piątek, 7 maja 2010

WOLAŁABYM POMIDORA


JOANNA NICKLASSON-MŁYNARSKA, MIKAEL BACKMAN 
„GRECKIE POMIDORY CZYLI NOWY DOM NA KOŃCU DROGI”
(TŁ. DOMINIKA GÓRECKA)
CZARNA OWCA, WARSZAWA 2010 
RYSUNKI ANDRZEJ PŁOSKI

Dwoje dojrzałych ludzi – on i ona, oboje po przejściach, po rozwodach, z bagażem doświadczeń, ale z głowami wciąż pełnymi marzeń trafiają na wyspę Lesbos w Grecji, gdzie kupują dom. 
Wszystko wzięło początek w akademiku, gdzie w czasie studiów mieszkał Mikael. Pewnego wieczoru wymyślił z przyjaciółmi fundusz grecki – będą co miesiąc odkładać pieniądze, żeby na starość kupić dom w Grecji i wspólnie tam zamieszkać. Oczywiście, gdy wytrzeźwieli, gdy podrośli” porzucili pomysł. Wszyscy prócz Mikaela, który wciąż pielęgnował w sobie marzenie o niebieskim domu. Po wielu latach – udało się.
I o tym opowiada ta książka. Tylko jakoś za mało entuzjazmu… Ja, gdybym spełniła marzenie swego życia, tryskałabym energią, radością, chłonęłabym wszystko w siebie, a Joanna z Mikaelem podchodzą do tego chyba trochę z dystansem. Nie czuję tej magii, tego czaru, co na przykład u DeBlasi, czy choćby Mayle’a. Nie ma też tego poczucia humoru, tej zwykłej radości z codziennych, zwykłych rzeczy. Jest jakby trochę sucho… Bez łez – ani tych od śmiechu, ani tych z żalu. 
Czyta się przyjemnie, ale ta książka jest letnia. Tak, jakby obawiali się, że ktoś z mieszkańców przeczyta tę relację i obrazi się, oskarży. Wszystko jest ładne (nigdy piękne), dobre (ale nie pyszne), fajne, przyjemne, ludzie są mili, dostosowaliśmy się do nich, nie rzucamy się w oczy, zajmujemy niewiele miejsca. A Grecy są tacy dobrzy i przyjemni. Sielsko, anielsko, naciagnie trochę.
Podobało mi się, że jest kilka smaczków – na przykład opis Wielkiej Nocy, albo Wigilii Świętego Jerzego, gdy pastor poi wsiernych święconą wodą, czerpaną z wielkiego naczynia własnym kubkiem, a potem wszyscy dzielą się chlebem i życzą sobie wszystkiego dobrego. Albo to, że „w najmniejszych wioskach autobusy ocierają się o ściany budynków, a ludzie w kawiarniach ratują swoja kawę przez rozlaniem.” [s.32]
Że jest „sklep spożywczy, który w swojej ofercie ma wszystko, począwszy od ozdób i gwoździ, a kończąc na alkoholu. Ten ostatni kupuje się tu zresztą na litry. Wystarczy wziąć ze sobą pustą butelkę po wodzie i napełnić ją produkowanym lokalnie ouzo lub winem z sąsiedniej wyspy Limnos.” [s.42] Albo „Nie zdziw się, jeśli ktoś z twoich gości nagle wstanie i wyjdzie. Nie z braku wychowania, ale po to, by pójść powiedzieć dobranoc swojej matce.” [s.99]
O tym powinna być ta książka, tak pisana, tak gadana. Ale takich opowiastek jest w sumie mało. To bardziej wyliczanie. Poszliśmy tam i zrobiliśmy to.
Ale w Grecji (wyłonione „spomiędzy” również w tej książce) i w Toskanii i w Prowansji, opisywanych przez ich piewców, zazdroszczę ludziom jednego – tego wolnego czasu, tego, że nie muszą pracować (przynajmniej to jest ukryte, nie na widoku, nie najważniejsze), że mają czas i oddają się tylko swoim rytuałom. I jedzą na świeżym powietrzu…
Nie sposób nie wspomnieć o jednym – piękne obrazki stworzone do „Greckich pomidorów” przez Andrzeja Płoskiego. Klimatyczne, ładne, zatrzymujące ulotność chwili. Dla mnie bardziej greckie od słów w tej książce.
Podsumowując – „Pomidorom” brak soczystości dojrzałego, pachnącego, gorącego słońcem pomidora.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 6 maja 2010

CIARKI SŁOWNE

W muzyce zawsze oprócz samej muzyki liczyły się dla nie słowa.
Zawsze więcej uwagi poświęcałam tekstowi – nigdy dźwięki nie mogły przesłaniać przesłania… Wtedy odrzucałam.
Dziś czytałam sobie „Greckie pomidory…” i podświadomością wyłapałam piękne słowa – mój Mąż słuchał sobie nowej (no stosunkowo nowej) płyty Grabaża i Strachów na Lachy „Dodekafonia”.
A tam piosenka „Dziewczyna o chłopięcych sutkach” i upadłam na kolana, no bo:

„Nasze ramiona polne ślimaki
Pławią się w stawie przytulania
Nasze dłonie niedzielne chojraki
Dojrzewają w centrum dotykania
Nasze usta z tortu tortury
Wiśnieją ranem od zacałowania
Niewyraźne oczu trójkąty
Donkiszocieją od niezamykania

Czy jeszcze dalej wyliczać mam?”




Posłuchałam kilka razy pod rząd, wciąż w kółko te parę linijek… Oczarowały mnie.
Nie mogę się od nich uwolnić. 

(Przy okazji szukając teledysku sięgnęłam do paru innych zapomnianych piosenek, które uwięziły mi głos w gardle i sprawiły, że nic dziś nie napiszę o „Greckich pomidorach”, bo po prostu popadam w inne zachwyty i jestem emocjonalnie wyczerpana pięknem muzycznej mojej późnowieczornej wycieczki. Kolejne odcinki muzyczne będą, jak otrząsnę się z zachwytowej niemości.)

PS. A fragment „Dzień dobry, kocham Cię” mieliśmy na swoich ślubnych zaproszeniach :-) 

„Bo chodzi o to by od siebie
Nie upaść za daleko
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
Chodzi o to
By pierwsze chciało słuchać
Co mu to drugie
Powiedzieć chce do ucha:
Że po mej głowie ? 
Czasem się ich boje -
Chodzą słowa nie do powiedzenia...
Nie-do-powiedzenia

Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie

Tu chodzi o to by od siebie
Nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie
Nie widzi pierwszego
Bo gdy siedzi człek samemu
Z czarnymi myślami
Człowiek rzuca słuchawkami
Rzuca słuchawkami

Bo chodzi o to by od siebie
Nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
Chciałbym ci zaśpiewać z rana
Móc ci zaśpiewać z rana
Kochana...



Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej Jeszcze więcej Jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Para-twoje
Para-moje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
Dwoje”

wtorek, 4 maja 2010

ŚWIATŁO W ŚRODKU NOCY


LAURA WHITCOMB
„ŚWIATŁA POCHYLENIE”
(TŁ.JOANNA BOGUNIA, DAWID JURASZEK)
INITIUM, KRAKÓW 2010 

Ona ma niecałe 160 lat – od 130 jest duchem. A raczej nie duchem, ale Światłem. W przeszłości zrobiła coś strasznego, popełniła wielki grzech, teraz nie może więc dostąpić nieba. Podczepia się pod żyjących ludzi, nazywa ich swoimi gospodarzami, żyje wraz z nimi, ale żyje obok. Nie może oddalić się od gospodarza na więcej, niż kilkadziesiąt metrów, ale nie może też wniknąć w niego, bądź w jakikolwiek sposób nawiązać kontaktu. Marzy o rozmowie na temat literatury ze swoim gospodarzem Brownem, o dzieleniu się wrażeniami ze spektaklu ze swoim gospodarzem Dramatopisarzem, o wspólnym miłym wieczorze ze swoim gospodarzem Świętą. Ale jest jakby cieniem, żyje/nie żyje ukradkiem. Czeka, choć właściwie nie umie powiedzieć na co. Nie zna swego przeznaczenia, nie umie odnaleźć właściwej drogi. Co dzień modli się, by grzech, który popełniła, został jej zapomniany. Ale nie może stanąć ze swoją niegodziwością twarzą w twarz – nie pamięta nic ze swego przeszłego życia. Egzystuje, lewituje, oczekuje - do czasu, aż w klasie Browna (jej gospodarz jest nauczycielem angielskiego), natrafia na ucznia, który ją zauważa. 
On – jest dużo młodszy, ma jakieś 100, 110 lat. Zakochuje się w Świetle i wyznaje, że również był Światłem, ale znalazł ciało, w którym dusza już nie chciała przebywać i w ten sposób udaje człowieka. Proponuje jej, by zrobiła to samo.
Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że czytałam do 1 w nocy wiedząc, że mam iść dziś do pracy. Nie mogłam się oderwać.
To pozycja właściwie dla młodzieży – coś na fali „Zmierzchu”, ale o innych istotach. Mam wrażenie, że to nieustanne poszukiwanie złotego środka na dzisiejszą młodzież – nie wystarczy im czytać o ludziach wychodzą gdzieś dużo dalej, chcą stworzyć sobie inne światy (czy nie umieją żyć w tym, który mają wokół siebie?), poznawać je, eksplorować i wierzyć, że takie światy będą na wyciągnięcie ręki również realnie.
Ale – abstrahując od pragnień młodzieży, o których mogę tylko gdybać – ja też wsiąkłam, bo książka jest napisana sprawnym językiem i tak jak pisała Tucha (dzięki której zresztą sięgnęłam po te pozycję), autorka poruszyła problemy tak nadprzyrodzone, jak i zupełnie codzienne, przyziemne.
Jedno tylko mnie strasznie męczyło – Helen, która urodziła się 160 lat temu, gdy nie wynaleziono jeszcze samochodów, gdy związek między kobietą a mężczyzną był pełen rezerwy, pełen sztuczności i konwenansów, tak łatwo wniknęła w dzisiejszy świat, odrzuciła całe swoje wychowanie na rzecz dzikiego seksu i wyzwolenia, a co więcej nie miała najmniejszego problemu z nazewnictwem i współczesnym językiem. Wiem, że wciąż była przykuta do jakiegoś gospodarza, że z nim mogła poznawać świat, ale mimo wszystko za łatwo, za szybko jej poszło.
Ale wybaczam – bo tak pięknie cieszyła się codziennością, smakiem jabłka, dotykiem trawy; tak bardzo doceniała to, o czym my zapominamy, tak wiele widziała w tym, co dla nas wydaje się codziennością.
„Później zabrałam się za lodówkę. Wyciągnęłam i powąchałam kawałek chleba owinięty w folię, a potem zaszeleściłam tym dziwnym opakowaniem. Srebrzysta powłoka była tak cienka, że prawie nic nie ważyła. Cała kuchnia lśniła podejrzaną czystością. Jedzenie, poza gruszkami na blacie, odizolowano od świata różnego rodzaju opakowaniami. Warzywa w uszkach, sosy w słoikach, ryż w szczelnym pudełku. Przypomniałam sobie żonę Browna – trzymała cebulę i awokado w koszykach w spiżarce – i poczułam ukłucie tęsknoty. A potem przypomniałam sobie kuchnię z mojego dzieciństwa, w której wszystko było związane z jedzeniem. Mąka i stół stanowiły jedność, garnek wiszący nad paleniskiem zawsze pachniał zupą, bawełniane worki fasoli i ziemniaków oddychały tym samym powietrzem. Kuchnia Cathy traktowała jedzenie z podejrzliwością. Wolałam już bałagan u Billy’ego niż to osobliwe pomieszczenie – tam przynajmniej mysz mogłaby przeżyć dzień czy dwa.” [s.106-107]
Polecam i ostrzegam – nie zaczynać zbyt późno sprawdzać „z czym się je” tę powieść – będzie trzeba skończyć i może się to skończyć dużym zużyciem energii (światło w środku nocy).

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 3 maja 2010

JAKAŻ ROZKOSZ…


CLAUDIA SCHREIBER
„ROZKOSZE EMMY”
(TŁ. RYSZARD TURCZYN)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010

Po książkę sięgnęłam, ponieważ dawno, dawno temu oglądałam film. Byłam zachwycona! Kolejność trochę odwrotna, ale oglądając film, nie miałam pojęcia, że jest na podstawie powieści (nie mówiąc o tym, że książka nie była wtedy przetłumaczona).
Emma to dorosła kobieta, ale niedojrzały kwiat, szkatułka, w której ukrywa się przerażone dziecko, inaczej pojmujące to, co się wokół niego dzieje. Dziewczyna mieszka w gospodarstwie odziedziczonym po rodzicach i dziadku – wszyscy po kolei umierali, osierocając ją, ale i uwalniając. 
Bo Emma nie miała łatwego dzieciństwa – zapomniana przy dzieleniu jedzenia i miłości, ale pamiętana w momencie, gdy na kogoś trzeba było zrzucić winę, albo wyładować na kimś agresję i złość (przerażająca scena z wróblami!!!). Od dziecka uczyła się walczyć o swoje i nigdy z tego dziecka nie wyrosła. 
Prowadzi sama całe gospodarstwo – hoduje świnie, kury, krowy… Sama je oporządza, karmi, zabija. Nie starcza jej czasu by zająć się domem i stąd „sypialnia Emmy to był istny chlew” [s.9]. 
Żyje po swojemu – jest szczęśliwa na swój sposób. Ma swoje powyciągane fartuchy, motorynkę, a przede wszystkim zwierzęta – rozmawia z nimi, bawi się z nimi, czuje je, staje się często jedną z nich. Potrafi wtulić się w ciało maciory i tak przespać z nią noc – bo świnia ma skórę bardzo podobną do ludzkiej i wszystkie narządy te same i nawet serce ma w tym samym miejscu. 
Bo Emma ma dwa marzenia. Chce być bogata (po to, by spłacić dług, jaki ciąży na farmie – za trzy miesiące zostanie zlicytowana) i chce mieć mężczyznę. Prawdziwego. 
Pewnej nocy w jej ogrodzie pojawia się zagraniczne auto – kierowca stracił kontrolę nad kierownicą i stracił przytomność. Dzięki temu Emma zyskała – piękny młody mężczyzna na jej ramionach zostaje zaniesiony do sypialni. A na siedzeniu pasażera Emma znajduje reklamówkę pełną amerykańskich dolarów…
Piękna historia. Na początku przeszkadzało mi trochę, że wiele z filmu pamiętałam, nawet uważałam, że język powieści jest gorszy od obrazu (sic!). Ale potem dałam się uwieść i pochłonąć tej historii. Fantastycznej, nieprzeciętnej bohaterce, jaką jest Emma – jej niebanalnemu postrzeganiu świata, jej miłości do zwierząt, do natury, do rzeczywistości. Jej niepohamowanym żądzom, ale jednocześnie jej ujmującej nieśmiałości. Historii miłosnej, która zaskakuje (nawet, jeśli znałam zakończenie z filmu). Czytając opinie o filmie, natknęłam się na wiele słów protestu wobec finału – dla mnie jest piękny i świeży, choć nie ukrywam, że uderzający i bezkompromisowy. 
Świat Emmy, stojący w taki wielkiej opozycji do świata mężczyzny, Maksa, to dla mnie świat o wiele lepszy, prawdziwszy, rządzący się swoimi prawami, ale takimi, które są oparte na szczerości i otwartości. Prosty, ale nie prostacki. Piękny, choć nie pozbawiony bólu. Niełatwy, ale budzący podziw – podziw dla Emmy, że ciągle stoi na jego straży, ciągle chce żyć dobrym, ważnym życiem.
Jedyny zgrzyt to zakończenie – film kończył się troszkę wcześniej. W książce zaś jest „dodatek”, którego bardzo nie lubię – z serii po latach u naszych bohaterów wydarzyło się to i to. Takie przyśpieszenie, przewinięcie akcji na wzór komedii amerykańskich. Jakby autorka powiedziała wszystko co najważniejsze, ale nie chciała pozostawiać czytelnikom żadnego pola dla wyobraźni. Za to mały minus. Ale poza tym – jakaż rozkosz! 


Moja ocena: 5/6


MOJA MAJÓWKA

1 maja (dzięki dla DOM., P. i Da. za świeże powietrze, widoki, spuchnięty język i cukinię)


2 maja (imbirówka z limonką i spritem, nowy winyl i trochę muzycznych uniesień)

3 maja (nie chcę wracać do rzeczywistości, bronię się nogami i rękami, udaję, piję herbatę, oglądam widok za oknem i chłonę słowa z czerwonej książki...)

MORDERCZY BIEG Z PRZESZKODAMI – UKOŃCZYŁAM, ALE BRAK MI SATYSFAKCJI


LILY PRIOR
„LA CUCINA”
(TL. EWA BARTŁOMIEJCZYK)
WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE, WROCŁAW 2006

„La cucina” to z włoskiego kuchnia. Więc wiadomo, dlaczego po tę pozycję sięgnęłam – kuchnia, Włochy… nic mi więcej nie potrzeba.
Ale tu się zawiodłam srodze… (Może do myślenia powinno dać mi, iż książka jest wydana w serii do torebki…).
Spodziewałam się czegoś w stylu „Afrodyzjaku” bądź „Szkoły niezbędnych składników”. A „La cucina”… to takie nie wiadomo co. 
Rosa już od najmłodszych lat zajmuje się całym gospodarstwem – karmieniem ojca i matki, którzy toczą ze sobą nieustanną walkę i godzą się tylko w stogu siana, na chwilę potrzebną, by zaspokoić żądzę; siedmiu braci starszych i dwóch/jednego młodszego (Guerra i Paco bowiem urodzili się zrośnięci, mają dwie głowy, ale trzy nogi) oraz wszystkich parobków.
W kuchni odnajduje spokój i spełnienie. Jest czysta i niewinna. Ma co prawda adoratora – Bartolomeo, ale jest to chłopak z wyższych sfer. Mimo wszystko, zakochany w niej, pozbawia ją dziewictwa i obiecuje, że się z nią ożeni. Nie wychodzi, bo Bartolomeo w prawdziwie sycylijskich okolicznościach traci życie. Rosa w kuchni próbuje uśmierzyć swój ból, gotowaniem koi rany, zaczyna gotować tyle, że gospodarstwo nie nadąża z dostarczaniem składników, ubija wszystkie krowy, świnie, kury i matka w geście ostateczności zakazuje Rosie gotować. Dziewczyna nie może się z tym pogodzić i opuszcza wieś – ucieka do Palermo, gdzie podejmuje pracę bibliotekarki. Żyje skromnie i cicho, tyje i brzydnie, do czasu aż poznaje pociągającego l’Inglese z brzuchem i popsutymi zębami, ale kochającego jedzenie równie mocno jak ona.
Ta książka to takie pomieszanie z poplątaniem. Miejscami (bardzo krótkimi, ale przyjemnymi) to jak trylogia DeBlasi (fragmenty w domu l’Inglese, choćby ten, gdy przez dwa dni gotują - w cieple sycylijskiego słońca, na świeżym powietrzu - sos pomidorowy, rozmawiając, kochając się i czekając, poświęcając swój czas na równi sobie nawzajem, co przygotowywanej potrawie); miejscami kojarzyła mi się z „Przepiórkami w płatkach róży” (choć wiem, że to inny region świata); miejscami to jakaś sensacja. 
A nad wszystkim unosi się dla mnie duch satyry – tak jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy chce pisać w nurcie literatury sławiącej jedzenie i miłość, scalającej sztukę kochania i gotowania, stawiającej je na równi i czyniącej nierozerwalnymi; czy po cichu naśmiewać się z takich książek. Przerysowała Rosę i l’Inglese, by zaraz potem opiewać związek tych dwojga jako najpiękniejszą rzecz na świecie; przerysowała wioskę rodzinną Rosy i całą jej rodzinę, by zaraz stwierdzić, że rodzina to podstawa i najcenniejsze, co się posiada. Poza tym dodała jakieś mętne wątki sensacyjno – mafijne, z których chyba nie wiedziała, jak wybrnąć. I do tego romansowe wstawki rodem z „Niewolnicy Isaury” (matka tuż przed śmiercią wyznaje Rosie, iż ten, którego uważała za swego ojca nim nie jest…)
Góry, doliny, seks i melancholia, wielki bieg po fabule – ja naprawdę nie nadążałam z tymi zmianami konwencji i nastroju, nie mogłam się przestawiać i wyczuć rytmu tej opowieści.
Jako osobne historyjki – szczególnie te z domu rodzinnego Rosy, ewentualnie z posiadłości l’Inglese (on chyba nawet nie ma imienia w tej książce) – podobały mi się, ale jako cała powieść – nie dla mnie, chyba tylko, żeby schować do torebki, głęboko, na samo dno…
 
Moja ocena: 2,5/6

sobota, 1 maja 2010

JA TEŻ OCZYSZCZONA


SOFI OKSANEN
„OCZYSZCZENIE”
(TŁ. SEBASTIAN MUSIELAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA, 2010 

I na koniec kwietnia, a na początek maja i na koniec zaległości w pisaniu, a na początek wyzwania… „Oczyszczenie”.
Jestem oczarowana…
Przede wszystkim kunsztem autorki, która chyba ma w sobie jakąś magiczną moc, skoro słowa takie jej uniżone (i kunsztem tłumacza niewątpliwie też, bo on jak asystent magika…)
Już na początku czytania musiałam uciec się do Wikipedii i zapytać ją co nieco o Estonię, bo to bardzo potrzebne przy tej książce. Nie miałam pojęcia (w ogóle słaba z historii jestem, a już z historii krajów skandynawskich…), że w Estonii były tak silne wpływy komunistyczne Rosji Radzieckiej, że powstania, że ucisk, podobny trochę do ucisku w Polsce. A historia w tej książce to trzecia bohaterka.
Dwie pierwsze to Aliide Truu – boże, jak cudnie brzmi jej imię i nazwisko, jak najsłodsza muzyka – starsza kobieta, która poznajemy w jej wiejskim domu, gdzie właśnie robi przetwory na zimę i próbuje odgonić natrętną muchę; i Zara. 
Zarę z kolei poznajemy, gdy Aliide znajduje ją leżącą w jej ogródku w podartych pończochach, brudną i śpiącą.
Zara twierdzi, że potrzebuje pomocy, że pokłóciła się z mężem, że mąż ją bije i musi od niego uciec. Prosi o schronienie – wie, że mężczyzna będzie jej szukał. Aliide boi się przyjąć Zarę do domu – ją samą ścigają duchy przeszłości i lęka się, że właśnie będzie musiała wyspowiadać się ze swoich grzechów. 
„Truu” – szczery, uczciwy, wierny – to nazwisko znaczące w tym wypadku. Aliide powie nam wszystko. Przestanie ukrywać swoją przeszłość, wypowie najskrytsze tajemnice, powierzy je nam, bo Zarze nie ufa, chociaż bardzo by chciała. 
Ale nie znaczy to, że Zara nie ma nic do ukrycia, że od razu powiedziała całą prawdę o sobie.
Dwie kobiety, dwie koncepcje świata – każda z nich musi się oczyścić. Ich losy nierozerwalnie związane są z historią ich kraju – polityka, wojna, komunizm, wpływy Rosji determinują ich życie, ich moralność, ich postrzeganie świata, nawet ich miłość i rodzenie dzieci. Każda z nich chce przeżyć i chce być czysta, dlatego jedna przed drugą uskutecznia niemą spowiedź, licząc na to, że dostanie rozgrzeszenie.
Aliide to postać tak skomplikowana, tak wielowarstwowa; można z niej ściągać skórę po skórze, a ona ma ich w zanadrzu jeszcze tysiąc. 
[To jaką formę oczyszczenia wybrała na samym końcu każe mi zadać sobie pytanie – czy można odkupić czyjeś życie, dając w zamian inne? Myślę, że nie, że nawet jeśli odda się swoje własne…]
To piękna, niespieszna proza, kawałek historii zamknięty w oczach dwóch kobiet, kawałek świata, który każda nosi w swojej ręce, głowie, stopie, uchu… To odczuwanie wszystkimi zmysłami mijającego czasu. „Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki” a Aliide wciąż próbuje i próbuje. 
I tak dobrze, że Zara mogła pojawić się w drzwiach Aliide – pozwoliła jej być Truu w sposób, jaki Aliide uznała za najlepszy, za jedyny jej dostępny.
Polecam, bo ta książka mnie oczarowała, omamiła. Nie potrafię myśleć o niczym innym od paru godzin, od kiedy przeczytałam ostatnie zdanie. Analizuję. Sylabizuję. Wracam do wybranych zdań. Widzę każdy najmniejszy skrawek rzeczywistości. Czuję słodki zapach owoców, które Aliide zamyka w słoiki, otrząsam się od skapującej na moje wargi kropli mleka, którą Aliide wlewa do naczynia na mleko. Widzę przez okno Zarę, w podartych pończochach i z obgryzionymi paznokciami, które noszą ślady czerwonego lakieru. 
Perełka.

Moja ocena: 5,5/6