poniedziałek, 5 stycznia 2015

ZAKLNIJ MI W ŚRODEK UCHA

JAKUB ĆWIEK
„CHŁOPCY. W SKRÓCIE”
SOUND TROPEZ, WARSZAWA 2014
Występują:
Marta - Julia Kamińska
Bolek - Dawid Ogrodnik
Kędzior - Arkadiusz Jakubik
Narrator - Jacek Rozenek.
Gościnnie, w roli Milczka - Jakub Ćwiek.

Jak zwykle wyjeżdżamy zbyt późno. Jest jeszcze tyle rzeczy do powiedzenia, choć mówiliśmy prawie cała dobę. Jest słów za dużo i droga czeka. A potem jest ciemno, pada deszcz i chciałoby się być w domu, a do pokonania jeszcze wiele kilometrów. Słuchamy „Chłopców”...
Ta dwójka też jedzie, być może nawet pasem obok, mijamy się. W ich planach jest wizyta w jakimś starym domu wariatów, a przynajmniej tak wygląda ten budynek, do którego Bolek chce zabrać Martę. W schowku już czekają Durexy i ma być trochę romantycznie, a trochę strasznie – eros, tanatos, adrenalina... Żeby się nie nudziło, to są jakieś przekomarzanki słowne i potyczki i utarczki. I nagle na drodze zupełnie niespodziewanie pojawia się motor a na nim mężczyzna. Marta krzyczy „Bolek uważaj!”, ale jest za późno...
Potem jest już tylko gorzej, bo Kędzior, Zagubiony Chłopiec, opowiada o Skrócie, o takim miejscu, w którym był choć raz każdy, kto „robi długie trasy”. Teraz trzeba się tam udać i uratować Milczka, brata Kędziora, bo Skrót nie chce go wypuścić...
Właściwie, żeby powiedzieć co myślę o tym słuchowisku, wystarczą dwa zdania – słuchałam go już 5 razy, z czego pierwszy raz dwa pod rząd. Drugie zdanie, może nawet ważniejsze – kocham Soud Tropez ze słuchowiska na słuchowisko coraz bardziej. Bawią się słowem, nie boją się eksperymentów, genialnie grają tłem dźwiękowym. I pozwalają swoim aktorom dawać z siebie wszystko – dobra jest mrucząca Julia Kamińska, świadoma swojej urody Marta, która dostała władzę na facetem i teraz się nią bawi; dobry jest Dawid Ogrodnik – trochę nieśmiały, wycofany chłopako-mężczyzna, który odważył się poderwać dziewczynę marzeń, a teraz właśnie przeżywa przygodę życia, dobry jest Milczek, ale to się rozumie samo przez się (he, he ;-); dobry jest Rozenek, choć teraz w jego głosie czytam już tylko Thorgala. Ale najlepszy, wybitny, genialny, fenomenalny i w ogóle arcy jest Arkadiusz Jakubik – tu miejsce na oklaski. Z półgodzinnego słuchowiska zrobił majstersztyk i sprawił, że po raz pierwszy przekleństwa brzmiały muzycznie i wywoływały efekt „chcę więcej!”.
„No to cóż stary, nie dziękuj...”

Wieloznaczny jest ten tytuł. Bo to tylko pół godziny. Bo to pigułka, którą się łyka na szybsze kręcenie kołami samochodu. Bo Skrót jest gdzieś obok i wystarczy tylko się zapomnieć, albo zapamiętać. Albo wciągnąć trochę proszku wróżek i zwyczajnie odlecieć. Tylko nie zapomnijcie, że najważniejsza zasada brzmi – nie wk...iać Skrótu!


["Chłopców" mam w uszach dzięki uprzejmości Sound tropez"]

poniedziałek, 22 grudnia 2014

WIGILIA U DWÓCH SIÓSTR

INDIA DESJARDINS
„WIGILIA MAŁGORZATY”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁ PASCAL BLANCHET

Kilka dni temu czytałam wspomnienia z zimy stulecia 1978/1979. Śniegu było pół metra, napadł w ciągu jednej nocy, w Sylwestra. Ci, którzy wybierali się na zabawy, bale, często nie docierali na miejsce, zatrzymani w pół drogi brakiem taksówek, autobusów i śniegiem, który więził kroki. Czytałam o tym, jak jedna para chciała zadzwonić do znajomych, że ich nie będzie, nie dotrą, żeby się nie martwili. Nie było komórek, to banał, ale nie każdy o tym wie. Nie było nawet telefonu stacjonarnego w każdym domu. Więc chodzili od drzwi do drzwi i pytali o aparat telefoniczny. W końcu w jakimś bloku znalazł się kto, kto nie tylko dał zadzwonić, ale zaprosił na prywatkę, nakarmił, napoił. Dziś nie do pomyślenia, dziś brzmi, jak bajka. Obudowujemy się w swoich mieszkaniach, okopujemy, widząc wszędzie czające się zło i źdźbło w oku sąsiada. Zapominamy jak się rozmawia.
Taka jest też Małgorzata. Ją dopadła również starość. Zniechęcenie życiem, w miarę wygodne w nim ułożenie. Tu mam nogę, tu rękę, nie będę się ruszać, bo mogę stracić komfort, bo może coś zacznie uwierać – po co się przekręcać, badać nowe? Małgorzata życie ma nader poukładane – dzieci gdzieś daleko, częściej na zdjęciach, niż w rozmowie, dostawy prądu, bułek i domowe wizyty fryzjera. Nie wychodzi ze swojego kokonu, nie wychodzi ze swojego domu. Dom jest duży, ale pewnie używa tylko kuchni i jednego pokoju. Przestała zauważać daty. Rozmyśla tylko o tych, co już odeszli, bo jest następna w kolejce. Niby nie boi się śmierci, bo jakoś chyba szczególnie nie żałowałaby życia. Wigilia różni się tylko jadłospisem – szczególny zestaw na jeden dzień w roku. I nagle w tę ciszę i pookładanie wdziera się pukanie do drzwi – niezaplanowane. To wstrząsa światem Małgorzaty, bo będzie musiała wykonać ruch, którego sobie nie zaplanowała. A może taki ruch przyniesie jakiś cud?
To książka zupełnie wyjątkowa.
Wyjątkowa na wiele sposobów.
Wyjątkowa, bo to książka z ilustracjami. A sednem jest to, że nie jest książką dla dzieci. Jest książka dla tych, którzy zechcą wspomnieć Wigilie sprzed lat. Nie plastikowe, ale płynące prosto z serca. Takie, które można było urządzić nawet w samochodzie, ale ważne, żeby być razem, przełamać się chlebem i zaśpiewać kolędę.
To książka z kilkoma zaledwie słowami, z tymi, co najpotrzebniejsze. Z absolutnie fantastycznymi ilustracjami, takimi, które sięgają wiele lat wstecz. Do czasów, gdy zupełnie innym głosem śpiewało się kolędy, gdy w ogóle się jeszcze śpiewało. Do czasów młodości Małgorzaty. Te rysunki, ich staroświeckość, ich formalna oszczędność i bogactwo znaczeń w każdej jednej kresce, stoją w pozornej sprzeczności z tym, co przekazują. Z dzisiejszym świątecznym „odczłowieczeniem”, z pustym talerzem, który nie mieści się na stole, z łańcuchem, którym ryglujemy drzwi, z zestawami wigilijnymi, kupowanymi na wynos, z Wigilią na odległość, bo nie chce się jechać wielu kilometrów tylko po to, by zjeść z kimś kolację... Te obrazy uderzają tym bardziej, zmuszają do refleksji, do szybkiego, acz gruntownego rachunku sumienia, do chwytania za słuchawkę telefonu po to tylko, by usłyszeć kochany głos osoby, której nie mamy na wyciągnięcie ręki.

Cała ta książka taka jest – mocno refleksyjna, pod spodem oskarżycielska - „opamiętaj się w te właśnie Święta! W tym roku zastanów się, po co są i co za sobą niosą i wyjdź z domu, żeby zanieść komuś jakiś cud, choć jeden, choć niewielki...”






środa, 17 grudnia 2014

O SREBRZE (I ZIELENI TYM RAZEM W TLE)

KIRA GAŁCZYŃSKA
„SREBRNA NATALIA”
MARGINESY, WARSZAWA 2014

Konstanty był zielony, Natalia była srebrna. Srebrna choć często biedna. A biedna, bo Konstanty zielony. Wiecznie młody biegał gdzieś za natchnieniem, wiecznie pijany poezją, nie do końca przywiązywał wagę do spraw ziemskich. Zielony, bo wciąż zakochany, przeważnie w Natalii, ale nie do końca. A ona się srebrzyła w jego cieniu, bo dobra, mądra, roześmiana. Może to jej śmiech był tym srebrem? A może to, że miała mimo przeciwności losu tyle życia w sobie, że była jak żywe srebro?
Niełatwa to sprawa pisać biografię. Trzeba kopać raz tu raz tam, przerzucać kilogramy papieru, tony może nawet, po to czasem, by odnaleźć jedno słowo, jedno imię, nazwę ulicy, której już dawno nie ma. Wydawałoby się, że pisać biografię własnej mamy jest dużo prościej. Ale gdy się było córką Natalii Gałczyńskiej, to nie jest wcale łatwe zadanie. Natalia o przeszłości milczała. Czasem tylko wyrwało jej się jakieś rzewne wspomnienie. Ale te wspominki trzeba było z niej siłą, podstępem wyciągać. Choć mocno zakotwiczona myślami w przeszłości, słowom nie chciała dać ujścia. Kira więc musiała pokonać dokładnie tę samą drogę, co każdy inny badacz. Od urzędów, poprzez przyjaciół, których być może trochę pamiętała z dzieciństwa, zahaczając o własną pamięć, do dokumentów. Chciała napisać swoją matkę. O ojca nie musiała się martwić, bo jako poeta, któremu słowa posłuszne układały się u stóp, miał w kolejce wiele piór, co chciały szeptać o jego życiu. Bardziej lub mniej skandalicznie, bardziej lub mniej rzeczowo. Natalia pozostawała w cieniu, a była przecież nie tylko bohaterką wierszy Gałczyńskiego. Była też ich fundamentem. W imieniu Kiry, ośmielam się napisać, że gdyby nie Natalia, tylu wierszy by nie było... Nie chodzi tylko o natchnienie, o jej piękną twarz, dzięki której słowa same układały się w wiersze, nie chodzi tylko wielką miłość jaka między zielonym a srebrnym trwała do samego końca. Chodzi też o sprawy przyziemne, o to, że gdy Konstanty mógł sobie pozwolić na szaleństwo, na wielogodzinne moczenie ust w alkoholu do dna szklanki, Kira musiała stać na straży jego talentu, szukać go na knajpianym szlaku, martwić się o niego, za niego samego...
Kira nie miała łatwego zadania także dlatego, że łatwo można ją posądzić o stronniczość. Ale ja widzę w niej dwie role, które skrupulatnie od siebie oddziela – córki, która kocha swoją matkę i badaczki, która chce ją pokazać światu, Natalię w szczególności, Konstantego nietypowo, bo przez pryzmat żony, krok za nią, choć raz jako tło. Kira wykonuje mozolną pracę, odkopuje z ziemi korzenie drzewa genealogicznego Natalii. Jest w tym mozole konsekwentna – pewnie tutaj pcha ją ta miłość córki, chęć dowiedzenia się o swojej matce jak najwięcej. Być może to jej daje siłę i przewagę, bo może kto inny dawno by zrezygnował i nie pojechał do Gruzji, rodzinnego kraju przodków Natalii, nie rozmawiał w Gruzinami, którzy nie bardzo chcieli mówić, nie drążył tematu. Może zawróciłby w pół drogi i stwierdził, że nie ma sensu. Kira waliła kilofem w ziemię po to, by odkryć na dnie mały kawałek żywego korzenia.
To biografia rzetelna i obiektywna, choć pisana z wielkim uczuciem. Owszem, Kira niejednokrotnie w tej książce staje w obronie Konstantego i Natalii, ale jedynie przed niesłusznymi oskarżeniami, przed „faktami” w cudzysłowie, przed brakiem dokumentów, dopisywaniem historii tam, gdzie ma się na to ochotę. Na przykład otwarcie mówi o romansach KIGa, choć kosztuje ją to pewnie kilka nieprzespanych nocy.
Raz Kira oddaje głos samej Natalii. To ten jeden raz, gdy Natalia się zapomniała i mówiła, dużo. Kira śmigała ołówkiem po papierze kreśląc sobie tylko znany szyfr, żeby tylko nadążyć za słowotokiem mamy i zapisać jak najwięcej, żeby nie przerwać, bo pewnie już nigdy więcej mówić nie zacznie.
Z tych słów powstaje barwny portret mężczyzny i zakochanej w nim kobiety. Tym cenniejszy, że osobisty, naoczny.
Cała ta para jest barwna, bo inteligentna, obraca się w kręgu znajomych, którzy mówią poezją, kochają teatr i potrafią w jednej chwili na letnisku napisać sztukę.
Urzekła mnie ta książka z dwóch powodów. Jednym jest sama postać Natalii – widzę ją srebrną, bo delikatną, jakby utkaną z anielskiego włosia. Zamyśloną, bo tak najbardziej lubiła ją Kira, zasłuchaną w rosyjskie wiersze, albo recytującą jakieś wschodnie strofy i bajki o pałacu w Gruzji.
A drugi powód jest taki, że książka jest przepięknie wydana, ze zdjęciami, grafikami, z fragmentami listów, fotokopiami dokumentów. Jakby ktoś wziął zeszyt i powkładał między jego karty ulubione fotografie i karteczki z ulubionymi wierszami.
Piękna rzecz, na zimowe wieczory, do zamyślenia...

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Marginesy]

[Zapraszam na profil Z Kafką nad morzem na FB – tam konkurs, w którym można wygrać egzemplarz książki]  

środa, 3 grudnia 2014

DUSZKOWSKA, SZANCER, SIKORSKI

WIESŁAWA BANCARZEWSKA
ZAPISKI Z ANNOPOLA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2014

[O pierwszej części „Powrót do Nałęczowa” piszę na portalu ksiazki.wp.pl]

Już od kilku lat Anna mieszka w Annopolu. Wybrała stronę obrazu, po której chce żyć. To tutaj jest mężczyzna, którego kocha, który daje jej szczęście i tutaj jest Walentynka, ukochana córka, która pewnie nie istniałaby, gdyby nie tajemnicze przejście przez obraz w odległe, przedwojenne czasy. Anna z 2011 nie była szczęśliwa w swoim czasie, nie umiała odnaleźć tego, co w życiu najważniejsze. Anna z 2011 robi krok w przeszłość i dopiero tu odnajduje swój spokój i swój raj. Jej życie ułożyło się spokojnie i pewnie – mąż dobrze zarabia, córeczka pięknie się rozwija, jest wrażliwa i dobra, jej przyjaciele to dzieci ze wsi i Anna nie ma nic przeciw temu, by bawiła się z nimi w czworakach i ich sposób mówienia brała za swój. Sama też odnalazła swoje powołanie – wyobraziła sobie Las Idealny i zaczęła o nim opowiadać – najpierw zasłuchanej, zafascynowanej córeczce i mężowi, a potem, za jego namową, dalej, w świat – została bajkopisarką. Jej książki świetnie się sprzedawały i Nasza Księgarnia wciąż zamawiała kolejne historie z Lasu Idealnego. Od czasu do czasu Anna odwiedzała swoją przeszłość w przyszłości, czasem coś wyprała w automatycznej pralce, kupiła jakieś lekarstwa, raz nawet przeniosła na drugą stronę obrazu odkurzacz, żeby wielki dwór posprzątać szybciej i bez wysiłku. Żyła w czasach przedwojennych, ale lęk o to, co będzie nie dawał jej czasem spać. Wiedziała z książek do historii, że już za parę lat wybuchnie wojna. Czas ten zaczął się kurczyć i Anna coraz rozpaczliwiej szukała sposobu na ocalenie swojej rodziny. Przyszłość miała jej w tym jakoś pomóc. Gdy pewnego dnia okazuje się, że służący wysprzątali dokładnie cały strych, na którym stał obraz i wszystkie rzeczy zawieźli do spalenia. Anna jest przerażona – jej serce jest w Annopol A.D. 1938, ale myśli błądzą w przyszłym stuleciu... Nagle zdaje sobie sprawę, że nie ma już wyjścia i że musi stawić czoło historii.
W historię Anny nie weszłam jak do siebie, nie rozsiadłam się w annpoloskiej kuchni, nie zasłuchałam w historie o Lesie Idealnym. Przynajmniej nie od razu. Mam wrażenie, że sam autorka musiała sobie przypomnieć, jaka ta Anna jest, co jest w niej dobre, a co nie do końca, musiała uzmysłowić sobie słuszność jej decyzji, by zostać po XX-to wiecznej stronie obrazu. Zaczęła jakoś chaotycznie, z wielką ilością myśli w nawiasie, z chaosem i szumem. A przecież Anna już się ustatkowała, już pogodziła się z całym swoim losem, wybrała i chciała przy tej decyzji trwać – skąd więc to niezdecydowanie samej autorki?
Ale potem chyba sobie przypomniała, co w tej historii jest najpiękniejsze – przeszłość! Powróciła do całego kolorytu lokalnego Annopola, przyjęła je z całą dobrocią inwentarza i nawet odcięła Duszkowskiej drogę powrotu do dzisiaj. Przywołała przedwojenną Naszą Księgarnię z jej wspaniałymi autorami i ilustratorami (podarowała Annie spotkanie z Janem Marcinem Szancerem), przywołała przedwojenne konwenanse i całkiem powojenne sposoby ich łamania, kazała Duszkowskiej zmierzyć się z przedwojennym modelem wychowania dzieci i przeciwstawić mu swój własny pogląd, kazała piec chruściki i sypać je „śniegiem” i przez pomyłkę zatelefonować do generała Władysława Sikorskiego. I dała Annie rodzinę, po którą tak naprawdę przeszła na drugą stronę.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia]


czwartek, 30 października 2014

ODBIĆ SIĘ W CZYICHŚ OCZACH CZYTAJĄCYCH LIST

DAWID GROSMAN
BĄDŹ MI NOŻEM”
(TŁ. MARTA DUDZIK-RUTKOWSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

Nie znasz mnie, a gdy do Ciebie piszę, ja także nie do końca znam siebie.” [s.9]
Jair wybiera sobie Miriam. Zauważa ją na jakimś spotkaniu w szkole. Podgląda ją z daleka, czyta ją jak ciekawą książkę, zaznacza w pamięci wyraz jej oczu, nieśmiały, nie-radosny uśmiech, kształt ust i to, że jej mężczyzna dominuje nad nią. Z jakiegoś powodu widzi w niej kobietę, która go zrozumie. Może to kolor oczu, a może sposób w jaki trzyma głowę. Decyduje się wynająć skrytkę pocztową i wysyła pierwszy list. Pisze o tym, że to platoniczne, że to impuls i że ona go zrozumie – bez żadnego pytania, bez tłumaczeń, bez obowiązku chwytania za pióro i odpisywania. On będzie po prostu od czasu do czasu słał listy. Ona ma tylko czytać, ma go chyba odbijać i dzięki temu on będzie sam siebie analizował. Nie spodziewa się odzewu, choć ma na niego nadzieję. Nie chce romansu, nie chce realnego życia, chce po protu móc pisać do niej listy.
Do skrytki przychodzi odpowiedź – kobieta się zgadza, nawet nie musi, bo Jair ją wybrał i jest pewien, że ich związek, choć zupełnie ponad cielesnością, jest głęboko zmysłowy, że w jakiś dziwny, magiczny sposób należą do siebie – dzięki temu wiedział, że ona odpisze...
Zaczyna się wymiana listów. Ale wymiana niekompletna, bo my czytamy najpierw tylko Jaira. Składamy z jego słów także słowa Miriam. Sama Miriam mówi dużo później, mówi w dzienniku i od swojej strony, nie wchodząc w dialog.
Z tej jednej strony, po której stoimy, widać to dzikie, nieokiełznane uczucie, które powstaje między dwójką nieznajomych. Ale żadne z nich nawet nie planuje spotkania. To związek dwóch wyobrażonych ludzi.
Jair jest zmysłowy, porywczy, dziki, zakochany, choć najważniejszą kobietą jego życia jest wciąż nieprzerwanie i niezmiennie jego żona. Z Miriam szuka sam siebie, żeby dla Mai móc być taki, jak zawsze.
Pierwszą moja myślą było – czy można nie być zachwyconym, że ktoś do ciebie tak pisze? Czy można nie zakochać się kimś, kto tak łączy ze sobą słowa? Kto pisze „chcę móc powiedzieć sobie 'z nią krwawiłem prawdą', tak, tego chcę, bądź mi nożem.” [s.17]. A potem niespokojnie poruszałam się na krześle, bo takie listy nie dają powietrza, wręcz kradną to, które się ma na własność. I trzeba być takim samym poetą, artystą, tak samo samotną osobą, by to przyjąć i wziąć dla siebie.
Aż nie chce mi się wierzyć, że to tylko powieść – to jest za szczere, za prawdziwe, zbyt wiele w tym emocji, słów, które się tylko szepcze...
Czytałam tę książkę długo i mozolnie, rozciągnięta pomiędzy zachwytem a przerażeniem. Czytałam trochę skrępowana, w ukryciu, z wypiekami na twarzy, jakbym zaglądała w nie swoje listy, w prawdziwą korespondencję, która wydarza się pomiędzy dwojgiem żywych ludzi. Te listy są tak przepełnione uczuciami, że z nich wypływają, zalewają mi oczy, nie pozwalają czytać w spokoju.
To proza dogłębna, mocna psychologiczna, filozoficzna. Nie zawsze piękna, bo czasem pokazuje człowieka obrzydliwego do bólu, obnażonego, bez honoru, ale zawsze jest ważna.
Czytając ją zastanawiałam się nad ludzką tożsamością, nad prawdziwym ja. Jair fałszował siebie, bo się wymyślał. Tak samo Miriam, która w listach snuła opowieść o sobie w sukience, podczas gdy siedziała w spodniach. Ale może to, że byli incognito, że mogli pisać o sobie wszystko, że mieli całkowitą „wolność bełkotu” [s.91], na którą obydwoje się zgodzili, sprawiło, że w tych listach byli prawdziwymi osobami, nieudawanymi, mimo że nierealnymi? Może tylko tam i tylko w takiej formie odkrywali całych siebie, z wadami, ze śmiesznostkami, takich, jakich bali się nawet sami przed sobą? Może te kilkanaście kilometrów wspólnego miasta, które ich dzieliło, pozwoliło im mówić to, co naprawdę myślą, a nie łagodzić swoje osądy, by móc żyć obok siebie i razem wypełniać codzienność? Może tylko tak mogli istnieć bez żadnych kompromisów?
Ciężka, ale piękna książka. I chylę czoła przed Martą Dudzik-Rudkowską, tłumaczką, bo trzeba mieć w sobie wiele wyobraźni, by móc przetłumaczyć: „Po tym jak skończymy się kochać, zaśniemy przytuleni. Twoje plecy przylgną do mojego brzucha, a ja zacisnę palce u stóp jak klamerki na Twoich kostkach, żebyś mi nie umknęła w nocy, i będziemy niemal jak obrazek z książki do przyrody: przekrój podłużny owocu, ja jestem łupiną, a ty miąższem.” [s.88]


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

wtorek, 21 października 2014

HERBATA DO DMUCHANIA

DEBBIE MACOMBER
"WIOSNA W RÓŻANEJ PRZYSTANI"
(TŁ. DOROTA MALINA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014

My się już z Jo Marie znamy, już gościłam w jej pensjonacie, podjadałam muffinki, patrzyłam już na jej łzy, ale i na wielką energię, która pchała ją do działania, słuchałam już historii gości jej pensjonatu, którzy nieśmiało przysiadali przy blacie w kuchni i nagle zaczynali opowiadać o sobie – widziałam, jak Jo Marie zmienia się w wielkie ucho i jak w to ucho sączą się zawody miłosne, nadzieje na uśmiech losu, na szczęście, które niby jest takie pospolite, a wszyscy zawsze go szukają.

Teraz przyjeżdżam na kolejny turnus, chcąc wiedzieć, czy wszystko ułożyło się tak, jak było w biznes planie podpisywanym z własnym sercem.

Nie wszystko…

U Jo Marie jest wiosna – jej pensjonat powinien wyglądać pięknie, tonąć w różach, różami oplatać szyld, różami słać się u stóp przybywających do pensjonatu gości. Tym bardziej, że właścicielka zapragnęła urządzić dzień otwarty i pochwalić się wszystkim, jak odnowiła i odświeżyła to miejsce. Tymczasem rosarium, które już stoi w jej marzeniach, w rzeczywistości jest wielką górą piachu, którą Mark przerzuca z miejsca na miejsce – i najwyraźniej nie ma zamiaru skończyć w najbliższym czasie. Gości dnia otwartego będzie czekać rozkopany ogródek, a Jo Marie jeszcze wiele kłótni z zamkniętym w sobie, gburowatym i niemiłym Markiem. Mark wciąż jest tajemniczy. Ale ten z pierwszej części wydawał się już oswojony, jego introwertyczność jawiła się jako mur, sztucznie zbudowany, który już skruszał i lada moment będzie się walił. A on nadal stoi mocno obudowując Marka dookoła. Więcej nawet, myślę, że Mark stał się jeszcze bardziej opryskliwy, jeszcze mniej społeczny, niż był wtedy, jakby zlodowaciał przez zimę. I nadal tak naprawdę nie wiadomo, co drzemie w jego wnętrzu. Jo Marie przestała pytać – zaprasza go od czasu do czasu na obiad, wie już jakie ciastka lubi najbardziej. Ale to nie jest relacja, której można by dać na imię przyjaźń. Chłód między nimi i dystans wciąż jest obecny – nie ma wielkiego, miłosnego happy endu i tych, co się spodziewali, że wiosną Mark pocałuje Jo Marie chyba spotka zawód.

Tym bardziej, że kobieta też nie do końca nauczyła się, jak żyć bez swojego męża. Uczy się wciąż i jest na końcu edukacji, ale ciągle jeszcze śni o jego dłoniach. Macomber nie daje bohaterce łatwo przejść po drabinie żałoby – co chwilę otwiera wieko trumny, której tak naprawdę nie ma i sprawdza puls, sprawdza, czy mąż Jo Marie naprawdę nie żyje, daje nadzieję. Nigdy nie odnaleziono jego ciała, więc autorka ma możliwość trochę pospekulować, pobawić się wdową – niewdową. I któregoś dnia każe jej odebrać telefon od dowódcy jej męża z informacją, że być może odnaleźli wrak samolotu…

Mimo osobistej tragedii, która znowu zagląda jej w oczy, Jo Marie nadal stawia na pierwszym miejscu swoich klientów, nadal wynajmuje się u nich za psychologa, choć żadne z nich tego nie dostrzega. Nie widzi tego młoda kobieta, chorująca na raka, która przyjechała na spotkanie z przeszłością – chce się rozliczyć, oddać długi i przy okazji zrozumieć swoje postępowanie, kiedyś dawno temu, gdy skręciła w prawo, miast w lewo. Nie widzi tego Anna, która przyjechała wraz ze swoimi dziadkami na uroczystość z okazji 50-ciolecia ich pożycia małżeńskiego. Dziewczyna właśnie zerwała zaręczyny i marzy o miłości, jaką darzą się jej dziadkowie – miłości szczerej i niezachwianej. Tymczasem Julie i Kent, szanowni jubilaci, potrafią jedynie warczeć na siebie, dogryzać sobie i te rany, choć niby powierzchowne, bardzo bolą. Ich buforem zostaje przyjaciel rodziny, Oliver – na Annę działa jednak jak płachta na byka – jest rozsierdzona, zła i ma ochotę walnąć go głową w brzuch. Za jego luz, za jego blues i za to, że kiedyś, dawno temu pocałował ją, a potem wyśmiał.

Na tych wszystkich ludzi Jo Marie czeka z gorącym ciastem w piekarniku i równie gorącą herbatą – taką, na która trzeba dmuchać, a w oczekiwaniu na pierwszy łyk, opowiada się pół swego życia.

Miło posiedzieć w tej kuchni, miło pić taką herbatę. Choć za oknem rozkopane rosarium, choć losy pogmatwane i wydają się nie do rozsupłania, choć Mark potrafi zamknąć drzwi przed nosem, to jest tu spokojnie, znajomo, pachnie wiosną...

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

OSIEMSET LAT WSTECZ – TEŻ ŻĄDZA...

JEANNE BOURIN
BURZLIWE LATO”
(TŁ. ANNA MICHALSKA)
NOIR SUR BLANC, WARSZAWA 2014

Kolejny raz wyruszamy wiele lat wstecz, kolejny raz zakładamy strojne, ciężkie suknie, włosy ukrywamy w czepcu, a na palce nakładamy grube złote pierścienie. Kolejny raz zasiadamy na śniadanie w cieniu drzew, w posiadłości Mateusza Leclerca, niedaleko Gentilly. Jest ranek a już jest parno. W powietrzu unosi się ten szczególny zapach właściwy tylko jednej porze roku, słychać bzyczenie owadów, w nozdrzach tańczy zapach ziół z pobliskiej łąki i jakichś wywarów, które w chacie niedaleko przygotowuje jedna z najstarszych kobiet w wiosce, która wierzy w czary. Właśnie zaczyna się Sobótka, to „dziwne święto, które oddziałuje na zmysły”. [s.17]. Wraz z nią zaczyna się lato – pod samą jego powierzchnią można wyczuć, że już szykuje się do wybuchu – będzie burzliwe i to nie tylko tymi burzami na niebie, które rozdzierają niebo i od których wilgotnieje ziemia. Będzie burzliwe tymi burzami, co dzieją się w sercu, od których zapala się miłość, a najwięcej pożądanie.
Marynia właśnie przwydziała szaty i idzie w stronę domu teścia. Wraca od kochanka – rumiana jeszcze i gorąca po dzikiej, namiętnej nocy, nie potrafi ukryć uśmiechu, który wykwita na jej wargach bez jej woli. Po drodze zatrzymuje się u kwiaciarki, by zamówić wianki dla swoich bratanków i reszty gości. Przyjechała Agnieszka, przybrana córka Floriny (której historię wyszeptały nam do ucha „Sekrety kobiet złotnika”). Jest też cioteczne rodzeństwo Agnieszki – Tomasz i Blanka oraz ich przyjaciel – dużo młodzieży, chłopcy, którym w żyłach nie płynie krew, a pożądanie, dziewczyny, które starają się nie ulec, ale czują całymi sobą, że w taką noc może zdarzyć się wiele. Wśród tego towarzystwa, upojonego rozpoczynającym się latem i tym, czego zapowiedź przynosi, bawi się dziesięcioletni Wiwien i rok młodsza Oda – to dzieci Maryni. Wiwien jest pełen wigoru i dziecinny jeszcze, ale Oda mimo swoich 9 lat dopiero, ma w sobie pokłady smutku i radości jednocześnie, ma szósty zmysł i ręce, które być może kiedyś będą leczyć, ciągnie ją świat ziół, mikstur wszelakich i często przedkłada towarzystwo roślin nad obcowanie z ludźmi – zaszywa się w swojej kryjówce głęboko w lesie i tam gotuje farmaceutyki według wskazówek starej sąsiadki. Być może złożoność jej charakteru wynika z tego, że wcześnie straciła ojca – Robert zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. A może z tego, że tak bardzo, organicznie wręcz związana z matką, czuje teraz, że coś zmienia się w ich stosunkach?
A Marynia istotnie oddaje się cała już nie tylko roli matki. Znalazła sobie kochanka, który w to burzliwe lato wywołuje burzę jej zmysłów, którego wreszcie pokochała duszą i ciałem. Po nieudanym, chłodnym związku z Robertem, znalazła w sobie kobietę. Tańczy teraz pomiędzy dwoma życiowymi rolami – matki i kochanki, kobiety. To taniec nieco konwulsyjny, szaleńczy, bo nie zna kroków, nie umie pogodzić zmysłów z rozsądkiem, nie była nauczona, by kochać naraz taką płomienną miłością swoje dzieci i mężczyznę – wszystkich na równi. Nie mieszczą jej się wszyscy w sercu i co chwilę ktoś z niego wypada. Dlatego nie wie, jakie ma plany na przyszłość, czy zgodzi się na propozycję kochanka – Kosmy, który chce z nią dzielić życie. Daje sobie jedno lato, żeby nauczyć się łączyć w sobie matkę i kochankę – a że lato będzie burzliwe, to może być jej ciężko podjąć właściwą decyzję...
Kolejny raz utonęłam w średniowiecznej Francji, kolejny raz dałam się ponieść tym barwom i kolorom, tym rozbuchanym, brzemiennym łąkom i lasom, szaleńczej nocy czerwcowej, gdy na rzekę rzuca się wianki, a potem w snach widzi się ukochanego, tym czarom, magii i wierze, wyrażanej w ciężkich, ozdobnych krzyżach, zawieszanych na szyi. Dałam się uwieść zamkniętej w sobie, ale pełnej uczuć Odzie, miłości Tomka i Agnieszki – takiej wbrew rozsądkowi, zapamiętałej, nie przyjmującej odmowy, młodzieńczej. Dałam się oczarować pięknym księgom, tworzonym przez iluminatorów – wszak Marynia jest iluminatorką właśnie i po mężu odziedziczyła pracownię, w której spełnia się i realizuje.
I spoglądając w te wieki niby mroczne, zdałam sobie sprawę, że ta książka jest o niezmiennej naturze człowieka, o tym, że w jego istocie, w rdzeniu, nic się nie zmienia, że zawsze będzie kochał równie namiętnie i bez względu na konsekwencje, że zawsze dla miłości będzie popełniał błędy – czasem nawet te śmiertelne. Że z miłości zawsze będzie rodzić się żądza – taka zupełnie ludzka, łechtająca trzewia, ale też ta ciemna, zimna, która każe jedno ciało poddawać drugiemu, czasem wbrew woli. Że obok miłości zawsze będą pieniądze – czy to kawałki papieru, czy bryłki złota – jedno i to samo. Że zawsze za pieniędzmi będzie szła chciwość. Że średniowiecze było tak jak każda epoka czarne i białe.
Znów się zaczytałam, zatraciłam, znów język podziwiam i przypominam sobie, jak złożoną i barwną była epoka średniowiecza. I nurkuję w doskonałej powieści miłosnej, w intrygach, w szale namiętności, w białym namiocie, rozłożonym na środku łąki, w którym śpi kobieta, dziewczyna jeszcze i jej ukochany – a pomiędzy nimi miecz, bo czekają na błogosławieństwo rodziców, by dopaść do siebie i wymienić się swoimi oddechami...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Noir Sur Blanc]