niedziela, 16 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 3

Kiedyś, dawno temu, gdy byłam dziecko-nastolatką, w użyciu były chińskie długopisy, imitujące wieczne pióra. Miały zakrzywiony, wydłużony czubek i znak „ptaszka”, jaki często stawiamy w Internecie, gdy wypełniamy ankiety. Taki długopis kojarzy mi się z moją Przyjaciółką z liceum. Moją I. Widzę teraz bardzo wyraźnie, jak pisze nim swoje opowiadania, wiersze, liściki na nudnych lekcjach biologii, z których do dziś pamiętamy, że żuraw ustawia zgięta nogę pod kątem 90 stopni. I często pisała nim dedykacje. W tej książce, którą od niej dostałam nie ma dedykacji. Pewnie była na luźnej kartce, która wypadła spomiędzy kolorowych stron i albo wsunęła się pod szafę, albo ktoś podniósł ją ze szkolnego korytarza, albo jest w moim przepastnym kartonie, który skrywa rysunki, bilety autobusowe i komiksy, które rysowała dla mnie M. 
To tomik Anny Achmatowej. Nie pamiętam okazji, nie pamiętam okoliczności, ale pamiętam, że moja I. zakochana w Rosji dawała mi tomik drżącymi dłońmi. 
Czytam go od kilku dni wciąż na nowo. „Niedziele z mową zaczarowaną” miały być odtrutką na jesienną depresję. Ale „Liryki najpiękniejsze” są depresyjne same w sobie, są ukryte w malowanych zielonym tuszem kwiatach, ale tchną niepokojem, łzami, niespełnioną miłością. Achmatowa jest porzucona, albo czasem tęskni też do kogoś, kto nie żyje. Te wiersze są bardzo rosyjskie – nie czytam zbyt wiele literatury rosyjskiej, bo mnie boli, bo ginę w tych falach beznadziei i strachu. Ale do tego tomiku mam sentyment wielki i szukam w nim zawsze tego dobrego. Znalazłam jeden wiersz – jest smutny, jest naszpikowany niepokojem, choć na spokój się sili i układność. Na pogodzenie z losem. Ale jak z losem może być pogodzona kobieta, która kocha, tęskni, czeka i tylko wmawia sobie, że zapomniała?

Ja postanawiam znaleźć w tym wierszu cząstkę pomarańczy zasuszonej na kaloryferze, która roznosi zapach po całym domu. Znajduję w futro kota. Znajduję okruszki chleba. Znajduję korale z jarzębiny, zawieszone tam dwa tygodnie temu, trochę już wysuszone, ale wciąż piękne. Znajduję wołanie czajnika, który zapowiada herbatę. I na przekór wszystkiemu znajduję spokój. Postanawiam znaleźć tam zapowiedź przyjemnej jesieni, złotej, złoto-rudej. Takiej, w jakiej się brodzi w liściach po kolana, w jakiej można położyć się na wyschniętej łące i jeszcze wykąpać się w słońcu. Z zapachem grzybów. Z koszykiem pełnym gruszek. I tylko to, żadnych deszczów. I jeszcze trzymani się z I. za rękę i opowiadanie sobie tych jesieni, które już minęły, wszystkich wspólnych pierwszych września. I mam nadzieję w najbliższych dniach kupić chiński długopis imitujący pióro i nosić go ze sobą całą jesień, jak talizman.

Żyć nauczyłam się prosto i mądrze,

Patrzeć na niebo, modlić się do Boga
I długo, długo chodzić o wieczorze,
By niepotrzebna ustąpiła trwoga.
 
Kiedy w wąwozie łopuch drży na wietrze,
Dygoce jarzębina drobnym ciałem,
Układam wtedy swe wesołe wiersze
O życiu płonnym - płonnym i wspaniałym.
 
Do domu wracam. Liże moje dłonie
Puszysty kocur, sierść przymilnie zjeża.
W tartaku za jeziorem zorzą płonie
Ze świeżych belek ustawiona wieża.
 
Jedynie z rzadka rozdzierając ciszę,
Bocian na dachu wrzaśnie czy zapłacze.
I zdaje się, że nawet nie usłyszę
Jeżeli ty do drzwi mych zakołaczesz.

 1912

tłum. Wiktor Woroszylski 

czwartek, 13 października 2011

W WYOBRAŹNI CZYTAM KOMIKS O MIŁOŚCI

MAŁGORZATA SZYMAŃSKA-WARDA
„DŁONIE”
LIGATURA, HAJNÓWKA 2005

Podobno każdy z nas mógłby napisać jedną książkę. Każdy ma w sobie historię, która opowiada się sama. Warda, jeszcze pod podwójnym nazwiskiem, sięgnęła w sam środek siebie – napisała powieść osadzoną na ASP, w galeriach, w pracowniach i w samym centrum sztuk plastycznych – w dłoniach i oczach artystów plastyków. Siłą tego debiutu jest właśnie to, że napisała o czymś co zna – autorka jest bowiem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych.
To historia Marii, która wyjechała na semestr do Francji, żeby tam, w Paryżu nauczyć się czegoś nowego, innego, żeby zapomnieć o mężczyźnie, którego zostawiła w Polsce i żeby uciec od zobowiązań. To historia Ani, beznadziejnie zakochanej w przyjacielu, Ani, która przychyla mu nieba i która czeka zawsze w przedsionku, nigdy nie wchodzi do pokoju jego serca. To historia Sary, która jako jedyna nie zna się na sztuce, jest oddana literaturze i jej służy wiernopoddańczo. W sztuce ma jednak umoczone włosy i końcówki palców, ponieważ jej matka była znaną i cenioną malarką, zmarła niedawno i zostawiła Sarze swoje prace z prośbą, żeby je uporządkowała. A Sara nie rozumie sztuki i martwi się, jak podoła zadaniu. To historia Doroty, która ma twarz tak piękną, że pozuje każdemu, kto ją spotka, ale ktoś kiedyś powróżył jej z kart tarota i naznaczył jej los. Teraz Doro miota się między dwoma mężczyznami i nie potrafi wybrać. I jest jeszcze Maja, którą poznajemy w czasie zjazdu absolwentów LO plastycznego. Maja wraca do przeszłości i zastanawia się, jak poznawanie sztuki wpływa na człowieka. 
Gdy przeczytałam tę książkę, postanowiłam wyrysować sobie diagram, na którym zaznaczyłabym każdą z kobiet, ich powiązania, ich spotkania, czasem zupełnie przypadkowe, a czasem zamierzone. Oczywiście w samym centrum mojego diagramu była sztuka. A dookoła ktoś z kimś mieszka a potem się okazuje, że ten ktoś zna się z kimś kolejnym. Ktoś idzie na kawę, a tam spotyka kogoś następnego. Ktoś uczył się z kimś, kto praktykował z kimś innym. Wiją się, meandrują, krążą wokół siebie, są dla siebie planetami i orbitami naraz. Ten diagram wkrótce cały był zamazany, upleciony początkowo z cienkich nitek w miarę postępowania akcji splatał się w grube sznury, nie do zerwania.
Jestem zadziwiona, że to debiut. Jest tak dojrzały – w swoim patrzeniu na świat w tym braku złudzeń, w rzeczywistości nagiej, drżącej z zimna, w tej bezradności, która cechuje realistów. A realistami mogą być tylko ludzie dojrzali, bo zanim dorastasz wierzysz tylko we wróżki i w gumy balonowe. I że zawsze wszystko będzie dobrze. Tu nie jest. Jest brutalnie. Nie można poradzić sobie z życiem, uczuciami, ze światem, nie można czasem udźwignąć swego ciała, jest choroba i uciekanie od odpowiedzialności. Jest też miłość, ale jakaś gorzka w smaku. I mimo, że koniec jest jak balsam, jak miód osadzający się na gardle zdartym od krzyku, trochę wiary i trochę nadziei niesie, to cała powieść jest bolesna.
Nie wiem, co mam powiedzieć o akcji, bo to uczucia są tam najważniejsze. To przemyślenia. To kobieta. Mam wrażenie, że Warda miała w głowie tak dużo znaczeń, że nie mogła umieścić ich w jednej tylko bohaterce, dlatego rozdzieliła je na pięć dziewcząt, kobiet. Nie wiem, czy obdzieliła każdą bohaterkę cząstką siebie w równym stopniu, czy jednej dała włosy, drugiej zamiłowanie do kawy, a trzeciej lęki i niepewność, czy któraś z bohaterek jest w pełni alter ego autorki. Nie mniej jednak każda z pięciu kobiet jest do kości prawdziwa – jedne są naiwne, a inne cyniczne, jedne zdolne inne zakompleksione, ale każda bez wyjątku jest kobieca i każda maluje (bądź pisze) miłość. Każda z nich kocha w inny sposób i myślę, że każda czytelniczka znajdzie w jednej z nich siebie, wybierze nieświadomie bohaterkę najbardziej do siebie podobną i ją obdaruje całą swoją sympatią. Będzie jej kibicować i płakać razem z nią.
Jest jeszcze jedna rzecz, która tak bardzo w tej powieści mnie poruszyła – opowiadania o obrazach, o filmach, o rzeźbach. Gdy czytałam, jak każda z dziewcząt czaruje – nad drewnem, nad taśmą filmową, nad kamieniem, zapierało mi dech. Widziałam genialne szklane rzeźby, widziałam film, w którym dziewczyna przemienia się w Warszawę, widziałam dłonie, odlane w gipsie… Zastanawiałam się cały czas, czy te wszystkie prace naprawdę istnieją, czy Warda sama je stworzyła, albo podpatrzyła u kolegów na ASP i tym samym poszerzyła ich istnienie o pamiętnikarski zapis w książce? A może to niespełnione pomysły, katalog nieistniejącej wystawy, która na razie tylko w korytarzach umysłu autorki? W takim wypadku mam nadzieję, że powstanie. A najbardziej mam nadzieję, że kiedyś powstanie powieść z grafikami, które narysuje sama autorka. Komiks o miłości, który czyta się poza chmurkami…

środa, 12 października 2011

HIPNOTYCZNIE… ZAGUBIŁAM SIĘ…

A.D. MILLER
„PRZEBIŚNIEGI”
(TŁ. JAN KRAŚKO)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2011 

Rosję znam ze stereotypowych pocztówek, z matrioszek, skrywających jedna drugą, jak wielkie potwory, albo przeciwnie, jak symbole matki, od której wzięły nazwę. Z tego, że jest tam zimno i że jest kolosalna różnica między statusami społecznymi. Z podsłuchanych rozmów ludzi, którzy tak jak ja nigdy tam nie byli, a krzewią o niej wiedzę graniczącą z pewnością. Tylko, że ta granica jest bardzo widoczna. I z Dostojewskiego, który pisał o Rosji, jakiej już nie ma przecież. I z faktu, że nie czytam literatury rosyjskiej, bo przejmuje mnie smutkiem i beznadzieją. 
Właściwie nie wiem, czemu sięgnęłam po „Przebiśniegi”. Przykuły moją uwagę definicją przed tekstem – o tym, że przebiśnieg to kwiat, albo zwłoki pojawiające się spod topniejącego śniegu. Ten kontrast – piękno/brzydota, ten kontrast życie/śmierć, te kontrast między dwoma dreszczami, jakie wywołują obydwie definicje – kwiat to dreszcz przyjemności i tęsknoty za wiosną, dreszcz słońca, pieszczącego wyziębioną zimą skórę, a zwłoki – dreszcz, który biegnie po plecach jak mały czarny kot, wbijający pazury – boli…
Ta książka mnie zaskoczyła, zatrzęsła mną i jest moim małym odkryciem. To jak świetnie mi się ją czytało, jak zimno mi było w jej 27 stopniowym mrozie.
To historia Nicholasa, Anglika, prawnika po trzydziestce, który zostaje wysyłany do Rosji, żeby tam prowadzić wielkie interesy i zarabiać ogromną kasę. Między spotkaniami w interesach, papierami, wycieczkami do podejrzanych barów ze striptizem, Nicholas poznaje w autobusie dwie dziewczyny – Maszę i jej siostrę Katię. Nawiązuje się między nimi nić porozumienia, a wkrótce Kola (to rosyjskie zdrobnienie jego imienia) dochodzi do wniosku, że Masza to kobieta, którą będzie trzymał za rękę w wieku siedemdziesięciu lat i która pojawiła się w rosyjskim autobusie dla niego. A to jest jak klocek domino, przewracające kolejne i kolejne, aż do końca. 
Książka jest pisana w formie listu – to swoista spowiedź, jaką Nicholas kieruje do swojej narzeczonej. Jest tuż, tuż, krok przed ślubem i chce wyznać jej swoją Rosję – swoją winę. Bo jest Rosją zakażony, jest uzależniony, wsiąknął w te wszystkie stereotypy, z których wiele się potwierdziło. Bo jest na przykład mieszkanie, podzielone na kilka klitek, gdzie na korytarzu jedna łazienka dla wielu mieszkań i gdzie chodzisz z własną deską klozetową, żeby nie zarazić się żadną chorobą. Ale są też dyskoteki, gdzie przewala się ogromna kasa, skórzane kurtki i kobiety, szukające wrażeń, gdzie „w środku był parkiet z trojgiem tancerzy na podium(…). Nad naszymi głowami fruwały dwie pomalowane na złoto nagie dziewczyny z anielskimi skrzydłami. Ruszyliśmy do baru. W barze była szklana podłoga, a pod nią akwarium z jesiotrami i kilkoma smętnymi rekinami.” [s.52]Jest Rosja z najgorszych stereotypów, kobiety „(…)w hali przylotów; negocjowały cenę z jakimś taksiarzem (złote jedynki, całoroczna skórzana kurtka, błyszczące buty z czubkami tak szpiczastymi, że mogłyby mu posłużyć za wytrychy).” [s.172]
To fascynujące spojrzenie cudzoziemca – Miller, autor powieści jest ekonomicznym korespondentem w Rosji – taki Englishman In New Russia – więc pewnie po części ta książka to autobiografia. Choć to kryminał to nie do końca. Są zwłoki, wynurzające się spod topniejącego śniegu, są ciemne interesy, są wielkie przekręty i szalona, dzika miłość.
Książka ma świetny język, styl i zaskakującą konkluzję – Rosja jest jak narkotyk, miasto, którym się zaciągasz, wdychasz je głęboko w płuca i pozostaje w nich jak osad. Rosja to bohaterka tej książki na równi z Nicholasem, Katią i Maszą, to rozliczenie z przeszłością, ale też swoisty poemat miłosny na część tego miejsca, brudnego, podejrzanego, gdzie możesz nie przeżyć nawet dnia, gdzie serce może Ci się zatrzymać w każdym momencie i gdzie jest bardziej prawdopodobne, że przysłowiowa cegłówka spadnie Ci na głowę, niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. A już najbardziej prawdopodobne, że ktoś ją zrzuci z premedytacją, że będziesz celem.
To „list” pisany genialnym językiem, cechujący się wyostrzonym zmysłem obserwacji. Czytałam i widziałam, czułam oślizgłe węgorze, śmierdzące śledzie, skisłe i trzymane w słoiku i bliny, ociekające tłuszczem. Ale chłonęłam dalej, powstrzymując się przed zamknięciem książki, zatykałam nos i wchodziłam coraz głębiej i głębiej. Otumaniona, zafascynowana, uzależniona…

poniedziałek, 10 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 2

[z przyczyn trochę magicznych, a trochę wizytowo-spotkaniowo-leniwych niedziela odbywa się w poniedziałek… jak pierwsza zresztą]

Niedawno szukałam tej książki gorączkowo. Była 1 w nocy, a ja tak cholernie się bałam, że zginęła. Jest mała, niepozorna, ma tylko 48 stron (ze spisem treści) i schowała się, ukryła, a mi przebiegły ciarki po plecach. Bo nie ma jej. Bo już jej nie będzie… 
Ale jest, wyszła spomiędzy grubych tomiszczy i pokazała swoją białą prostą okładkę z zielonym tytułem „W twoich udach jest wulkan”.
Autorem tego tomiku jest Mirosław Kościeński . Jego tomik dostałam na spotkaniu autorskim, jakie miał w naszym LO, na zajęciach z dziennikarstwa. Przyszedł, gadał, gadał, gadał, drewnianym głosem czytał swoje wiersze, w których nie było polotu i ikry. A potem dostaliśmy tomiki do ręki. W mojej dedykacja „Marcie – życząc poetyckich wzlotów”. Gdy ten tomik wzięłam do ręki to zakręciło mi się w głowie. To erotyki (do dziś się zastanawiam, jak nasza pruderyjna do granic możliwości, mnisia wręcz wychowawczyni, pozwoliła przyjść Kościeńskiemu do nas i dać nam te słowa do rąk!). To wiersze, które ociekają wszystkimi wydzielinami ludzkimi. To wiersze o miłości fizycznej, nie do końca scalonej z miłością duchową. To wiersze drapieżne, obsceniczne czasem, bardzo ironiczne i takie nie do końca w tę miłość wierzące. Choć potem, gdy zdejmie się wszystkie jęki rozkoszy, to zostaje pod powierzchnią rozpalonej skóry sama miłość, albo samo jej pragnienie. Czyste uczucie, które chce się wykluć i tylko nie może, bo cielesność zasłania jej świat.
Wybrałam dwa wiersze z książki, która bawi się w chowanego (bo tak naprawdę to nie pierwszy raz już mi zginęła). Czytam je często, wtedy, gdy chcę poczuć dreszcz emocji (wtedy „z przeczuciem”) i wtedy, gdy chcę pomyśleć (wtedy „erotyk jest monetą”).
I pachną dla mnie te wiersze szkolnym korytarzem i moim pierwszym zachwytem nad tym, że można tak pisać, że można odłożyć na bok wstyd i że można potem pokazać takie wiersze kobiecie i doprowadzić ją do ekstazy samym słowem.

z przeczuciem

będziemy się kochali po szczeniacku i
z uśmiechem o wariackich papierach
a w nocy o godzinie którą doskonale
wyczujemy wewnętrznie powiemy – możliwe
że się obudzimy ja przytulony do
wczesnych gruszek dojrzałych w styczniu
bo takie są twoje dziewiętnastoletnie 
piersi zerwane z opuszczonych wykładów i
ćwiczeń albo z niezdanego egzaminu ciemnych
stron gramatyki języka rosyjskiego i psychologii
rozorany blizną na twoim ciele podniecającą
aż po sam koniec który trzymasz w ręku
lub z przeczuciem że zostaniesz kochanką
zamiast dwudziestopięcioletnią żoną /nie
pokonania na olimpijskim dystansie
łóżka/ i akademickim ciężarnym od plotek
na nasz temat będziemy się dożywiali
seksem i autentyczną miłością na przemoczonej
ślizgawce prześcieradła wyhaftowanego genami
będziemy się kochali aż do szpiku i trzewi
będziemy
aż użyźnią to poletko wcale nie Pana
Boga tylko
moje


erotyk jest monetą

moneta erotyku ma dwie strony
bardziej wytartą i spoconą jest jej awers
- pornografia stąd tyle fałszywego oburzenia
i awersji
monetę erotyku możemy rozmienić na drobne
i wydać np. na kurwy bo od czasu do czasu
trzeba zakosztować przysłowiowych zakazanych
owoców /wciąż podniecających piersi w cenie
I gat./ możemy też zdeponować ją w banku serca
na lepsze czasy lub kupić za nią bilet do
specjalnego kina na zakazany film
gdzie ze zdumieniem odkryjesz że główną rolę
gra bliska ci osoba
zauważ życie jest też monetą a wszystko
ma stronę prawą i lewą ciemniejszą
i bielszą awers i rewers /lecz nie łudź się
że odwrotnością pornografii jest miłość/ ten
erotyk jest monetą jak twoje życie wszystko

zależy od tego która strona upadnie

w błoto

piątek, 7 października 2011

DZIŚ NADSZEDŁ…

Z przyczyn kompletnie niezależnych od solenizanta i poniekąd niezależnych ode mnie, wyniki konkursu ogłaszam dziś – dzień po imieninach.
Obrady w ogóle nie były burzliwe i odbyły się via Internet – ja w Gdańsku, a Brat w Słupsku, co utrudniało rozmowę face to face.
Solenizant postanowił, że każde z nas wyśle maila z 3 typami i zobaczymy, czy któreś się pokryje. Tak zrobiliśmy i jak zwykle okazało się, że myślimy bardzo podobnie.
Krótka wymiana zdań, potwierdzenie, pokiwanie głową i już wiadomo, że „Matki, żony, czarownice” powędrują do:

alexanderki, która napisała: 

Skoro nie lubi standardowych życzeń... wymigałabym mu (język migowy) najbardziej znany znak na świecie - kocham cię :)


Myślę, że to było najbardziej oryginalne i najbliższe zrozumienia wyzwanie, a poza tym i ja i solenizant pomyśleliśmy o alexanderce jako pierwszej.

Książka więc już wybiera się do zwyciężczyni. Niech tylko dostanie jej adres!!! (alexanderko, prześlij go proszę na maila martunia33@wp.pl)

Nie mniej jednak chciałabym posłać też nagrodę niespodziankę tamaryszkowi, który rzutem na taśmę życzyła Bratu – a to za fenomenalną pamięć i wyczulenie na Brata w postach :-) (tamaryszku – poproszę o adres).


Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli potworzyć, pogłówkować, pomyśleć, pożyczyć, pokombinować i poszaleć.

środa, 5 października 2011

BAJU BAJ…


MIROSŁAW SOŚNICKI
„MIŁOŚĆ, TYLKO MIŁOŚĆ”
MTM, JUGOWICE 2009

Można tak…
To historia Joanny – 34 letniej bizneswoam, uwikłanej w romans z żonatym mężczyzną, która dostaje zawału i trafia do szpitala, a tam przechodzi wewnętrzną przemianę i odnajduje prawdziwą miłość.
…ale ten suchy opis, te kilka słów nie oddaje sensu i siły tej historii.
Więc można też tak…
Jest Jakub – Jakub leży w szpitalu umierając na raka i modli się o miłość. Panie Boże, gdy ona przyjdzie, gdy dasz mi dzień jeden z prawdziwą miłością – możesz mnie zabrać. I przychodzi Joanna, zaplątana cudem w sieć, którą Bóg postawił na jej drodze. Idzie, wchodzi do pokoju i już zostaje, bo nie może wyjść. I nie zamierza pozwalać odejść Jakubowi po jednym dniu. Ona wymodliła sobie więcej miłości niż tylko na dwa obroty wskazówek po tarczy zegara. Zegar tyka, a Joanna daje cała siebie, żeby Jakub mógł istnieć.
I czytając tę książkę miałam w głowie jedno zdanie „Dobrze, że w książkach wszystko jest możliwe!”.
Obudzenie do nowego życia, otwieranie oczu na oczywistości to nie jest nowy motyw. To wręcz jeden z tych motywów, który pojawia się w co drugiej książce. Ale znów Sośnicki znajduje swój sposób, swoje słowa, swoje zaczarowanie. Znów opowiada o oczywistościach, ale tak nieoczywistym językiem, że chce się słuchać i coraz bardziej się poddawać zdumieniu i zadziwieniu.
Co prawda w tytule widnieje „Miłość, tylko miłość”, ale to nieprawda, bo jest też wiara, jest też nadzieja i złość i zwątpienie i nienawiść. Są kłopoty finansowe, są kłótnie o firmę, jest intryga troszeczkę kryminalna, ale jest też morze zimą, modlitwy wysłuchane i cząstki pomarańczy, ssane spierzchniętymi wargami.
Ale po raz kolejny Sośnicki udowadnia, że miłość jest najważniejsza. Po raz kolejny, choć pierwszy, bo ”Modżiburki”, które doprowadziły mnie do Joanny i Jakuba napisane były później. 
Sośnicki pisze książki do czucia. Nie do myślenia. Czyta się je braillem – przykładam dłonie do kartek i wchłaniam słowa. Nie wszystko rozumiem, czasem chwytam tylko pojedyncze motywy, czasem wiem, że to jakiś ukryty symbol, ale nie do końca wiem, czym ma być. Ale to jak bajki, takie bajki dla dorosłych, bajania do poduszki i dla przypomnienia, że czasem coś jest dużo ważniejsze, niż się wydaje. Jest w tej książce trochę magii, trochę niezrozumiałego, taka poezja upchnięta do kuferka prozy. 
A po co ludziom bajki? 
Żeby lepiej się żyło.
Żeby nie zapominać o najważniejszym (miłość, tylko miłość…)
Żeby najpierw płakać, a później się uśmiechać.
Żeby uwierzyć, że storczyk może się zakochać w kobiecie.


[Książkę dostałam od autora, z autografem. Od czasu, gdy przeczytałam „Modżiburki” czuję, że to moja pokrewna dusza, ktoś, kto czasem myśli dokładnie to samo, co ja, więc dzięki Mu wielkie, za ten prezent]

poniedziałek, 3 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 1

Idzie jesień. Wielkimi krokami. Dziś jeszcze jej nie ma, ale już czuję na karku jej podmuch. I lodowate palce zimy, które są tuż za jesienią. Nie przygotowałam się na nią, nie wygrzałam się, nie zrobiłam zapasów słońca pod powiekami. Dlatego myślę nad alternatywnymi sposobami zapewnienia sobie ciepła.
Jednym z nich jest poezja.
Przy ostatniej wizycie w bibliotece podeszłam do regału z poezją i utknęłam tam na trochę, przysiadłam na stołeczku, który stoi akurat między „Poezja polska” a „Poezja zagraniczna” i „Poezja. Antologie”. Wybrałam kilka tomików i od wczoraj utonęłam w nich. Jedną dłonią mieszam dżem w garnku, a drugą przewracam strony w tomikach poetyckich. Różnych. Odsunęłam też trochę prozę na swojej półce z książkami i wyciągnęłam zza niej moje ulubione tomiki. 
I będę te krople dobrych słów pokazywać.
A zacząć chcę nietypowo i przewrotnie.
Bo od wierszy mojego Przyjaciela. 
Kiedyś bardzo blisko siebie byliśmy, znał wiele moich myśli, a ja się starałam być skarbonką na jego uczucia. Bez kluczyka. Trochę tego wszystkiego we mnie zostało. Między innymi zeszyt z obcasem i żarzącym się papierosem, zatytułowany „Pierwsze kroki”. Nie pamiętam już, jak znalazł się u mnie. Pewnie byłam ostatnią, której pokazywał, jak się uczy podporządkowywać sobie słowa. A potem wyjechał na studia i „ta ostatnia” zakopała zeszyt w kartonach, wśród zasuszonych kwiatów, starych zdjęć i listów. Z Mariuszem spotykam się bardzo rzadko, bardzo rzadko rozmawiamy. Mimo Internetu, mimo telefonów On jest w Warszawie, a ja w Gdańsku i nici poprzecierały się, wypłowiał wzór, jaki razem tkaliśmy. Ale nie całkiem wszystko zniknęło. Gdy odnalazłam Jego zeszyt (pewnie też nie pamięta, że go mam) obok tomiku Szymborskiej, Poświatowskiej, Achmatowej i tekstów U2, uśmiechnęłam się i zamyśliłam nad młodością chmurną i durną. Nad tym, jak kiedyś, lat temu 12 (bo taką datę ma ostatni wiersz z zeszytu) Mariusz pisał swoje uczucia, podpisując je śmieszną, ale przemyślaną kokardką, która miała symbolizować splot jego inicjałów M.K. 
Śmieszne są i nieporadne niektóre, niektóre mądre i zaskakujące. Niektórych nie rozumiem i nawet się nie staram, a niektóre są dokładnym odzwierciedleniem moich zamyśleń/przemyśleń. Ale jednego nie można im odmówić. Są szczere i prawdziwe. W takich wierszach, wierszach pisanych ukradkiem, między matematyką a zawodem miłosnym, między spacerem z psem a pierwszym pocałunkiem – w takich wierszach się nie kłamie!
Więc bez interpretacji, bez analizy, bez komentarza chcę Wam pokazać kilka z nich, tych, które zrobiły na mnie teraz, po latach największe wrażenie (mimo, że nie otrzymałam formalnej zgody od autora). Ale mam nadzieję, że jeśli tu trafi uśmiechnie się i łezka mu się w oku zakręci, tak jak mi.
Niniejszym otwieram nowy cykl, mój prywatny mały poetycki przegląd, który ma mi pomóc przetrwać zimę.

Monotonia

Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja matką głupich.
Nie poszukuj nadziei.
Bądź cierpliwy, nie będziesz musiał poszukiwać.
Serce burzę przetrzyma tylko cierpliwe.
Zauważ w piersi swojej bicie serca.
Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja…


Żywioły

Wejdź we mnie jak
piorun w linię wysokiego napięcia.
Zamknij mnie w sobie jak
policjant złego przestępcę.
Wyrwij mnie jak
huragan drzewo z ziemi.
Porwij mnie jak
tornado plantację kukurydzy.
Zatop mnie jak
ocean małą żaglówkę.
Zgaś me pragnienie jak
woda rozżarzone ognisko.
Zapal mnie jak
zapałka kawałek papieru.
TERAZ!


Nocny pocałunek

usta
i usta
poduszka
wyobraźnia
i wystarczy


Wynajmę

Przystojnego
Bezwzględnego
Młodzieńca bez serca, by uwiódł
piękną
bezwzględną
kobietę bez serca, która uwiodła
szczerego
wiernego
mnie


Bóg jest kobietą

odnalazłem swojego Boga
pochwyciłem
skrępowałem
usidliłem
i…
czekam

dobry jest mój Bóg
ciepły
przyjacielski
obecny
dla
mnie mnogiego

dba o mnie mój Bóg
ściska
rozwesela
rozczula
i jest
właśnie tu gdzie ja jestem

dotknąć mogę mojego Boga
przytulić
objąć
ucałować
bo jest
tak dopasowany

wrażliwy jest mój Bóg
opiekuńczy
czuły
właściwy
bo mój
Bóg jest kobietą


[No i nie zdążyłam z pierwszym odcinkiem w niedzielę...]