś jej szepnęło, że mi się spodoba. Zajrzałam na półkę biblioteczną – jest. I zadziwiające, i kocham takie psikusy rzeczywistości, ale ilekroć otwierałam ten tomik, to padało na wiersz na stronie 95, który zaczyna się:

„Wiatr począł miesić Trawę – tak,
Jak się zagniata Ciasto (…)”

A ja za każdym razem się uśmiechałam, bo wyobrażałam sobie umączone ręce Anny, które zagniatają rogaliki… 

Ale nie ten wiersz skradł moje serce. Jest jeden, w którym zakochałam się bez pamięci – i wybaczam nawet Emily, że wszędzie, gdzie tylko może wciska Wielką Literę, nawet tam, gdzie nie ma to najmniejszego sensu. Wybaczam, bo napisała piękny wiersz o miłości, z porównaniami, od których moja szczęka brzękała o podłogę. Rozdziawiałam usta, a tam wlatywała poezja. 

Grudzień jest mało romantycznym miesiącem (do czasu świątecznego, gdy jest romantycznie po brzegi wysokich kołnierzy i po końcówki palców urękawicznionych). Ale w grudniu przyszedł do mnie piękny wiersz o miłości. I trochę dedykuję go Mężowi, przy którym chcę stać do końca życia, a trochę Annie, za to, że mogę ten wiersz podarować ukochanemu (bo jakiekolwiek ma znaczenie, a ja wiem, że niezupełnie takie, jakie mu nadaję - dla mnie jest tylko jedno oczywiste – love, love, love…)

Nabita Strzelba - moje Życie (754)
(przekład – mistrz przekładów Stanisław Barańczak)


Nabita Strzelba - moje Życie - 
Stała w kącie - aż obok
Przeszedł Właściciel - Broń rozpoznał -
I zabrał Mnie ze sobą - 

 I dziś przez Suwerenne Bory
Ścigamy Łanie płowe -
Czasem odezwę się do Niego -
I łańcuch Gór - odpowie -

 Gdy się uśmiechnę, błysk tak ciepły
Dolinę wzdłuż przewierca -
Jakby przez twarz Wezuwiusza
Rozkosz przebiła szczersza -

A w Nocy - gdy po Dniu udanym 
Czuwam przy Pana Głowie -
Niczym są przy Poduszce Głazu
Puchy Edredonowe -

Wróg Jego - we mnie ma pogromcę -
I nie może ocaleć
Ten, na kim spocznie Żółte Oko -
Albo - z naciskiem - Palec-

Choć mogę dłużej żyć - niż On-
On odejść przede mną się wzbrania:
Jest we mnie uśmiercania moc,
A nie - moc umierania -

niedziela, 4 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 10

Kiedy miałam –naście lat na mojej ścianie, tuż nad głową, tam, gdzie nocą szybowały myśli, wisiał pewien wiersz. Mama wydrukowała mi go w pracy, bo drukarki nie stały jeszcze w każdym domu i w każdym pokoju. Otoczony był plakatami i pocztówkami, ginął w gąszczu zdjęć i kolorowych wycinków z gazet. Ale wiedziałam, że tam jest i co wieczór, gdy zasypiałam płynął przeze mnie, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
Dziś mam dzień w kolorze blue. Przywitałam go smutnym mailem od Bardzo Ważnej Osoby w moim życiu – od mojej Przyjaciółki. Gryzł mnie ten mail cały dzień, bo I. przestała wierzyć, że kocham.
Dlatego od razu pomyślałam o tym wierszu. O tym, co zawsze czułam czytając „Młodości! Ty nad poziomy wylatuj!” Wierzyłam w to, że mogę być kim chcę. Wierzyłam, że dam radę udźwignąć wszystkie głazy, przerzucać je z ręki do ręki, uśmiechać się przy tym. Wierzyłam, że zawsze razem będziemy pić wino malinowe i że nigdy nie będę miała więcej niż –dzieścia lat. Że zawsze będę nosiła tylko czarne ubrania. Że nigdy nie ucieknie ode mnie poezja. Że „na zawsze razem”. Że nigdy nie skończą się listy, które do siebie pisałyśmy. Że nigdy żadna wspólna fotografia nie trafi do albumu – tylko na ściany, do pamiętników i na bilbordy. Że młodość nigdy się nie kończy. Że jesteśmy inne. Teraz, trochę starsza i w zupełnie innych ścianach uśmiecham się do siebie tamtej. Bo już trochę inaczej wymawia się nasze imiona – moje i jej, tamtej od –nastu lat. Bo mam konto w banku. Bo nie noszę już glanów, ani ocieplanych butów zimą. Bo jestem daleko od ludzi, których kocham i czasem nie mam jak upchnąć całej Polski w jednym bilecie kolejowym. Bo ktoś mi przestał wierzyć, a ja mimo, że nadal „tam sięgam, gdzie wzrok nie sięga” to już nie „łamię, czego rozum nie złamie”. Wciąż mam –naście lat, ale pomnożone. I chociaż wydaje mi się, że ciągle mogę stanąć na głowie i zrobić mostek, to wcale nie prawda. I boję się próbować, żeby się nie okazało, że nie daję rady. Dziś kolejny raz, a nawet trzy razy przeczytałam ten wiersz. Kocham go wciąż tak samo, jak wtedy, gdy wisiał na mojej ścianie. Kocham wciąż te same rzeczy, tych samych ludzi. Kocham wciąż kolor zielony i kocham wilki. I słucham często tych samych zespołów, mimo, że na ścianie nie wiszą już żadne plakaty. Wisi obraz, który dostałam od I. w ważnej dla mnie chwili, tuż przed tym, gdy wychodziłam za mąż. Powiedziała mi wtedy, że jesteśmy na nim we dwie i żebym nigdy o tym nie zapomniała. Jak mogłabym zapomnieć, gdy jest częścią mnie? Jak mogłabym nie śpiewać tej ody, skoro zawsze, gdy widzę na ulicy grę w klasy, skaczę - nawet w butach na obcasach?

Adam Mickiewicz
„Oda do młodości”

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy;
Młodości! dodaj mi skrzydła! 
Niech nad martwym wzlecę światem 
W rajską dziedzinę ułudy: 
Kędy zapał tworzy cudy, 
Nowości potrząsa kwiatem 
I obleka w nadziei złote malowidła. 

Niechaj, kogo wiek zamroczy, 
Chyląc ku ziemi poradlone czoło, 
Takie widzi świata koło, 
Jakie tępymi zakreśla oczy. 
Młodości! ty nad poziomy 
Wylatuj, a okiem słońca 
Ludzkości całe ogromy 
Przeniknij z końca do końca. 

Patrz na dół - kędy wieczna mgła zaciemia 
Obszar gnuśności zalany odmętem; 
To ziemia! 
Patrz, jak nad jej wody trupie 
Wzbił się jakiś płaz w skorupie. 
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem; 
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu, 
To się wzbija, to w głąb wali; 
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali; 
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu. 
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: 
To samoluby! 

Młodości! tobie nektar żywota 
Natenczas słodki, gdy z innymi dzielę: 
Serca niebieskie poi wesele, 
Kiedy je razem nić powiąże złota. 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele; 
Jednością silni, rozumni szałem, 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, 
Jeżeli poległym ciałem 
Dał innym szczebel do sławy grodu. 
Razem, młodzi przyjaciele!... 
Choć droga stroma i śliska, 
Gwałt i słabość bronią wchodu: 
Gwałt niech się gwałtem odciska, 
A ze słabością łamać uczmy się za młodu! 

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze, 
Ten młody zdusi Centaury, 
Piekłu ofiarę wydrze, 
Do nieba pójdzie po laury. 
Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga; 
Łam, czego rozum nie złamie: 
Młodości! orla twych lotów potęga, 
Jako piorun twoje ramię. 

Hej! ramię do ramienia! spólnymi łańcuchy 
Opaszmy ziemskie kolisko! 
Zestrzelmy myśli w jedno ognisko 
I w jedno ognisko duchy!... 
Dalej, bryło, z posad świata! 
Nowymi cię pchniemy tory, 
Aż opleśniałej zbywszy się kory, 
Zielone przypomnisz lata. 

A jako w krajach zamętu i nocy, 
Skłóconych żywiołów waśnią, 
Jednym "stań się" z bożej mocy świat rzeczy stanął na zrębie; 
Szumią wichry, cieką głębie, 
A gwiazdy błękit rozjaśnią -
W krajach ludzkości jeszcze noc głucha: 
Żywioły chęci jeszcze są w wojnie; 
Oto miłość ogniem zionie, 
Wyjdzie z zamętu świat ducha: 
Młodość go pocznie na swoim łonie, 
A przyjaźń w wieczne skojarzy spójnie. 
Pryskają nieczułe lody 
I przesądy światło ćmiące; 
Witaj, jutrzenko swobody, 

Zbawienia za tobą słońce!


wtorek, 29 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 9

Niedziela znów wypada poza niedzielą. Tym razem przez Waniliowe plantacje Wrocławia… (nie czytałam opowiadania , znam je tylko skądinąd…). Pojechałam odskoczyć – obłaskawić zimę, pobyć z Przyjaciółką, posłuchać dobrej muzyki na pewnym festiwalu… I Wrocław jak zwykle skradł mi kawałek serca, wyjadł tam dziurę, której teraz długi czas nie zasypię piaskiem szarych dni…

Dziś będzie poezja nietypowa. Bo śpiewana. Ale śpiewana wcale nie ze skrzypcami, w długiej sukience i w klimatycznym małym klubiku jazzowym.
Śpiewana wprost na ulicy. Z gardła. Bez ozdób. 

Gdy pierwszy raz usłyszałam to śpiewanie – usiadłam z wrażenia na zimnej podłodze. Usiadłam naprawdę, a nie tak, żeby wypełnić ramy powiedzonka jakimś obrazem. Przewijałam – od nowa, od nowa i od nowa. Byłą po uszy w tej muzyce, ale bardziej w tym słowie, w jego odkrywczości, w prostocie….

Każda kobieta jest próżna. I każda też jest małą dziewczynką. Obojętnie, jak wysokie ma obcasy – nogi wyginają się niebezpiecznie, spada się z wysokości 12 centymetrów do kochania. Każda chce, żeby na walentynki ktoś przyniósł jej wypchanego pluszowego misia. Każda chce iść wrocławskim rynkiem za rękę, trzymając taką banalną, do niemożliwości czerwoną różę. Każda do tej róży śmieje się w środku. Każda zasusza płatki w ulubionej książce… Choć właściwie nie ma sensu, bo co potem z nimi zrobić? Ale najważniejsze, że są….
Każda chce być głaskana – po głowie, po szyi, po wewnętrznej stronie duszy. 
Każda chce, żeby podziwiał. Żeby skomlał u drzwi. Choćby nawet potem go nie wybrała. Każda chce mieć moc – to ta pewność, że mogę przyciągać wzrokiem i że mogę być dla kogoś stro-razy-najważniejsza. 
Dlatego ten utwór sprawia, że w środku mnie latają motyle. Delikatnie poruszają skrzydełkami – to motyle zazdrosne… Bo marzę o tym, żeby ktoś zaśpiewał, wyszeptał, wykrzyczał dla mnie:

WPUŚĆ MNIE

Przyszedłem chodź dziurę mam w skarpecie
i błyska mi pięta jak hollywoodzki ząb
najwyżej będziemy się kochać w butach
jak kot jak kot jak kot

przyszedłem trochę gruby i trochę niemłody
ale mam wino co ujmie mi lat
przyniosłem książkę w ramach drugiej nagrody
jak mnie nie wpuścisz poczytam przy drzwiach 
w autobusie

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść 
wpuść mnie
wpuść mnie
no weź mnie wpuść 

przyszedłem choć dzwonili bym poszedł gdzie indziej 
na karuzelę plotek i piw
ona podobno tak fajnie się gibnie 
że znajdą się siły na jakiś młodzieńczy zryw

teraz jeszcze pale co zmniejsza moje szanse 
trzeba mieć towarzysza na taki rejs
dym zbiera słowa w pęczki co potem będą nasze tajne 
kiedy już naprawdę wpuścisz mnie

cicho się wślizgnę

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść
wpuść mnie
wpuść mnie
no weź mnie wpuść

wszystkie szczegóły opowiem ci w środku 
mam siedem planów a każdy z nich ma
dokładny rozrys moich zamiarów
a każdy zamiar będzie pił cię do dna

zupełnie nie pada i nie jest romantycznie
za Paryż robi francuski klucz
niesiony przez hydraulika 
co schodzi po schodach a ty mnie wpuść

wpuść mnie
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść
wpuść mnie 
wpuść mnie
no weź mnie wpuść



I wciąż, gdy już dopadnie mnie ten utwór, mogę przewijać i - od nowa, od nowa, od nowa… I gdy słucham to wiem, że jest we mnie uzależnienie od stanów wyobraźni, jakie wywołuje poezja…

wtorek, 22 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 8

Murakami sprawił, że z niedzieli zrobił się poniedziałek. A nawet już wtorek. Murakami, który nie pozwolił mi odejść od IQ84 i Dom Rodzinny, do którego pojechałam na weekend. Pojechałam pobuszować z Mamą po sklepach, zmienić opony na zimowe, obejrzeć z Bratem kilka odcinków serialu (zawarliśmy pakt, że oglądamy tylko razem) i zjeść pizzę, którą robi mój Tata – najlepszą!!!!
Dałam się opętać upływowi czasu, rozłożyłam ręce i szybowałam przez te dni, a czas oszukiwał i biegł dwa razy szybciej. Przegonił mnie i śmiał się ze mnie na mecie, gdy późnym wieczorem dojeżdżałam do Domu. 

Dlatego sięgnęłam po „Solo”, które czytałam jakiś czas temu. Pamiętałam wiersz, który uderzył mnie w twarz – wiersz Otto Brinka.

Pod krzewem tarniny

Nie mam czasu
By spojrzeć na ciebie żono
Muszę pracować

Nie mam czasu
By cię pogłaskać mężu
Muszę sprzątać

Nie mam czasu żono
Powiedzieć ci co mnie porusza
Muszę do kolegów

Nie mam czasu mężu
By cię wysłuchać
Dzieci płaczą

Nie mam czasu 
Na miłość żono
Chcę mieć dom

Nie mam czasu 
Na łóżko mężu
Goście przyjdą

Wkrótce będę miał czas żono
Pod krzewem tarniny na cmentarzu

Ja także mężu
Przy tobie w grobie

Dziś wyszłam z domu o 10. Gdy otworzyłam oczy nie było już Męża – ciemnym, choć już dniem - poszedł do pracy.
Dziś przyszłam do domu o 22.13 – Mąż spał… Wpakowałam się do łóżka w ubraniu i leżąc obok słuchałam Jego oddechu. Żeby wyczytać z Niego, jaki miał dzień, czy zjadł na pewno śniadanie, czy zdarzyło Mu się coś miłego. 
Mam ochotę krzyczeć na uciekający czas. Że choć raz, choć czasem, choć na chwilę mógłby przestać. Że i Czasowi należy się urlop, a wtedy skorzystam ja i mój Mąż. Że gdy czas się zatrzyma, będę mogła patrzeć w Jego kolorowe oczy i nic więcej. Żadnego tykania zegara. Żadnego prania. Żadnego obierania ziemniaków. Żadnego grafiku… Policzyłabym włosy na Jego głowie. Każdemu pieprzykowi na ciele nadałabym imię. Poczytałabym Mu wiersze. Opowiedziała bajkę o dżdżownicy, którą usłyszałam od Brata. 
I zaraz moje myśli uciekają do haiku, które też znalazłam w książce Raduńskiej:

Mój dom spłonął.
Już nic
Nie zasłania księżyca.

[Masahide]

I mam ochotę usłyszeć piorun uderzający w pień mojego drzewa – jakiś wstrząs okrutny, po same czubki palców. Będzie bolało – ale to najpierw – a potem będzie niebo…

Smutno dziś, ale wierzę, że optymistycznie (i to wcale nie paradoks…)


niedziela, 13 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 7

Były takie czasy, że nie było Internetu. Były takie czasy, że nie każdy miał w domu drukarkę. Nawet komputer nie królował wszędzie. I dzisiejsza historia będzie o takich czasach. O DIY czyli Do It Yourself. Znaczyło to tyle, że ludzie, którym się chciało pisali wiersze. Ludzie, którym się chciało malowali plakaty. Ludzie, którym się chciało pisali piosenki i czasem nawet ktoś dawał zaśpiewać im te piosenki w małym osiedlowym klubiku, albo w Domu Kultury. 
Był Tomasz Zawilski, który mieszkał w Pile. Nigdy nie poznałam go osobiście, jedynie pisaliśmy do siebie listy – papierowe, pachnące atramentem, pełne skreśleń, gdy źle sformułowało się jakąś myśl. Takie, od których bolała ręka. Tomasz stworzył Burdel Wydawniczy Wiatrów Piekieł, w którym mozolnie i ręcznie składał tomiki młodych poetów, często genialnych, a czasem tylko młodych. Wynajdował rysunki, kawałki gazet, obrazy, a potem wycinał literki, pisał na maszynie i wszystko składał w maleńkie czarno-białe książeczki odbijane na xero. Dostałam kiedyś taką książeczkę, której autorem był Rafał Szymański. Rafała troszkę znałam. Najpierw byłam nim zafascynowana – ja uczennica Szkoły Podstawowej, a on student, który przyszedł nas uczyć. I miał piękne dready, które tak mnie fascynowały, że nie byłam w stanie słuchać, co mówi na lekcji. Poczta pantoflowa, szeptanie na korytarzach i wywiad zdeterminowanych nastolatek wykazały, że Rafał gra w zespole Ewa Braun – pierwsze kasety, przegrane w taki sposób, że więcej tam było słychać szumów, niż muzyki… Potem co jakiś czas spotykaliśmy się tu i tam. W mieście i poza nim. Więc gdy dostałam dość magicznie ten tomik (pocztą, z dalekiej Piły, gdy sam autor mieszkał kilka ulic ode mnie) widziałam te wiersze zupełnie inaczej. Przez jakiś pryzmat. Na kolorowo, choć są bolesne i mocno krzykliwe. Niespokojne. Tomik „Dupa” nie jest grzeczny. Bo nie ma powodu być. Jest szare miasto. Smutne. Jest podział na skinów i brudasów. Jest mało koncertów. I nie ma pracy. I jest chyba tylko miłość, dzięki której jeszcze cokolwiek się udaje. Pamiętam, że gdy przeczytałam ten tomik bez tchu od deski do deski (od trzeciejstrony do dwudziestejtrzeciejstrony), a potem jeszcze i jeszcze, to siadłam przy biurku i napisałam do Rafała list, który posłałam pocztą te kilka ulic dalej jeszcze tego samego dnia. I pytałam go w nim czy ma receptę na życie, na dupę… A on chyba mi nawet odpisał. Że nie ma.
Dziś mieliśmy z Mężem napad sprzątania, przekładaliśmy z miejsca na miejsce blaszki do ciasta i salaterki, kupiliśmy liściom laurowym i zielu angielskiemu nowe słoiczki z kolorowymi zakrętkami. A ja uskuteczniłam własne poszukiwania. Tomiku „Dupa” – znalazłam, zamyśliłam się, uśmiechnęłam. Nigdy chyba nie będę go czytać tak, jak powinno się go czytać. Jak manifest młodości, zranionego chłopako-mężczyzny, który stoi na progu dorosłości i nie jest w niej tak, jak chciałby żeby było. Jak zaprzeczenie przeszłości – ja będę inny, nigdy nie stanę się taki, jak moi rodzice. Jak obronę wewnętrznego światła przed atakiem codzienności. Czytam go zawsze przez pryzmat nieco zakochanej nastolatki. 
Ale i wtedy i teraz dwa wiersze robiły/robią na mnie największe wrażenie.

Zestawiam je dziś razem, choć dzieli je w tomiku kilka stron. 


Ten pierwszy („Sperma”) jest gdzieś w środku – mocny, dosadny, pełen żądzy, męski i najeżony. Samczy. Krzyczy, uderza otwartą dłonią w twarz. Śmieje się ze mnie i nie daje mi spokoju. Od wtedy. 


Ale cały tomik kończy ten drugi wiersz. 
Nastrojowy i zupełnie inny. Trochę bardziej uładzony. Zrezygnowany nieco. Są w nim dwa wina malinowe i Joy Division – to tak, żeby nie wyjść całkowicie bez twarzy. To tak, żeby jeszcze zostawić sobie coś z tych marzeń. Ale jest też na dywanie mały człowiek i małe mieszkanie. To chyba mała stabilizacja, a przecież miało być „nigdy się nie ożenię…”. Zawsze czytam te dwa wiersze razem. Po „Spermie” szybko przewracam strony i upewniam się, że jest „[Pokocham ciebie…]”. 
I dziś nie mam co prawda wina malinowego, a z głośników płynie nie Joy Division, nawet nie Ewa Braun czy Nirvana, a Alina Orlova, to jednak siadam i piję filiżankę miętowo-truskawkowej herbaty i uśmiecham się do Rafała przez wszystkie kilometry, które nas dzielą. I uśmiecham się do tego wiersza. I wiem, że tak naprawdę każdy, kto pisze takie tomiki w głębi duszy woli zasadzić drzewo niż szukać nieustająco.
Twoje zdrowie Rafał…

niedziela, 6 listopada 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 6

Cały czas mam w sobie strach, że jesień się nagle skończy. Cały czas boję się zimy i tego, że jednego dnia wstanę ze snu i będę miała zamarznięte rzęsy. Bo ciągle jeszcze otwieram okno na cały dzień. Bo ciągle jeszcze nie mam zimowych butów i zimowej kurtki. Igram z niskimi temperaturami i sama nie mogę się zdecydować w co wierzę - czy jeśli kupię kozaki to sprowadzę zimę, czy jeśli nie kupię, to ona przyjdzie, żeby mnie ugryźć w mały palec u nogi.
Ale dziś byliśmy na pustkowiu. Bo ciągle jeszcze była dobra jesień. Bez deszczu i bez kaloszy. Z magicznym słońcem, które co prawda nie grzeje, ale i tak rozpuszcza w organizmie witaminę D. Wsiedliśmy w samochód i wyjechaliśmy daleko-niedaleko. Niedaleko, bo to przecież w mieście, wciąż mogę dojechać prawie na miejsce tramwajem. A daleko, bo do lasu, bo tam, gdzie na drodze leżą bale ściętego drzewa, tam, gdzie słyszałam jakieś ptaki, wołające się nawzajem, zapraszające się na pestki szyszek, a tak bardzo zdziwiłam się, gdy usłyszałam ludzki głos – inny niż swój i Męża. Szybki spacer, bo trwał tylko 40 minut, szybki, bo ubrałam zbyt cienką kurtkę i nie wzięłam rękawiczek. Ale widziałam magiczne światło. Naładowałam baterie na przyszły tydzień. Trzymałam za rękę Męża i bez pośpiechu szliśmy przez pustkowie. 
O tym jest dzisiejszy wiersz. O skutkach cywilizacji. O tym, że dziwimy się pięknu natury, bo tak bardzo zapominamy, jak wygląda liść. O tym, że w głębi lasu nie działa telewizor, że czasami komórka nie ma zasięgu. I o tym, że chyba już nie do końca potrafimy tak żyć – bo w lesie robi się naprawdę ciemno, tak, że nie widać własnej ręki, którą usilnie macha się przed twarzą. O tym, że to nie takie proste – uciec „nad rozlewisko” i tam być. Że tego się trzeba nauczyć i być wobec tego pokornym. I najważniejsze – że tam jesteśmy sami naprzeciwko siebie. Bez pomalowanych oczu. Bez szklanki wina. Tylko Ty i ja. I trzeba umieć być w takim odarciu z maski. Trzeba umieć iść po szeleszczących liściach i wiedzieć, co powiedzieć drugiej osobie. Albo umieć nic nie mówić. I patrzeć razem na ślimaka bez skorupy i zastanawiać się, czy to możliwe, że ślimak zgubił swój dom… To piękne, gdy idziesz na pustkowie z właściwą osobą…

Marcin Świetlicki - Wakacje
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Letnią nocą oglądać rewię brzuchów owadów
Na czarnych szybach
 
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Dziecko się chociaż trochę uwolniło od 
Batmana i Spidermana.
 
Więc po co zamieszkali na pustkowiu? Aby
Leśny bałagan stał się trochę chociaż
Porządkiem dla nich.
 
Więc po zamieszkali na pustkowiu? Aby więcej kochać.
Lecz przyszedł upiór
 
Padł cień.
Przyszedł upiór.

Miał bliżej na pustkowie.

niedziela, 30 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 5

Nie znam go dobrze, nie czytywałam dotąd jego poezji. Pamiętam tylko, że niewyobrażalnie dawno przeczytany „Trismus” zrobił na mnie ogromne wrażenie - chodziłam przez tydzień pełna tej książki w sobie. 
W mojej bibliotece osiedlowej jest jedna mała półka, na której tak niewiele tomów poezji. Złapałam niebieski grzbiet „Roku polskiego”, zauroczona wydaniem, podałam dłoń Grochowiakowi. Wyszliśmy razem. 
Dziś, w ostatnią niedzielę października zapukałam do drzwi jego książki. Usiadłam z kawałkiem świeżo upieczonej szarlotki z orzechami – jeszcze parzącej w język. Niecierpliwiłam się podwójnie – między smakiem jabłek i między smakiem słów na języku tańczyła moja żądza. Czytałam wszystkie miesiące roku, czytałam Polskę podglądaną przez Grochowiaka, czasem prześmiewczą, czasem aż pachnącą rozgrzaną słońcem ziemią. Na balkonie mam trzydziestokilogramowy worek jabłek od mojej Mamy Dwa (inaczej teściowej), które pachną, gdy tylko otwieram drzwi. Pachną tymi grochowiakowskimi wierszami – teraz to wiem. Pachną tak, jak on widział swój kraj, tak, jak obserwował dąb, konia czy śnieżną zamieć. Rozchylam tę niebieską okładkę i mam usta pełne jabłek, prawdziwych, zerwanych prosto z drzewa, mam oczy roześmiane, przejmuję na policzki ich rumianość.
A potem rumienię się już sama, z wnętrza słów czerpię kolory. Ten wiersz mnie zachwyca. „była pogoda pod całym niebem twego podniebienia”… to najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie ostatnio słyszałam, najpiękniejsze wielbienie, wabienie, wołanie. Żadna kobieta nie może się oprzeć takim słowom, żadna kobieta nie może nie zakochać się w mężczyźnie, który zauważa kobiece podniebienie i śpiewa do niego. Ja też chciałabym to śpiewać, mogłabym cicho, cichutko nucić te słowa w jesienną długą noc, przy zgaszonym świetle, wtedy, gdy wyjęty przed chwilą z dłoni kubek do połowy napełniony herbatą, upada z trzaskiem na podłogę, odstawiony nieuważnie. Nieuważnie, bo dłonie już dawno zajęte czym innym. Mogłabym patrzeć na taki krajobraz tylko zamkniętymi oczami, mogłabym patrzeć rozbieganymi dłońmi. Chciałabym być krajobrazem.

Pocałunek-krajobraz
Błądziłem lasem twoich włosów — zioła
I płacz odkryłem. I schodziłem niżej
Na białe śniegi zimowego czoła,
Gdzie płacz już umilkł, a był cień lichtarzy.
 
Potem zwiedzałem pamiątki twej twarzy,
Coraz to bliżej — i coraz to bliżej
Ust twoich dobrych uśpionego sioła:
W nim co się zdarzy — raz tylko się zdarzy.
 
I wszedłem w sioło. A była pogoda
Pod całym niebem twego podniebienia.
Gdzieś w cichym kątku umierała młoda
Wstydliwość sielska w zapachu tymianku.
 
Nagle wróciłem — i stałem na ganku.
Patrząc jak wokół krajobraz się zmienia,

Jak wschodzi pierwsza gałąź bzu w ogrodach,

I gną się rzęsy pod rosą poranku.

niedziela, 23 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 4

Marta Fox kojarzy mi się z dwoma książkami mojego dzieciństwa „Batoniki Always miękkie jak deszczówka”
i część druga „Agaton Gagaton jak pięknie być sobą” (wydanie koniecznie z Brandonem z Beverly Hills 90210 na okładce!) Czytałam je jakieś milion razy, śmiałam się i teraz też się śmieję na samo wspomnienie. 
Gdy ostatnio wybrałam się na moje poetyckie polowanie, na półce znalazłam zbiór wierszy Marty Fox „Dotknij mnie tak dawno nie miałem kobiety” (sam fakt, że wydało ten zbiór Towarzystwo Zachęty Kultury już powinien mnie natchnąć). Ale ja jak zaczarowana wpatrywałam się w okładkę tej książki. Zachwycona. Bo bardzo trafia w mój gust ten obraz – szybko sprawdziłam, że to „Obraz 2172 – Marcie Fox” i że namalował go Jerzy Duda-Gracz.
Wzięłam książkę pod pachę i zaczęłam czytać zaraz po wyjściu z biblioteki. Jeszcze idąc. W październikowym słońcu. Usiadłam na ławce i połknęłam cały tomik, spóźniając się na autobus. Potem w autobusie zaczęłam od nowa. Nie zachwyciły mnie te wiersze. Nie poczułam złoto-rudego jesiennego uśmiechu. Nie podniosły mnie na duchu. Nie zahipnotyzowały. Patrzyłam na okładkę i krzyczałam w duchu rozczarowana, że co innego mówi ten obraz, że zapowiada tajemnicę, silną kobietę, ale trochę chochlikowatą, że zapowiada jakieś ukradkiem kradzione pocałunki i niesamowitą zmysłowość…
Dziś odkręciłam kaloryfer, marznąco-kichająco-chorobowa, nałożyłam ulubione dresy i grube skarpety z Garfieldem, wzięłam do ręki kubek herbaty i poczytałam jeszcze raz. Znów wpadł mi w ręce jeden tylko wiersz, który wybija się z tego tomiku i ulatuje z niego, jakby tam nie pasował. Jest piękny i jest bardzo mój. Czuję go całą sobą, wszystkimi zmysłami. Jest taki, jakim bym chciała widzieć cały tomik. Kobiecy, choć pisany z perspektywy mężczyzny. Prowokujący. Bardzo buja moje myśli i choć jestem chora i przykryta grubym czerwonym kocem, choć nie mam ochoty wychodzić dziś z domu, to jednak czytając go czuję się kobietą, od obciętych niedawno włosów, po bladoczerwone paznokcie, z których już powoli schodzi lakier. I choć piję herbatę z cytryną (milionową już tego dnia), to na języku mam smak musującego różowego wina. I chciałabym, po prostu chciałabym…

Chciałbym
 
Chciałbym wejść w ciebie jak w najbogatszą
bibliotekę Pozwolić się uwieść wszystkim
twoim stronom Oswoić się rozgościć
a potem smakować szczegóły każdej linii
wiodącej w plus minus nieskończoność
 
Chciałbym z grzbietu powracać do miejsc
które mnie urzekały oddaniem lub
zakazem Urzekały mnie ponad miarę i
ponad do tej pory czytaną przyzwoitość
 
Chciałbym przeżyć sezon w piekle a może
i dwa - zdziczeć złagodnieć zwariować
do reszty i nie wracać nie wracać

No chyba żeby pod prysznic i z powrotem


niedziela, 16 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 3

Kiedyś, dawno temu, gdy byłam dziecko-nastolatką, w użyciu były chińskie długopisy, imitujące wieczne pióra. Miały zakrzywiony, wydłużony czubek i znak „ptaszka”, jaki często stawiamy w Internecie, gdy wypełniamy ankiety. Taki długopis kojarzy mi się z moją Przyjaciółką z liceum. Moją I. Widzę teraz bardzo wyraźnie, jak pisze nim swoje opowiadania, wiersze, liściki na nudnych lekcjach biologii, z których do dziś pamiętamy, że żuraw ustawia zgięta nogę pod kątem 90 stopni. I często pisała nim dedykacje. W tej książce, którą od niej dostałam nie ma dedykacji. Pewnie była na luźnej kartce, która wypadła spomiędzy kolorowych stron i albo wsunęła się pod szafę, albo ktoś podniósł ją ze szkolnego korytarza, albo jest w moim przepastnym kartonie, który skrywa rysunki, bilety autobusowe i komiksy, które rysowała dla mnie M. 
To tomik Anny Achmatowej. Nie pamiętam okazji, nie pamiętam okoliczności, ale pamiętam, że moja I. zakochana w Rosji dawała mi tomik drżącymi dłońmi. 
Czytam go od kilku dni wciąż na nowo. „Niedziele z mową zaczarowaną” miały być odtrutką na jesienną depresję. Ale „Liryki najpiękniejsze” są depresyjne same w sobie, są ukryte w malowanych zielonym tuszem kwiatach, ale tchną niepokojem, łzami, niespełnioną miłością. Achmatowa jest porzucona, albo czasem tęskni też do kogoś, kto nie żyje. Te wiersze są bardzo rosyjskie – nie czytam zbyt wiele literatury rosyjskiej, bo mnie boli, bo ginę w tych falach beznadziei i strachu. Ale do tego tomiku mam sentyment wielki i szukam w nim zawsze tego dobrego. Znalazłam jeden wiersz – jest smutny, jest naszpikowany niepokojem, choć na spokój się sili i układność. Na pogodzenie z losem. Ale jak z losem może być pogodzona kobieta, która kocha, tęskni, czeka i tylko wmawia sobie, że zapomniała?

Ja postanawiam znaleźć w tym wierszu cząstkę pomarańczy zasuszonej na kaloryferze, która roznosi zapach po całym domu. Znajduję w futro kota. Znajduję okruszki chleba. Znajduję korale z jarzębiny, zawieszone tam dwa tygodnie temu, trochę już wysuszone, ale wciąż piękne. Znajduję wołanie czajnika, który zapowiada herbatę. I na przekór wszystkiemu znajduję spokój. Postanawiam znaleźć tam zapowiedź przyjemnej jesieni, złotej, złoto-rudej. Takiej, w jakiej się brodzi w liściach po kolana, w jakiej można położyć się na wyschniętej łące i jeszcze wykąpać się w słońcu. Z zapachem grzybów. Z koszykiem pełnym gruszek. I tylko to, żadnych deszczów. I jeszcze trzymani się z I. za rękę i opowiadanie sobie tych jesieni, które już minęły, wszystkich wspólnych pierwszych września. I mam nadzieję w najbliższych dniach kupić chiński długopis imitujący pióro i nosić go ze sobą całą jesień, jak talizman.

Żyć nauczyłam się prosto i mądrze,

Patrzeć na niebo, modlić się do Boga
I długo, długo chodzić o wieczorze,
By niepotrzebna ustąpiła trwoga.
 
Kiedy w wąwozie łopuch drży na wietrze,
Dygoce jarzębina drobnym ciałem,
Układam wtedy swe wesołe wiersze
O życiu płonnym - płonnym i wspaniałym.
 
Do domu wracam. Liże moje dłonie
Puszysty kocur, sierść przymilnie zjeża.
W tartaku za jeziorem zorzą płonie
Ze świeżych belek ustawiona wieża.
 
Jedynie z rzadka rozdzierając ciszę,
Bocian na dachu wrzaśnie czy zapłacze.
I zdaje się, że nawet nie usłyszę
Jeżeli ty do drzwi mych zakołaczesz.

 1912

tłum. Wiktor Woroszylski 

poniedziałek, 10 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 2

[z przyczyn trochę magicznych, a trochę wizytowo-spotkaniowo-leniwych niedziela odbywa się w poniedziałek… jak pierwsza zresztą]

Niedawno szukałam tej książki gorączkowo. Była 1 w nocy, a ja tak cholernie się bałam, że zginęła. Jest mała, niepozorna, ma tylko 48 stron (ze spisem treści) i schowała się, ukryła, a mi przebiegły ciarki po plecach. Bo nie ma jej. Bo już jej nie będzie… 
Ale jest, wyszła spomiędzy grubych tomiszczy i pokazała swoją białą prostą okładkę z zielonym tytułem „W twoich udach jest wulkan”.
Autorem tego tomiku jest Mirosław Kościeński . Jego tomik dostałam na spotkaniu autorskim, jakie miał w naszym LO, na zajęciach z dziennikarstwa. Przyszedł, gadał, gadał, gadał, drewnianym głosem czytał swoje wiersze, w których nie było polotu i ikry. A potem dostaliśmy tomiki do ręki. W mojej dedykacja „Marcie – życząc poetyckich wzlotów”. Gdy ten tomik wzięłam do ręki to zakręciło mi się w głowie. To erotyki (do dziś się zastanawiam, jak nasza pruderyjna do granic możliwości, mnisia wręcz wychowawczyni, pozwoliła przyjść Kościeńskiemu do nas i dać nam te słowa do rąk!). To wiersze, które ociekają wszystkimi wydzielinami ludzkimi. To wiersze o miłości fizycznej, nie do końca scalonej z miłością duchową. To wiersze drapieżne, obsceniczne czasem, bardzo ironiczne i takie nie do końca w tę miłość wierzące. Choć potem, gdy zdejmie się wszystkie jęki rozkoszy, to zostaje pod powierzchnią rozpalonej skóry sama miłość, albo samo jej pragnienie. Czyste uczucie, które chce się wykluć i tylko nie może, bo cielesność zasłania jej świat.
Wybrałam dwa wiersze z książki, która bawi się w chowanego (bo tak naprawdę to nie pierwszy raz już mi zginęła). Czytam je często, wtedy, gdy chcę poczuć dreszcz emocji (wtedy „z przeczuciem”) i wtedy, gdy chcę pomyśleć (wtedy „erotyk jest monetą”).
I pachną dla mnie te wiersze szkolnym korytarzem i moim pierwszym zachwytem nad tym, że można tak pisać, że można odłożyć na bok wstyd i że można potem pokazać takie wiersze kobiecie i doprowadzić ją do ekstazy samym słowem.

z przeczuciem

będziemy się kochali po szczeniacku i
z uśmiechem o wariackich papierach
a w nocy o godzinie którą doskonale
wyczujemy wewnętrznie powiemy – możliwe
że się obudzimy ja przytulony do
wczesnych gruszek dojrzałych w styczniu
bo takie są twoje dziewiętnastoletnie 
piersi zerwane z opuszczonych wykładów i
ćwiczeń albo z niezdanego egzaminu ciemnych
stron gramatyki języka rosyjskiego i psychologii
rozorany blizną na twoim ciele podniecającą
aż po sam koniec który trzymasz w ręku
lub z przeczuciem że zostaniesz kochanką
zamiast dwudziestopięcioletnią żoną /nie
pokonania na olimpijskim dystansie
łóżka/ i akademickim ciężarnym od plotek
na nasz temat będziemy się dożywiali
seksem i autentyczną miłością na przemoczonej
ślizgawce prześcieradła wyhaftowanego genami
będziemy się kochali aż do szpiku i trzewi
będziemy
aż użyźnią to poletko wcale nie Pana
Boga tylko
moje


erotyk jest monetą

moneta erotyku ma dwie strony
bardziej wytartą i spoconą jest jej awers
- pornografia stąd tyle fałszywego oburzenia
i awersji
monetę erotyku możemy rozmienić na drobne
i wydać np. na kurwy bo od czasu do czasu
trzeba zakosztować przysłowiowych zakazanych
owoców /wciąż podniecających piersi w cenie
I gat./ możemy też zdeponować ją w banku serca
na lepsze czasy lub kupić za nią bilet do
specjalnego kina na zakazany film
gdzie ze zdumieniem odkryjesz że główną rolę
gra bliska ci osoba
zauważ życie jest też monetą a wszystko
ma stronę prawą i lewą ciemniejszą
i bielszą awers i rewers /lecz nie łudź się
że odwrotnością pornografii jest miłość/ ten
erotyk jest monetą jak twoje życie wszystko

zależy od tego która strona upadnie

w błoto

poniedziałek, 3 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 1

Idzie jesień. Wielkimi krokami. Dziś jeszcze jej nie ma, ale już czuję na karku jej podmuch. I lodowate palce zimy, które są tuż za jesienią. Nie przygotowałam się na nią, nie wygrzałam się, nie zrobiłam zapasów słońca pod powiekami. Dlatego myślę nad alternatywnymi sposobami zapewnienia sobie ciepła.
Jednym z nich jest poezja.
Przy ostatniej wizycie w bibliotece podeszłam do regału z poezją i utknęłam tam na trochę, przysiadłam na stołeczku, który stoi akurat między „Poezja polska” a „Poezja zagraniczna” i „Poezja. Antologie”. Wybrałam kilka tomików i od wczoraj utonęłam w nich. Jedną dłonią mieszam dżem w garnku, a drugą przewracam strony w tomikach poetyckich. Różnych. Odsunęłam też trochę prozę na swojej półce z książkami i wyciągnęłam zza niej moje ulubione tomiki. 
I będę te krople dobrych słów pokazywać.
A zacząć chcę nietypowo i przewrotnie.
Bo od wierszy mojego Przyjaciela. 
Kiedyś bardzo blisko siebie byliśmy, znał wiele moich myśli, a ja się starałam być skarbonką na jego uczucia. Bez kluczyka. Trochę tego wszystkiego we mnie zostało. Między innymi zeszyt z obcasem i żarzącym się papierosem, zatytułowany „Pierwsze kroki”. Nie pamiętam już, jak znalazł się u mnie. Pewnie byłam ostatnią, której pokazywał, jak się uczy podporządkowywać sobie słowa. A potem wyjechał na studia i „ta ostatnia” zakopała zeszyt w kartonach, wśród zasuszonych kwiatów, starych zdjęć i listów. Z Mariuszem spotykam się bardzo rzadko, bardzo rzadko rozmawiamy. Mimo Internetu, mimo telefonów On jest w Warszawie, a ja w Gdańsku i nici poprzecierały się, wypłowiał wzór, jaki razem tkaliśmy. Ale nie całkiem wszystko zniknęło. Gdy odnalazłam Jego zeszyt (pewnie też nie pamięta, że go mam) obok tomiku Szymborskiej, Poświatowskiej, Achmatowej i tekstów U2, uśmiechnęłam się i zamyśliłam nad młodością chmurną i durną. Nad tym, jak kiedyś, lat temu 12 (bo taką datę ma ostatni wiersz z zeszytu) Mariusz pisał swoje uczucia, podpisując je śmieszną, ale przemyślaną kokardką, która miała symbolizować splot jego inicjałów M.K. 
Śmieszne są i nieporadne niektóre, niektóre mądre i zaskakujące. Niektórych nie rozumiem i nawet się nie staram, a niektóre są dokładnym odzwierciedleniem moich zamyśleń/przemyśleń. Ale jednego nie można im odmówić. Są szczere i prawdziwe. W takich wierszach, wierszach pisanych ukradkiem, między matematyką a zawodem miłosnym, między spacerem z psem a pierwszym pocałunkiem – w takich wierszach się nie kłamie!
Więc bez interpretacji, bez analizy, bez komentarza chcę Wam pokazać kilka z nich, tych, które zrobiły na mnie teraz, po latach największe wrażenie (mimo, że nie otrzymałam formalnej zgody od autora). Ale mam nadzieję, że jeśli tu trafi uśmiechnie się i łezka mu się w oku zakręci, tak jak mi.
Niniejszym otwieram nowy cykl, mój prywatny mały poetycki przegląd, który ma mi pomóc przetrwać zimę.

Monotonia

Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja matką głupich.
Nie poszukuj nadziei.
Bądź cierpliwy, nie będziesz musiał poszukiwać.
Serce burzę przetrzyma tylko cierpliwe.
Zauważ w piersi swojej bicie serca.
Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja…


Żywioły

Wejdź we mnie jak
piorun w linię wysokiego napięcia.
Zamknij mnie w sobie jak
policjant złego przestępcę.
Wyrwij mnie jak
huragan drzewo z ziemi.
Porwij mnie jak
tornado plantację kukurydzy.
Zatop mnie jak
ocean małą żaglówkę.
Zgaś me pragnienie jak
woda rozżarzone ognisko.
Zapal mnie jak
zapałka kawałek papieru.
TERAZ!


Nocny pocałunek

usta
i usta
poduszka
wyobraźnia
i wystarczy


Wynajmę

Przystojnego
Bezwzględnego
Młodzieńca bez serca, by uwiódł
piękną
bezwzględną
kobietę bez serca, która uwiodła
szczerego
wiernego
mnie


Bóg jest kobietą

odnalazłem swojego Boga
pochwyciłem
skrępowałem
usidliłem
i…
czekam

dobry jest mój Bóg
ciepły
przyjacielski
obecny
dla
mnie mnogiego

dba o mnie mój Bóg
ściska
rozwesela
rozczula
i jest
właśnie tu gdzie ja jestem

dotknąć mogę mojego Boga
przytulić
objąć
ucałować
bo jest
tak dopasowany

wrażliwy jest mój Bóg
opiekuńczy
czuły
właściwy
bo mój
Bóg jest kobietą


[No i nie zdążyłam z pierwszym odcinkiem w niedzielę...]

poniedziałek, 15 lutego 2010

PO URLOPIE

Taki mi się dziś wiersz Danuty Wawiłow przypomniał/odnalazł:

"Szybko"
Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu?

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle...

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno?

I tak się właśnie dziś czuję, jakaś odarta z marzeń, z dziecięcości i „nic-nie-robienia” (ale w cudzysłowie, bo przecież czytałam, oglądałam, piekłam ciasto, chodziłam na zakupy, spacerowałam, pisałam maile, gapiłam się przez okno….), które przez tydzień uskuteczniałam.
Dziś pierwszy dzień po urlopie i nie wolno mi się nawet na chwilę zagapić… A ja bym chciała znów w ramiona mojego Męża i żebyśmy rano mieli czas zjeść razem śniadanie… Bo to jest zawsze dla mnie najpiękniejsze w wolnych dniach z Nim u boku. Wspólne zaczynanie i kończenie dnia. Bo jak nie ma urlopu, to inne rytmy dnia i tylko w weekendy możemy razem badać możliwości Naszego nowego Kukułczego jaja i sprawdzać jajka na miękko, na półmiękko na twardo…
Ech, życie mnie dzisiaj smuci…

czwartek, 7 stycznia 2010

POEZJA JAK CIASTKO Z KREMEM

Inez zamieszczając swojego posta zmusiła mnie do „przypomnienia” sobie o poezji.
Kiedyś (na przykład jeszcze w liceum) żyłam poezją, była mi chlebem i wodą, nie umiałam dnia bez niej wytrzymać. Szperałam, szukałam, powtarzałam, chłonęłam… A teraz, parę zaledwie lat po LO, trzeba mi o poezji przypominać… Jest trochę jak ciastko z kremem – nie jesz go codziennie, czasem ktoś cię poczęstuje, albo na niedzielę upieczesz coś pysznego we własnym piekarniku… Jakiś czas temu już o tym myślałam. Że chyba teraz inaczej też poezję odczuwam. Kiedyś ją całą sobą wchłaniałam, na skrawkach serwetek zapisywałam wersy zasłyszane, przeczytane, a potem były mi mottem w życiu, a potem wracałam do nich i nocami, przed zaśnięciem, grały mi w głowie. Teraz podchodzę do poezji spokojniej, zdystansowana trochę, jak do przyjaciółki, której kiedyś powierzyłam całą siebie, a potem nie widziałam parę lat. Zainspirowana przez Inez sięgnęłam na półeczkę, gdzie stoi kilka tomików (jest tam Leśmian – „W malinowym chruśniaku”, szczególnie pierwszy wiersz, to wciąż dla mnie arcydzieło zmysłowości, Szymborska, Ferenc, Hillar, Achmatowa, Pawlikowska-Jasnorzewska, Gałczyński, Poświatowska, Wojaczek, Kościeński - słupski, chyba mało znany, poeta - jego tomik „W Twoich udach jest wulkan” to jedne z najpiękniejszych erotyków, jakie kiedykolwiek czytałam!, Lipska). I zaczytałam się. I znalazłam 3 wiersze, które wciąż działają na mnie w identyczny sposób, jak kiedyś.


Halina Poświatowska ***


bo właśnie chcę najprościej
na srebrnej tacy księżyca
podać ci kolację
i patrzeć — jak zgryzasz
śpiący złoty
pomarańcz obcisłą skórę

potem
palcem
przeciągnąć po twoich ustach
całych w pomarańczowej krwi
i ustom moim ponieść
pachnącą wieść o tobie

najzwyklej
na złotej tacy słońca
przynieść pogodny świt
ponad twym łóżkiem wzejść
gdy wstajesz
i przeciągając senne ramiona
mówisz — dzień

Zastanawiałam się nad umieszczeniem tego wiersza na Naszych zaproszeniach ślubnych. Bo mówi o miłości, jakiej chcę doświadczać. Bo mówi o codzienności we dwoje, z której można czerpać radość. Która jest dobra (najlepsza!), przez to, że jest zwykła. Bo można położyć pomarańczę na srebrnym talerzu i powiedzieć ukochanemu, że to księżyc się zdjęło z nieba… A On wtedy może się uśmiechnąć i przyjąć dar i uwierzyć, że to księżyc. Być razem, budzić się i zasypiać. Opowiadać sobie sny i opowiadać sobie dnie. Taka jest moja miłość, taka mi się spełnia…


Wisława Szymborska - Jestem za blisko


Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz to dla niej rośnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżona górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli.

A to wiersz, który od zawsze działał na moje wszystkie zmysły. Szczególnie na zmysł smutku. I to jest świadectwo takiej miłości, która nie cieszy się codziennością, która zawsze pragnęła tylko uniesień i werbli, która bębny całego świata wzywała dla siebie, by biły i grały, która każdy owoc chciała sobie zagarnąć, każdy skrawek nieba… Taka miłość jest niemożliwa, jest przesytem, od którego zrobi się mdło… W takiej miłości człowiek zapomina o wodzie, na rzecz szampana, upija się, upaja, a potem czuje zimno i dreszcze, ból głowy… I zawsze w końcu przychodzi tęsknota za wodą. I mimo, że ten wiersz jest jak jeden wielki lęk, jak rana, którą się rozdrapuje czytając, jest to jeden z moich ulubionych wierszy. Piękny po prostu, mimo, że to kwintesencja Smutku… (pozwala mi pamiętać o przesłaniu wiersza Poświatowskiej).


Rafał Wojaczek – Prośba


Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz.

Wojaczka poznałam przez przypadek. Był ZAKAZANY. Nikt nic o Nim nie mówił w szkole. A koleżanka dostała od starszej koleżanki wyświechtany, wielokrotnie wertowany tomik. Podzieliła się po cichu i ku mojej wielkiej radości. Objawienie… Przeczytałam „Prośbę” i się zakochałam… To majstersztyk… Wojaczek ubrał się w ciało Kobiety i tak dobrze wiedział, co czuje, co ja czuję! To wiersz o miłości bez granic… o tym, jak mocno, mocno można pragnąć drugiej osoby, jak bardzo można jej się oddać. Ale dla mnie „zrób coś, otwórz mnie, rozbierz” to nie tylko fraza erotyczna. To także krzyk – poznaj mnie i weź dla siebie całe moje wnętrze, weź każdą Tajemnicę, każdy zmysł, wszystko. To zaproszenie do miłości bezinteresownej: „Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej” – to tylko od Ciebie zależy, czy będziesz chciał przejść przez moje drzwi, ja jestem gotowa, zapraszam… Ten wiersz mnie unosi pod chmury, napełnia, chodzę po ścianach za każdym razem, gdy go czytam, bo jest tak zmysłowy. Nie wszystkie wiersze Wojaczka tak do mnie mówią, ale ten, z wyjątkową mocą.

Po raz kolejny czytam je, wszytkie trzy, od nowa i tyle obrazów przywołują w mojej głowie, tyle wspomnień, tyle uczuć. Nie twierdzę, że poezja znów stanie się chlebem powszednim, pewnie już nigdy nie, ale warto czasem zjeść parę ciastek, posłodzić sobie, osłodzić sobie, słodzić sobie….

A na zakończenie „poetyczny”, spóźniony prezent gwiazdkowy od Bardzo Ważnej Osoby. Przyjaciółko – dziękuję!