poniedziałek, 10 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ ODCINEK 2

[z przyczyn trochę magicznych, a trochę wizytowo-spotkaniowo-leniwych niedziela odbywa się w poniedziałek… jak pierwsza zresztą]

Niedawno szukałam tej książki gorączkowo. Była 1 w nocy, a ja tak cholernie się bałam, że zginęła. Jest mała, niepozorna, ma tylko 48 stron (ze spisem treści) i schowała się, ukryła, a mi przebiegły ciarki po plecach. Bo nie ma jej. Bo już jej nie będzie… 
Ale jest, wyszła spomiędzy grubych tomiszczy i pokazała swoją białą prostą okładkę z zielonym tytułem „W twoich udach jest wulkan”.
Autorem tego tomiku jest Mirosław Kościeński . Jego tomik dostałam na spotkaniu autorskim, jakie miał w naszym LO, na zajęciach z dziennikarstwa. Przyszedł, gadał, gadał, gadał, drewnianym głosem czytał swoje wiersze, w których nie było polotu i ikry. A potem dostaliśmy tomiki do ręki. W mojej dedykacja „Marcie – życząc poetyckich wzlotów”. Gdy ten tomik wzięłam do ręki to zakręciło mi się w głowie. To erotyki (do dziś się zastanawiam, jak nasza pruderyjna do granic możliwości, mnisia wręcz wychowawczyni, pozwoliła przyjść Kościeńskiemu do nas i dać nam te słowa do rąk!). To wiersze, które ociekają wszystkimi wydzielinami ludzkimi. To wiersze o miłości fizycznej, nie do końca scalonej z miłością duchową. To wiersze drapieżne, obsceniczne czasem, bardzo ironiczne i takie nie do końca w tę miłość wierzące. Choć potem, gdy zdejmie się wszystkie jęki rozkoszy, to zostaje pod powierzchnią rozpalonej skóry sama miłość, albo samo jej pragnienie. Czyste uczucie, które chce się wykluć i tylko nie może, bo cielesność zasłania jej świat.
Wybrałam dwa wiersze z książki, która bawi się w chowanego (bo tak naprawdę to nie pierwszy raz już mi zginęła). Czytam je często, wtedy, gdy chcę poczuć dreszcz emocji (wtedy „z przeczuciem”) i wtedy, gdy chcę pomyśleć (wtedy „erotyk jest monetą”).
I pachną dla mnie te wiersze szkolnym korytarzem i moim pierwszym zachwytem nad tym, że można tak pisać, że można odłożyć na bok wstyd i że można potem pokazać takie wiersze kobiecie i doprowadzić ją do ekstazy samym słowem.

z przeczuciem

będziemy się kochali po szczeniacku i
z uśmiechem o wariackich papierach
a w nocy o godzinie którą doskonale
wyczujemy wewnętrznie powiemy – możliwe
że się obudzimy ja przytulony do
wczesnych gruszek dojrzałych w styczniu
bo takie są twoje dziewiętnastoletnie 
piersi zerwane z opuszczonych wykładów i
ćwiczeń albo z niezdanego egzaminu ciemnych
stron gramatyki języka rosyjskiego i psychologii
rozorany blizną na twoim ciele podniecającą
aż po sam koniec który trzymasz w ręku
lub z przeczuciem że zostaniesz kochanką
zamiast dwudziestopięcioletnią żoną /nie
pokonania na olimpijskim dystansie
łóżka/ i akademickim ciężarnym od plotek
na nasz temat będziemy się dożywiali
seksem i autentyczną miłością na przemoczonej
ślizgawce prześcieradła wyhaftowanego genami
będziemy się kochali aż do szpiku i trzewi
będziemy
aż użyźnią to poletko wcale nie Pana
Boga tylko
moje


erotyk jest monetą

moneta erotyku ma dwie strony
bardziej wytartą i spoconą jest jej awers
- pornografia stąd tyle fałszywego oburzenia
i awersji
monetę erotyku możemy rozmienić na drobne
i wydać np. na kurwy bo od czasu do czasu
trzeba zakosztować przysłowiowych zakazanych
owoców /wciąż podniecających piersi w cenie
I gat./ możemy też zdeponować ją w banku serca
na lepsze czasy lub kupić za nią bilet do
specjalnego kina na zakazany film
gdzie ze zdumieniem odkryjesz że główną rolę
gra bliska ci osoba
zauważ życie jest też monetą a wszystko
ma stronę prawą i lewą ciemniejszą
i bielszą awers i rewers /lecz nie łudź się
że odwrotnością pornografii jest miłość/ ten
erotyk jest monetą jak twoje życie wszystko

zależy od tego która strona upadnie

w błoto

piątek, 7 października 2011

DZIŚ NADSZEDŁ…

Z przyczyn kompletnie niezależnych od solenizanta i poniekąd niezależnych ode mnie, wyniki konkursu ogłaszam dziś – dzień po imieninach.
Obrady w ogóle nie były burzliwe i odbyły się via Internet – ja w Gdańsku, a Brat w Słupsku, co utrudniało rozmowę face to face.
Solenizant postanowił, że każde z nas wyśle maila z 3 typami i zobaczymy, czy któreś się pokryje. Tak zrobiliśmy i jak zwykle okazało się, że myślimy bardzo podobnie.
Krótka wymiana zdań, potwierdzenie, pokiwanie głową i już wiadomo, że „Matki, żony, czarownice” powędrują do:

alexanderki, która napisała: 

Skoro nie lubi standardowych życzeń... wymigałabym mu (język migowy) najbardziej znany znak na świecie - kocham cię :)


Myślę, że to było najbardziej oryginalne i najbliższe zrozumienia wyzwanie, a poza tym i ja i solenizant pomyśleliśmy o alexanderce jako pierwszej.

Książka więc już wybiera się do zwyciężczyni. Niech tylko dostanie jej adres!!! (alexanderko, prześlij go proszę na maila martunia33@wp.pl)

Nie mniej jednak chciałabym posłać też nagrodę niespodziankę tamaryszkowi, który rzutem na taśmę życzyła Bratu – a to za fenomenalną pamięć i wyczulenie na Brata w postach :-) (tamaryszku – poproszę o adres).


Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli potworzyć, pogłówkować, pomyśleć, pożyczyć, pokombinować i poszaleć.

środa, 5 października 2011

BAJU BAJ…


MIROSŁAW SOŚNICKI
„MIŁOŚĆ, TYLKO MIŁOŚĆ”
MTM, JUGOWICE 2009

Można tak…
To historia Joanny – 34 letniej bizneswoam, uwikłanej w romans z żonatym mężczyzną, która dostaje zawału i trafia do szpitala, a tam przechodzi wewnętrzną przemianę i odnajduje prawdziwą miłość.
…ale ten suchy opis, te kilka słów nie oddaje sensu i siły tej historii.
Więc można też tak…
Jest Jakub – Jakub leży w szpitalu umierając na raka i modli się o miłość. Panie Boże, gdy ona przyjdzie, gdy dasz mi dzień jeden z prawdziwą miłością – możesz mnie zabrać. I przychodzi Joanna, zaplątana cudem w sieć, którą Bóg postawił na jej drodze. Idzie, wchodzi do pokoju i już zostaje, bo nie może wyjść. I nie zamierza pozwalać odejść Jakubowi po jednym dniu. Ona wymodliła sobie więcej miłości niż tylko na dwa obroty wskazówek po tarczy zegara. Zegar tyka, a Joanna daje cała siebie, żeby Jakub mógł istnieć.
I czytając tę książkę miałam w głowie jedno zdanie „Dobrze, że w książkach wszystko jest możliwe!”.
Obudzenie do nowego życia, otwieranie oczu na oczywistości to nie jest nowy motyw. To wręcz jeden z tych motywów, który pojawia się w co drugiej książce. Ale znów Sośnicki znajduje swój sposób, swoje słowa, swoje zaczarowanie. Znów opowiada o oczywistościach, ale tak nieoczywistym językiem, że chce się słuchać i coraz bardziej się poddawać zdumieniu i zadziwieniu.
Co prawda w tytule widnieje „Miłość, tylko miłość”, ale to nieprawda, bo jest też wiara, jest też nadzieja i złość i zwątpienie i nienawiść. Są kłopoty finansowe, są kłótnie o firmę, jest intryga troszeczkę kryminalna, ale jest też morze zimą, modlitwy wysłuchane i cząstki pomarańczy, ssane spierzchniętymi wargami.
Ale po raz kolejny Sośnicki udowadnia, że miłość jest najważniejsza. Po raz kolejny, choć pierwszy, bo ”Modżiburki”, które doprowadziły mnie do Joanny i Jakuba napisane były później. 
Sośnicki pisze książki do czucia. Nie do myślenia. Czyta się je braillem – przykładam dłonie do kartek i wchłaniam słowa. Nie wszystko rozumiem, czasem chwytam tylko pojedyncze motywy, czasem wiem, że to jakiś ukryty symbol, ale nie do końca wiem, czym ma być. Ale to jak bajki, takie bajki dla dorosłych, bajania do poduszki i dla przypomnienia, że czasem coś jest dużo ważniejsze, niż się wydaje. Jest w tej książce trochę magii, trochę niezrozumiałego, taka poezja upchnięta do kuferka prozy. 
A po co ludziom bajki? 
Żeby lepiej się żyło.
Żeby nie zapominać o najważniejszym (miłość, tylko miłość…)
Żeby najpierw płakać, a później się uśmiechać.
Żeby uwierzyć, że storczyk może się zakochać w kobiecie.


[Książkę dostałam od autora, z autografem. Od czasu, gdy przeczytałam „Modżiburki” czuję, że to moja pokrewna dusza, ktoś, kto czasem myśli dokładnie to samo, co ja, więc dzięki Mu wielkie, za ten prezent]

poniedziałek, 3 października 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 1

Idzie jesień. Wielkimi krokami. Dziś jeszcze jej nie ma, ale już czuję na karku jej podmuch. I lodowate palce zimy, które są tuż za jesienią. Nie przygotowałam się na nią, nie wygrzałam się, nie zrobiłam zapasów słońca pod powiekami. Dlatego myślę nad alternatywnymi sposobami zapewnienia sobie ciepła.
Jednym z nich jest poezja.
Przy ostatniej wizycie w bibliotece podeszłam do regału z poezją i utknęłam tam na trochę, przysiadłam na stołeczku, który stoi akurat między „Poezja polska” a „Poezja zagraniczna” i „Poezja. Antologie”. Wybrałam kilka tomików i od wczoraj utonęłam w nich. Jedną dłonią mieszam dżem w garnku, a drugą przewracam strony w tomikach poetyckich. Różnych. Odsunęłam też trochę prozę na swojej półce z książkami i wyciągnęłam zza niej moje ulubione tomiki. 
I będę te krople dobrych słów pokazywać.
A zacząć chcę nietypowo i przewrotnie.
Bo od wierszy mojego Przyjaciela. 
Kiedyś bardzo blisko siebie byliśmy, znał wiele moich myśli, a ja się starałam być skarbonką na jego uczucia. Bez kluczyka. Trochę tego wszystkiego we mnie zostało. Między innymi zeszyt z obcasem i żarzącym się papierosem, zatytułowany „Pierwsze kroki”. Nie pamiętam już, jak znalazł się u mnie. Pewnie byłam ostatnią, której pokazywał, jak się uczy podporządkowywać sobie słowa. A potem wyjechał na studia i „ta ostatnia” zakopała zeszyt w kartonach, wśród zasuszonych kwiatów, starych zdjęć i listów. Z Mariuszem spotykam się bardzo rzadko, bardzo rzadko rozmawiamy. Mimo Internetu, mimo telefonów On jest w Warszawie, a ja w Gdańsku i nici poprzecierały się, wypłowiał wzór, jaki razem tkaliśmy. Ale nie całkiem wszystko zniknęło. Gdy odnalazłam Jego zeszyt (pewnie też nie pamięta, że go mam) obok tomiku Szymborskiej, Poświatowskiej, Achmatowej i tekstów U2, uśmiechnęłam się i zamyśliłam nad młodością chmurną i durną. Nad tym, jak kiedyś, lat temu 12 (bo taką datę ma ostatni wiersz z zeszytu) Mariusz pisał swoje uczucia, podpisując je śmieszną, ale przemyślaną kokardką, która miała symbolizować splot jego inicjałów M.K. 
Śmieszne są i nieporadne niektóre, niektóre mądre i zaskakujące. Niektórych nie rozumiem i nawet się nie staram, a niektóre są dokładnym odzwierciedleniem moich zamyśleń/przemyśleń. Ale jednego nie można im odmówić. Są szczere i prawdziwe. W takich wierszach, wierszach pisanych ukradkiem, między matematyką a zawodem miłosnym, między spacerem z psem a pierwszym pocałunkiem – w takich wierszach się nie kłamie!
Więc bez interpretacji, bez analizy, bez komentarza chcę Wam pokazać kilka z nich, tych, które zrobiły na mnie teraz, po latach największe wrażenie (mimo, że nie otrzymałam formalnej zgody od autora). Ale mam nadzieję, że jeśli tu trafi uśmiechnie się i łezka mu się w oku zakręci, tak jak mi.
Niniejszym otwieram nowy cykl, mój prywatny mały poetycki przegląd, który ma mi pomóc przetrwać zimę.

Monotonia

Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja matką głupich.
Nie poszukuj nadziei.
Bądź cierpliwy, nie będziesz musiał poszukiwać.
Serce burzę przetrzyma tylko cierpliwe.
Zauważ w piersi swojej bicie serca.
Głupiec pragnie być zauważony.
Nadzieja…


Żywioły

Wejdź we mnie jak
piorun w linię wysokiego napięcia.
Zamknij mnie w sobie jak
policjant złego przestępcę.
Wyrwij mnie jak
huragan drzewo z ziemi.
Porwij mnie jak
tornado plantację kukurydzy.
Zatop mnie jak
ocean małą żaglówkę.
Zgaś me pragnienie jak
woda rozżarzone ognisko.
Zapal mnie jak
zapałka kawałek papieru.
TERAZ!


Nocny pocałunek

usta
i usta
poduszka
wyobraźnia
i wystarczy


Wynajmę

Przystojnego
Bezwzględnego
Młodzieńca bez serca, by uwiódł
piękną
bezwzględną
kobietę bez serca, która uwiodła
szczerego
wiernego
mnie


Bóg jest kobietą

odnalazłem swojego Boga
pochwyciłem
skrępowałem
usidliłem
i…
czekam

dobry jest mój Bóg
ciepły
przyjacielski
obecny
dla
mnie mnogiego

dba o mnie mój Bóg
ściska
rozwesela
rozczula
i jest
właśnie tu gdzie ja jestem

dotknąć mogę mojego Boga
przytulić
objąć
ucałować
bo jest
tak dopasowany

wrażliwy jest mój Bóg
opiekuńczy
czuły
właściwy
bo mój
Bóg jest kobietą


[No i nie zdążyłam z pierwszym odcinkiem w niedzielę...]

piątek, 30 września 2011

PREZENTÓW CZAS

Mój Brat ma za 7 dni imieniny.

Z tej okazji mam do podarowania książkę "Matki, żony, czarownice" Joanny Miszczuk od wydawnictwa Prószyński i S-ka. 

Jeśli ktoś ma ochotę ją dostać - oto zadanie: mój Brat strasznie nie lubi życzeń. Ale skoro ma imieniny to chciałabym, żebyście wymyślili jakieś życzenia, które przyjmie osoba nie lubiąca życzeń dostawać. 6 października komisja w składzie ja i solenizant wybierzemy te, które najbardziej chcielibyśmy usłyszeć między łodyżkami imieninowych kwiatków bądź  odczytać na kartce z imieninową wiązanką.

Póki co książka śpi w oczekiwaniu....

środa, 28 września 2011

PATRZEĆ STOJĄC NA GŁOWIE


HARRY OLIVER
„KOCIE FURTKI I PUŁAPKI NA MYSZY. SKĄD SIĘ WZIĘŁY ZWYCZAJNE (I NIEZWYKŁE!) PRZEDMIOTY W NASZYM ŻYCIU?”
(TŁ. JAKUB GÓRALCZYK)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011

Uwielbiam się dziwić. 
Uwielbiam być zaskakiwana.
Uwielbiam, gdy coś wywołuje we mnie takie emocje, że przecieram w zdumieniu oczy.
I po części tak podziałała na mnie ta książka.
Co chwilę śmiałam się, bo jak tu się nie śmiać, gdy słyszy się, że hula-hoop było zakazane w Japonii ze względu na nieprzyzwoite ruchy biodrami, jakie wykonuje się podczas jego kręcenia. Rozdziawiałam usta, bo jak nie rozdziawiać, gdy dowiaduję się, że pierwotnie folia bąbelkowa miała służyć jako tapeta, a Lizzie Magie, która wymyśliła grę Monopol była antykapitalistką i chciała, żeby jej gra podkreślała negatywne skutki kapitalizmu. Czytałam kawałki komuś, kto akurat znajdował się w pobliżu, bo nie mogłam zatrzymać dla siebie informacji, że Lego pierwotnie było drewniane, a wymyślił je producent drabin, jako sposób na wykorzystanie resztek drewna. A jeśli byłam akurat sama i znalazłam informację taką jak to, że Adidasy zostały wymyślone przez Adolfa ADIEGO Dasslera, a Pumy przez jego brata i że trzy paski miały służyć wzmocnieniu obuwia, a „waflowe” podeszwy powstały poprzez włożenie kawałka gumy do gofrownicy – to musiałam zadzwonić do Męża i podzielić się z nim taką informacją.
Ta książka pełna jest takich perełek. No bo ja nie przypuszczałam, że pierwszy tusz do rzęs stworzony został przez T.L. Williama dla jego siostry, która obawiała się, że jest zbyt brzydka, by znaleźć męża. Nie wiedziałam też o tym, że soczewki kontaktowe, które w znanej dziś postaci powstały w latach 60. XX w. wymyślił już Leonardo Da Vinci. Nie miałam też pojęcia, skąd wzięła się punktacja w Scrabble – wynikało to z analizy częstotliwości, z jaką dana litera pojawia się na stronach „New York Times’a”.
Oliver podzielił swoją książkę na 13 części, rozróżniając na przykład „produkty spożywcze” – gdzie znajdziemy pizzę, majonez i dowiemy się, że bagietka ma podłużny kształt, ponieważ piecze się szybciej od okrągłego bochenka, a w latach 20. XX wieku prawnie zabroniono piekarzom pracy przed godziną 4 rano; „zabawę i czas wolny” i tu wszelkiego rodzaju gry; „w łazience”, „wewnątrz i na zewnątrz” i „pieniądz rządzi światem”.
Gdy czytałam, że pierwsze mleko w kartonie powstało w 1951 roku to dotarło do mnie z całą mocą, że każdą rzecz, z tych, którymi się otaczam, musiał ktoś wymyślić, zaprojektować, wynaleźć. Gdy czytałam o zmywarce do naczyń i o tym, że wymyśliła ją kobieta, która nienawidziła zmywania, doszłam do wniosku, że wynalazki powstają w ludzkim umyśle po to, by ulepszać życie, pomagać sobie i eliminować z życia to, czego nie znosimy. Gdy czytałam o tym, że kiedyś używanie widelca uchodziło za świętokradztwo myślałam o tym, jak bardzo nasze życie uległo zmianie i jak wiele mamy narzędzi, które kiedyś wzbudziłyby lęk lub oburzenie. Gdy czytałam, że frisbee wymyślili znudzeni studenci, początkowo rzucając pustymi puszkami po ciastkach, żeby umilić sobie czas, myślałam o tym, iż człowiek nudzący się, to człowiek myślący, który chce zabić nudę. A gdy dowiedziałam się, że metalowe nity przy dżinsach zostały wymyślone przez zbieracza minerałów, który chciał w ten sposób wzmocnić kieszenie, nieustannie wypchane nowymi zbiorami, potwierdziło się powiedzenie – potrzeba matką wynalazku.
Lubię takie książki, bo zmuszają mnie do otwarcia oczu, do spojrzenia inaczej, do stanięcia na głowie i sprawdzenia co jest pod blatem stołu, pod który nigdy nie zaglądam.
Niektóre historyjki jednak były zwyczajne, były nudne i zastanawiałam się czym Oliver kierował się wybierając akurat termometr czy minispódniczkę, skoro nie wiążą się z nimi żadne „jabłka Newtona” czy choćby miłość do ukochanego zwierzaka (tak, jak przy kociej furtce, o której mowa a tytule). Ale zaraz się reflektowałam – „skąd się wzięły zwyczajne i niezwyczajne przedmioty…”, a nie „najbardziej spektakularne historie związane z wynalazkami”. Więc czasem ziewałam i dawałam odpocząć swemu zadziwieniu.
Nie mniej jednak od razu przyszła mi do głowy myśl – już widziałam w sklepach pierwsze kalendarze adwentowe – co jeśli zamiast cukierka włożyć do nich historyjki z tej książki i czytać je wieczorem jak mini-bajki? 

(Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego)


czwartek, 22 września 2011

DELIKATNE DUSZY BUJANIE


BRIDGET ASHER
„PROWANSALSKI BALSAM NA ZŁAMANE SERCA”
(TŁ. EWA RUDOLF)
WYDAWNICTW LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Tytuł może odstraszać. Jest dokładnym tłumaczeniem tytułu oryginalnego, ale przywodzi na myśl lukier, historię miłosną oczywistą i czarno-białą, jakieś poznawanie królewicza i ogólnie wodospad cukru.
Asher znałam już z ”Kwiatów od Artiego”, która zaskoczyła mnie fabułą, łzami wzruszenia podczas czytania i świetnymi postaciami; oraz z trochę mniej udanej ”Pożyczonej miłości”, która akurat nie zaskoczyła mnie niczym. Więc miałam nadzieję na loty trochę wyższe niż królewicz na białym koniu, który przybywa do Prowansji. No albo w tej Prowansji już jest i czeka opalony i gotowy, z ramionami rozpostartymi na taką szerokość, że białogłowa po prostu musi w nie wpaść i nie ma wyjścia.
Przede wszystkim cieszę się, że Asher „przejęło” Wydawnictwo Literackie (wcześniej w Polsce wydawało jej twórczość Otwarte). Cieszę się z dwóch powodów. Po pierwsze Literackie promuje powieści „do poduchy”, które oprócz tego, że świetnie się czytają i że można przy nich odpocząć, to do tego są mądre. A ta książka jest dla mnie mądra, choć może nie odkrywcza w swej mądrości i nie filozofująca. A po drugie cieszę się, bo kocham namiętnie ich okładki, które sprawiają, że biorę książkę do ręki i mam ochotę w nią wejść.
I weszłam w tę dżunglę uczuć i zatopiłam się na kilka wieczorów. 
Bo najlepiej czytać ją niespiesznie.
Tak jak się przeżywa żałobę.
Bo ta powieść jest o przepracowywaniu żalu, o oswajaniu strachów, o nazywaniu swoich uczuć, o wymyślaniu dla siebie opiekuńczych duchów, które potem szepczą Twoje imię.
„Każdej kobiecie należy się jedno zagubione lato. Teraz twoja kolej.” [s.100]
Takie słowa usłyszała Heidi od swojej matki. A usłyszała je dwa lata po śmierci swojego męża, ukochanego Henry’ego, który był jej oczami, jej notesem na ważne zapiski, jej kubkami smakowymi i jej podręcznikiem wychowania dzieci. Zginął w wypadku samochodowym i zostawił dwie sieroty – swojego synka Abbota i swoją żonę, która bez niego została ślepa, bez czucia i zupełnie bezradna. Abbot nie może się otrząsnąć po śmierci ojca – obsesyjnie myśli o śmierci, kurczowo trzyma się matki, obawiając się jej przedwczesnego odejścia i obsesyjnie myje ręce, bojąc się przenoszonych przez świat zarazków. I co noc słucha opowieści o Henrym, które snuje matka – o tym, jak grał w bejsbol i o tym, jak kupił sobie fajkę. A matka sama nie może się otrząsnąć. Zaniedbuje swoją ciastkarnię, która kiedyś była jej pasją, radością i spełnionym marzeniem. Notorycznie coś gubi, nieprzytomnie staje na środku drogi nie wiedząc, w którą iść stronę, prawie zapomina o ślubie siostry.
Te słowa, które słyszy od matki, a które we mnie wywołały dreszcz ekscytacji, są magicznym zaklęciem i wyłomem w szklanej tafli, za którą znalazła się księżniczka Heidi. Księżniczka bez księcia i księżniczka, która zupełnie go nie szuka. I zupełnie też nie o tym jest ta książka. Jakaś miłość, jakaś przyjaźń jest obok, dodatkowo. Najważniejsze jest przebudzenie i odzyskiwanie czucia w wargach, w zdrętwiałych stopach i w języku. 
Heidi zabiera walizkę, zabiera Abbota, zabiera pasierbicę swojej siostry, która też, tak jak ona nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, i jadą do domu w Prowansji, od wielu lat należącego do rodziny. Domowi przydałby się remont i przydałby się ktoś, kto tak samo, jak on musi się podnieść. Albo jak ona, bo mam wrażenie, że ten dom jest rodzaju żeńskiego. Bo to też książka o sile kobiet, o rodzinie, w której kobiety nieustannie muszą się podnosić z upadków i być silne, muszą ufać samym sobie i innym kobietom w swojej rodzinie, muszą znać swoją wartość i potrafić oprzeć na niej swoje życie. 
Ale to nie żaden manifest feministyczny, a piękna opowieść o magicznym domu, o smakach ciastek z kremem i zapachu świeżego chleba. O górze, trwającej obok domu, w którą wszystkie kobiety rodu mogą wpatrywać się cały dzień, żeby otrzymać odpowiedzi. I to powieść, która kołysze, delikatnie buja, którą najlepiej czytać powoli i nie poganiać jej zbyt nachalnym i zbyt prędkim przewracaniem stron. Nie chodzi w niej też o to, czy odgadnie się wcześniej fabułę i czy domyśli się zakończenia. Chodzi o położenie się na tej powieściowej trawie i patrzenie w chmury. I o to, żeby dać się porwać bajkom i uwierzyć, ze każda z nich może być prawdziwa. 

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

Na końcu książki jest menu wraz z przepisami na rodzinną prowansalską kolację. Asher jest zafascynowania jedzeniem, zafascynowana smakami, a szczególnie słodkim. Prywatnie, oprócz pisania , zajmuje się sklepikiem The Cake Shop, który otworzyła zainspirowana swoją ulubioną cukiernią w mieście o tej samej nazwie. 
I mimo mojej miłości do Literackich okładek muszę zamieścić oryginalną, ponieważ budzi we mnie pozytywne uczucia, budzi wiarę i uśmiech, choć uważam, że polska lepiej oddaje charakter powieści.