poniedziałek, 19 września 2011

OTWIERAM OKŁADKĘ I JEST GORĄCO


OLGA PALUCHOWSKA-ŚWIĘCKA
„PROSEKTORIUM”
PRÓŚZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011 

Pierwsze, o czym pomyślałam, zamykając okładkę po przeczytaniu książki: „wcale nie jest o tym, o czym na tej okładce napisano!”. 
„Młoda studentka i modelka Natasza przeżywa trudne chwile. Nie chce więcej spoglądać za siebie. Podejmuje dodatkową pracę w prosektorium, w miejscu gdzie, jak sądzi, można ukryć się przed całym światem. Początki są trudne – szpital jest przepełniony smutkiem. Kontrast między nową codziennością a światem pokazów mody i gal sprawia, że Natasza uczy się odczuwać intensywniej, doceniać wartość życia i jego prawdziwe piękno.” (ze strony wydawnictwa)
A Natasza na ogłoszenie w gazecie odpowiada całkiem przypadkiem. Sama właściwie nie wie, co ją skłoniło do posłania CV do prosektorium. Pewnie ciekawość. Niezdrowa i zdrowa zarazem. Bo ludzka. Bo każdy z nas się zastanawia, co się tam dzieje i jak wygląda człowiek osiem godzin po śmierci i co tak naprawdę robi się, gdy ktoś musi przeprowadzić sekcję. To takie zaglądanie śmierci w oczy. Bezpieczne, bo za parawanem pracy. Ja czytając opis miałam wrażenie, że Natasza jest dziewczyną z problemem, jakim jest jej wygląd. Przeczuwałam anoreksję, albo bulimię, albo jakąś fobię, która sprawiła, że na pokazie mody przestała oddychać i musiała uciec ze sceny. Ale nic takiego w tej powieści nie ma. Żadnych dramatycznych gestów i żadnego zażywania kokainy w toalecie. No może trochę, gdzieś obok. Ale Natasza to dziewczyna świadoma swojego piękna, a jednocześnie z dystansem do siebie i do całego świata, jakim jest moda i show biznes, do wielkich gal, które w telewizji wyglądają przepięknie, a w rzeczywistości cechują się porwanymi zasłonami i dziurami w siedzeniach dla gości, a czasem spiętą z tyłu na agrafki sukienką głównej prowadzącej. 
Drugie o czym pomyślałam, to był natłok pojedynczych słów, które zalały mi oczy – mocna, kipiąca, parząca książka, wysoka temperatura, uczucia, emocje, przekonania, filozofia… Gdybym miała powiedzieć, jaki kolor ma ta powieść, to byłby na pewno bardzo, bardzo mocno czerwony.
To książka niebanalna, choć czasami kuleje i jednak razi banalnością w rozważaniach i filozofowaniu bohaterów. Ale nie ma na pewno banalniej fabuły i to mnie w niej ujęło.
Natasza żyje w wielu światach – w świecie mody, w świecie szpitala i prosektorium, w świecie mieszkania ze współlokatorką Anną, z którą poznała się na studiach, z którą uprawia jogę i czasem zasypiają razem dotykając się nagimi piersiami, w świecie swojej ulubionej herbaciarni, która otworzyła się niedawno i której Anna byłą pierwszą klientką i w świecie jej właściciela, tajemniczego Gruzina i jego rytuałów oczyszczających, w świecie wsi, na którą wyjeżdża z Anną, by oczyścić umysł. Mam wrażenie, że to takie wielki kocioł, tygiel, do którego autorka wrzuciła wiele swoich miłości – herbata, joga, domowe spa, fotografia, fascynacja naturą, książki… Jest tu wiele nitek, posplatanych w supełki. Z jednej strony ta książka jest przez to chaotyczna i nierówna. Ale z drugiej dzięki temu organiczna i mięsista. Tak jak w życiu spotykamy na swojej drodze wiele osób, robimy wiele rzeczy, nigdy nie wiemy, co czeka nas krok dalej. Jeśli więc literatura tego rodzaju ma odzwierciedlać życie, to nie możemy z góry wiedzieć co się wydarzy i nie możemy ograniczać akcji do jednego wątku. Podobało mi się, że Natasza jest samotna, wokół niej przewija się mnóstwo mężczyzn – o jednych mówi, że są piękni, inni wywołują szybsze bicie jej serca, o wielu mówi dobrze, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy z którymś z nich będzie – nie ma tej fantastycznej, sztucznej i lukrowanej książkowej miłości i czytelnikowi nikt nie pokazuje wielką czarną strzałką „To ten!”. Właściwie miłość nie jest w tej książce najważniejsza. Najważniejsze jest szukanie siebie. A miłość, przyjaźń, nienawiść są częściami składowymi docierania do swojego wnętrza. 
Zamysł całej konstrukcji jest dosyć jasny – prosektorium kontra świat mody. Okazał się jednak trochę bardziej skomplikowany niż przypuszczałam i to mi się podobało. Ważnym słowem jest ciało, które ma znaczenie symboliczne – jest powłoką prawdziwego ja. I prosektorium i wybieg dla modelek świetnie to pokazuje, a łącznikiem tych dwóch światów jest właśnie Natasza. Samo ciało jest opakowaniem, które trzeba rozciąć, żeby wydobyć prawdę o człowieku. W prosektorium wychodzi cała prawda ciała, które stoi w opozycji do zafałszowania na wybiegach, makijażu, jaki robi się modelkom, strojów, jakie wkłada się im, ukrywając ich tożsamość. I cicha spokojna, wierna żona, pozuje z pejczem w magazynach dla panów, a oni wierzą w mit drapieżnej dominy, która tak naprawdę w zaciszu domowego „prosektorium” gotuje mężowi rosół i w tym się spełnia najlepiej. Ale póki żyjesz, musisz udawać – pogrzeb, to ostatni przejaw życia, dlatego na twoją twarz nakładają makijaż. Ktoś ubiera nam twarz w złudzenia.
Czasami ta powieść kuleje, czasem jest zbyt egzaltowana i ckliwa, ale mnie osobiście podarowała wiele wątków do przemyśleń, do badań, do poszukiwań. Zagotowała mi krew. Urzekła opowiadając o chwytaniu chwili i szukaniu dobrych ziaren w każdym dniu. I nabrałam ochoty na herbatę w magicznej herbaciarni u Gruzina.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]

środa, 14 września 2011

W GŁOWIE HITMANA


HALLGRIMUR HELGASON
„PORADNIK DOMOWY KILERA”
(TŁ. JUSTYNA BURZYŃSKA)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2010

Przed „Poradnikiem domowym kilera” broniłam się długo. Piękna, turkusowa okładka i prześmiewcza dłoń w gumowej rękawicy ułożona na kształt pistoletu nie kusiła. Raczej broniła wstępu. Bałam się, że Toxic, główny bohater, mnie postrzeli. Że nie uszanuje ram książki, wedrze się w mój świat i nie będzie przyjemnie. Że krew będzie kapać i wsączać się w strony, a ja już nigdy więcej nie przeczytam żadnego kryminału.
Dałam się jednak porwać całej reszcie Książek do czytania z wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria, więc nieśmiało otworzyłam też „Poradnik..” .
Toxic jest Chorwatem. Jest mężczyzną. Jest hitmanem czyli płatnym mordercą. Do szału doprowadzają go Taliańcy, którzy kradną wszystkie piękne kobiety i „Rodzina Soprano”, która fałszuje obraz prawdziwego kryminalisty. Ma dziewczynę – cycatą, zaokrągloną Munitę, piękne mieszkanie w Nowym Jorku, gdzie aktualnie mieszka i na co dzień pracuje w restauracji. A poza tym osiągnął swoisty rekord – potrójny sześciopak, co oznacza, że każda z sześciu wystrzelonych kul to czyjaś śmierć – bez żadnego pudła – dba o ekologię, więc stara się nie przysparzać ziemi dodatkowych, niepotrzebnych 130 decybeli, które niesie za sobą każdy strzał.
W wyniku dziwnych komplikacji i zabicia agenta FBI, musi uciekać ze Stanów – początkowo jego cel to rodzinne strony i Chorwacja, ale służby mundurowe na lotnisku zmuszają go niejako do zabicia w toalecie księdza, wskoczenia w jego sutannę i udania się w miejsce, które zapowiada wydrukowany bilet ojca Friendly’ego. 
Islandia.
Długie białe noce, zimno, przyjaźni ludzie, brak rozrywek, brak przemocy i absolutny brak płatnych morderców.
Przymusowy odwyk od zabijania to dla Tomislava szansa na nawrócenie i porzucenia ognia piekielnego, który już liże jego stopy. I to typowa komedia pomyłek z pomylonymi imionami i z trochę prymitywnym, a trochę inteligentnym humorem.
No i opis Islandii podany przez rodowitego Islandczyka (Helgason) ukrytego w skórze hitmana w stanie przemiany – już samo to wywołuje delikatny uśmieszek na twarzy (tak zwane „pod wąsem”) i krztuszenie się pitą do książki herbatą (w tej powieści jest ciągle tak zimno, że musiałam się dogrzewać).
Uwiódł mnie język. Mieszanka wulgaryzmów, prostactw i „potoku” (czytaj języka rynsztokowego pomieszanego z potokiem słów) z wzniosłymi, filozoficznymi rozważaniami i ironią. Poza tym Helgason bawi się imionami, przestawia głoski, naśmiewa się ze swojego języka ojczystego, każe Tomislavowi słyszeć wszystko inaczej, niż jest w rzeczywistości i tym samym dorabia podwójne dno. Piękna Islandka, która zaparła dech Tomislava to „Gunholder”, a małżeństwo, które przyjmuje Toxica w roli ojca Friendly’ego (!) u siebie w domu, ludzie rozkochani w Bogu i w piśmie świętym, mający swój program telewizyjny na temat wiary program nosi nazwę Amen) to w wykonaniu Toma „Goodmoondoor” i „Sickreader”.
A opis Gunholder to sama śmietanka toxicowego sposobu wysławiania się:
„Jej włosy to nie zwykły blond. Mają kolor świeżo wyjętego z lodówki masła, zanim zrobi się miękkie i żółte. Skóra wygląda na wyjątkowo miękką i białą, jak lukrowa polewa na idealnym, nietkniętym ciasteczku. Jej nos jest mały i lekko zadarty do góry, co przywodzi na myśl czubek włoskiego loda – tę część, która jako ostatnia wychodzi z maszyny i jako pierwsza trafia do ust. Jej oczy są lodowato błękitne, niczym niebieski powerade, usta pełne i mięsiste, czerwone i błyszczące jak sorbet truskawkowy.” [s.41]
Tyle tylko, że ja pod tym całym płaszczykiem widzę coś jeszcze.
Toxic brał udział w wojnie domowej w Chorwacji - na wojnie stracił rodzinę. I ciągle tę wojnę widzi, ciągle ją przywołuje. 
„Spędzam całe dnie na dokopywaniu się do mojej przeszłości, na szukaniu i czytaniu wojennych opowieści spisanych przez towarzyszy broni. (…) Nasza brygada straciła pięć żyć, sześć nóg, trzy ręce i kilka palców. To smutne, ale moi jednonożni bracia ciągle walczą o życie. Kuśtykają o kulach ulicami Zagrzebia czy Splitu, prosząc przechodniów o kunę lub dwie. Nasz rząd zupełnie o nich zapomniał, chociaż jego siła wciąż opiera się na ich martwych kończynach.” [s.100] 
I ja tu widzę Rambo – może i odległe skojarzenie, ale zawsze oglądając ten film (książki nie czytałam) myślę o tym, że najgorzej jest z wojny wrócić, nie na nią iść. I mam nieodparte wrażenie, że Toxic ma maskę, że pod płaszczykiem absurdu, ironii i obrazków z Islandii jest jeszcze ta druga warstwa, grzebanie w głowie i rozdarte bebechy. Tylko trochę schowane.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

czwartek, 1 września 2011

76 KONTRA


PATRICIA WOOD
„LOTERIA”
(TŁ. ANDRZEJ APPEL)
PROMIC, WARSZAWA 2011 

Banalne pytanie: co bym zrobił, gdybym wygrał w totka? 
To i tamto.
Milion rzeczy.
Kupiłbym dom. Pojechał… do Afryki… dookoła świata… do Toskanii.
Rzuciłbym znienawidzoną pracę.
Kupiłbym auto.
Odpowiedzi jest tyle, ile ludzi na świecie. Każdy ma w głowie inny milion, inny portfel i inne wydawanie.
Perry, jego babcia i najlepszy przyjaciel Keith bawili się w taką grę – wydawanie niewidzialnych pieniędzy, które wygrali na loterii. Co tydzień kupienie jednego, dwóch losów, a potem rytualne odczytywanie liczb i rytualna litania pragnień i obowiązków do spełnienia. Zwiedzenie fabryki ukochanych czekoladek, albo naprawa łodzi i kupno telewizora. Jedno życzenie babci, drugie Keitha, a trzecie Perrego. I tylko jedno z nich ma iloraz inteligencji na poziomie 76. Jeden punkt różnicy między niedorozwinięty/normalny. Per ma ten jeden punkt, ale ma też inne postrzeganie świata. Babcia nie pozwala nikomu mówić, że jest opóźniony, uczy Perrego życia, w swój pokrętny i niecodzienny sposób. Piszą listy – na przykład lista osób, których Perry powinien słuchać. Jest też słownik, którego Perry się uczy – obliczyli ile słów musi poznawać dziennie, żeby skończyć słownik przed pięćdziesiątką. Perry poznaje alfabet i poznaje słowa asymetryczny, binarny, przyjaciel… Perry ma tylko babcię, bo matka zostawiła go jej w prezencie, gdy nie wiadomo było jeszcze, czy poziom jego inteligencji przekroczy 76. Dziadek, ukochany wzór do naśladowania, już nie żyje. Dwaj bracia zaś każą nazywać siebie kuzynami i nie wiedzą, co Perry jada na śniadanie i że pracuje na pełen etat w sklepie z częściami do motorówek. Nie wiedzą też, że Per ma przyjaciela Keitha, alkoholika, który pije od kiedy wrócił z wojny w Wietnamie i mieszka na łodzi. Perry lubi czekoladki, dziewczynę z supermarketu, ma ustalony plan dnia, nie pije alkoholu i nie używa brzydkich słów, bo to nieładnie.
I to Perry, tuż po śmierci babci wygrywa na loterii 12 milionów.
To niesamowita książka! Dla mnie genialna w swojej przewrotności – to jak satyra na konsumpcjonizm, na dyskryminację wszelkiego rodzaju i na ocenianie ludzi po pozorach.
Perry wydaje się najmniej odpowiednią osobą do wygrania 12 milionów. To takie „oczko”, które puścił los, zanosząc się od śmiechu. Co dorosły facet o umyśle dziecka zrobi z taką fortuną, na co mu miliony, skoro nawet nie umie prowadzić samochodu i nie będzie mógł kupić sobie mercedesa. Paznokcie wielu osób wbijają mu się w kark, szramy i blizny po tych pazurach szybko znikają – Perry jest zbyt dobry i zbyt naiwny, żeby wierzyć pieniądzom - woli wierzyć ludziom, nawet, gdy ci ludzie mówią nieprawdę. Z góry zakłada dobro i co najwspanialsze - nigdy nie przegrywa. To najwłaściwsza osoba do wygrania loterii i zrobi z pieniędzmi dokładnie to, co powinno się zrobić wygraną.
Oczywiście jest trochę cukierkowo – jest nieszczęśliwa dziewczyna i trochę szczęśliwej miłości, jest kilka zbiegów okoliczności i kilka łzawych scen. Jest ta wiara w człowieka, na którą mogą pozwolić sobie tylko osoby z ilorazem inteligencji 76. Ale są też emocje, których ja nie mogłam zatrzymać czytając tę książkę i z którymi nie potrafiłam walczyć – dałam się ponieść i wpadłam w tę loterię jak w wielkie koło zamachowe. Tak, jest cukierkowo, ale to cukierek o smaku cytrynowym – nie do końca słodki i na pewno nie bolą po nim zęby. 

Amalia Rodrigues - Alfama

środa, 31 sierpnia 2011

TA KSIĄŻKA NIE ŚPIEWA


IWONA SŁABUSZEWSKA-KRAUZE
„OSTATNIE FADO”
OTWARTE, KRAKÓW 2011 

Fado(oznacza los, przeznaczenie) – gatunek muzyczny powstały w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych miast Portugalii, głównie w lizbońskich kwartałach Alfama i Mouraria. Fado to melancholijna pieśń[1], wykonywana przez jednego wokalistę przy akompaniamencie dwóch gitar. Nazywane jest czasami portugalskim bluesem.

„Ostatnie fado” – trzy historie, zszyte w jeden tom: kolorowa, egzaltowana okładka z dziewczyną o czerwonych wargach. Patrzy w okno, może z niego wychyla się starsza kobieta, która kiedyś śpiewała fado, albo tajemniczy poeta, maszerujący ulicami Lizbony? Tylko, że po okładce widać, jak bardzo to nie jest Lizbona, tylko jakieś miejsce na Lizbonę przerobione. Podrabiana, tania historyjka. I to „ostatnie fado” też trochę takie jest.
Alicja ma kuzyna Dominika. Gdy była mała Dominik był jej bohaterem – starszy, trochę o nadprzyrodzonych mocach, bo jeździł po świecie, znikał i pojawiał się, kiedy chciał, a ona oczami szeroko otwartymi chłonęła każdą nową zmarszczkę na jego czole i każdy włos, który rósł, gdy jego nie było. Był takim trochę duchem, który gdy się pojawia nie musi już nic – wystarczy, że jest, że weźmie na rower, że pokaże parę zdjęć i że można pochwalić się nim przed koleżankami. Znam to – miałam dwóch kuzynów bliźniaków, w których patrzyłam jak w obrazek – spełniałam wszystkie życzenia, byleby tylko mnie lubili. To była bardzo podobna więź. Teraz Dominik ma 50 lat, siedzi w domu i nie rusza się za jego próg. Nie wyjeżdża już, zgubił gdzieś podróżowanie i wszystkie bilety na pociągi i na statki. Podróżuje tylko po mapie, przyczepionej do ściany kolorowymi pinezkami. Dziwnym trafem w ręce Alicji wpada list Dominika, który napisał do tajemniczej Rosy - to ona zaśpiewała dla niego tytułowe ostatnie fado. Dominik prosi, żeby Alicja wysłała ten list z Dublina. Alicja zaś wiedziona jakimś mistycznym uczuciem do kuzyna z przeszłości, jakimś zaczadzeniem i chyba trochę chęcią przygody, wyrusza do Lizbony tylko po to, by poznać Rosę, by spojrzeć w oczy dziewczynie, która kiedyś kochała Dominika i wypytać ją, dlaczego to fado, o którym pisze w liście, jest ostatnie. 
Łzawe to, bajkowe, mało prawdopodobne i chwiejące się niebezpiecznie jako motyw przewodni i iskierka całej akcji. 
Ale książka ma jeszcze dwie inne warstwy.
Jedna to życie i twórczość wielkiego poety Fernando Pessoi, który to pojawia się tutaj chyba tylko dlatego, że mieszkał w Lizbonie, którego wątek nudził mnie śmiertelnie i który nijak się ma do fado, poza faktem, że bohaterka śpiewała jego teksty, a już naprawdę nijak ma się do ostatniego fado, które w ogóle jest o czym innym, a nie o rewolucji kulturalno-oświatowo-literackiej…
Najlepiej wyszedł chyba wątek sklepikarza i jego przyjaciółki, która prowadzi piekarnię. Trochę baśniowy, trochę współczesny – jedna piecze ciastka z miłości, która to miłość ciastek nie chce jeść, a drugie łapie w dłonie nowo narodzoną córkę sąsiada i opowiada o swojej własnej córce, dorosłej już i niesfornej.
Ale też nijak ma się to do fado, i powtarzam – do fado ostatniego, to już w ogóle ni przypiął ni przyłatał…
Niby te wątki wszystkie na końcu jakoś się połączyły, ale szef widać – bardziej to taka fastryga niż piękne wykończenie. Cały czas czytając tę książkę niepokoiłam się tym przeskakiwaniem z bohatera na bohatera – czułam się jak na diabelskim młynie – raz góra, raz dół, raz góra, raz dół, aż zrobiło mi się mdło od tej jazdy. To było rwane czytanie, rwana narracja i rwana historia.
Zupełnie nie przekonały mnie wewnętrzne rozterki Alicji, która sama nie wie, czy jest zakochana, czy nie, czy powinna oddać komuś swój talizman, jakim jest słonik z opuszczoną trąbą. Nie przekonały mnie też wynurzenia Pessoi, który chciał wstrząsnąć światem literackim i zrobić rewolucję językową.
Najpiękniejsze wydały mi się obrazki z Lizbony, targi z owocami i warzywami, tramwaje, które jadą tylko pół ulicy, zapach smażonych sardynek, dziecko bawiące się kamieniem znalezionym na ziemi…
I dwie dobre rzeczy wynikły z tej lektury: raz – znów obejrzałam sobie ”Lisbon story”, mój ukochany film Wendersa i dwa – posłuchałam Amalii Rodriguez i dopiero to wywołało we mnie dreszcz i wzruszenie związane z ostatnim fado.

sobota, 13 sierpnia 2011

ŻÓŁTKO, SŁOŃCE, CYTRYNY, ŻONKILE


KAJSA INGEMARSSON
„ŻÓŁTE CYTRYNKI”
(TŁ. NATALIA JANUSZEWSKA)
SŁOWO/ OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2009

Dwa lata temu, gdy książka dopiero wyszła, miałam ją już w ręku. Zajrzałam do środka, przeczytałam kilka pierwszych stron i odłożyłam. Pomyślałam, że to będzie przewidywalna lektura i że nic mnie w niej nie czeka.
A trzeba było po prostu dać się tej historii opowiedzieć.
Wszystko zaczyna się od różnicy między melonami a cytrynami. 
Agnes ma wymarzoną pracę – jest szefową sali w wykwintnej restauracji na modłę francuską. Spełnia się i płacą jej dobre pieniądze. Ma ukochanego mężczyznę, który już jakiś czas temu wprowadził się do niej. Ma najlepszą przyjaciółkę, z którą od czasu do czasu idą na drinka. 
I ma cytrynki w miejsce piersi. A jej szef widzi w nich melony i bardzo chce skosztować jej owoców. Gdy Agnes idzie do piwnicy po wino, zakrada się i wkłada jej ręce pod spódniczkę – a ona dziwnym trafem rozbija najdroższe wino w całej piwniczce. I tak kończy się jej świetnie zapowiadająca się kariera szefowej sali. Do tego mężczyzna jej życia okazał się mężczyzną życia jeszcze jednej kobiety – albo PRZYNAJMNIEJ jeszcze jednej i świat się powoli wali. Na głowę Agnes. Pieniądze się kończą, pośredniak wzywa. Kolejny dziwny traf sprawia, że Agnes angażuje się w otwarcie nowej restauracji. A nazwa jej będzie Żółte Cytrynki. 
Do tej książki wpada się, jak do żółtego koloru. Jest przyjemnie. 
To nie historia pełna fajerwerków. To nie historia, która zaskakuje. To historia, którą świetnie się czyta. Która sobie płynie i nagle dochodzi druga w nocy. Której kolejne strony trzeba zagryzać opiekaną bruschettą, maczaną w oliwie. Jest świeża. Prosta, ale smakowita. Jak gadanie z przyjaciółką w letni dzień, popijając herbatę. To nie takie gorące, upalne przedpołudnie. Jest nawet trochę zimno i zarzucamy na ramiona kolorowe chusty. Ale jest w tym dniu dużo historii i wspomina się go z uśmiechem, z nostalgią. Taka jest ta książka. Żółta kolorem przygaszonego słońca. To najbardziej rozświetlona książka, jaką czytałam ostatnio. Jest zupełnie i dokładnie tym, co zapowiada seria – książką do czytania gatunek komedia romantyczna. Książka bez zadęcia i nie taką, która ma zmieniać świat. Nawet nie ma na celu zmiany czytelnika. Chce mu zapewnić chwilkę rozrywki, ale rozrywki niegłupiej. Pełnej smaków – jest tam zupa rybna, makaron z krewetkami i grillowany tuńczyk. I uśmiechnięta, kompetentna szefowa kuchni, co serwuje żółte cytrynki.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

czwartek, 11 sierpnia 2011

RURY,ZLEPY,CIĄGI


PATRICIA ATKINSON
„W DOJRZEWAJĄCYM SŁOŃCU. O KOBIECIE, KTÓRA STWORZYŁA WINNICĘ”
(TŁ. HANNA PASIERSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Liczyłam na taką książkę, jakie sugeruje lato – ciepłą, pełną lekko musującego wina i upału. I taka, od jakich jestem w pewnym sensie uzależniona – gdy widzę w zapowiedziach wydawniczych zlepek słów przeprowadzka/winnica/jedzenie/Toskania – względnie Prowansja/nowe życie – spisuję tytuł i potem szukam na półkach księgarni. Czytałam ich mnóstwo i czasem myślę, że zbyt opalona jestem tym fikcyjnym słońcem Toskanii. Ale wciąż sięgam po nowe, gromadzę i zastawiam nimi specjalną półeczkę na moim regale z książkami. Nie mogę przejść obok takiej książki obojętnie, bo poruszają we mnie czułą strunę, bo opowiadają moje marzenia i uśmiecham się do ich przyjemnych okładek z zachodem słońca i cyprysami.
Tym razem dałam się podejść Patricii Atkinson, która porzuciła swoje miejskie życie na rzecz winnicy w Prowansji. Porzuciła trochę wbrew sobie. A może nie tyle wbrew co przez przypadek. Bardziej pragnęła uczestniczyć w marzeniu swojego męża, niż się z nim rozstać. A on właśnie takie miał marzenie. Francja. Winnica. Wino. Dom. Może niekoniecznie w takiej kolejności, bo winnica z winem były najważniejsze. W Polsce mówi się „słomiany zapał” – nie wiem, jakby to było po francusku, ale to bardzo pasuje do Jamesa. Usiadł w cieniu drzewa i patrzył, jak Patricia pracuje. Był chory, a potem pewnie udawał chorego. Tyle tylko, że odwrotu już nie było, bo wszystkie pieniądze były już wydane i pozostało tylko czerpać zyski z wina. Tyle tylko, że to wino nie rośnie na drzewach. Na drzewach rosną owoce, które trzeba podciąć, podwiązać, opryskać, podlać, zebrać, wycisnąć… ale przede wszystkim kochać. I choć to nie była w przypadku Patricii miłość od pierwszego wejrzenia, okazała się miłością na zawsze. Mąż się z nią rozwiódł, ale zostało żonie po mężu jego marzenie i żona zaślubiła się winogronom zamiast męża. Też dobrze, a w tym konkretnym przypadku nawet lepiej. Patricia jest bowiem kobietą sukcesu, o której kręcą filmy dokumentalne, która wyrobiła własną winną markę i która tuz przy końcu książki zamiast jednej winnicy miała już dwie. 
A zaczyna się od tego, że po francusku umie powiedzieć jakieś pięć słów i jedno zdanie, a o winie wie tyle – „Jakie to fantastyczne, że wytwarzamy podobne wspaniałości tak niewielkim nakładem pracy. Parę oprysków, trochę koszenia…” [s.50]
W mgnieniu oka okazuje się, że musi być silna, mądra, biegle władać francuskim i to francuskim dość fachowym, musi być szefem, musi być dyplomatą… Świat zaczyna jej się walić na głowę, a może tylko sama winnica i Francja? Podoba mi się w tej książce, że Atkinson nie ukrywa swojego strachu, ze nie ukrywa swojej naiwności, ze nie ukrywa swojej niewiedzy, swoich łez. Że nie boi się powiedzieć, jak bardzo czuje się osamotniona i zdana na innych. Nie koloruje swojej historii różowymi kredkami, nie twierdzi, że było łatwo. Docenia też pomoc wielu osób, bez których nie było by teraz wina Patricii Atkinson. Ja z punktu widzenia obserwatora, doceniam za nią, że była to mądra pomoc – nikt nie robił niczego za nią – gdy trzeba było wsiąść na podkaszarkę nikt nie wsiadał na podkaszarkę Patricii – sąsiad pokazywał jej jak to zrobić, którędy jechać i na co zwrócić uwagę, ale to ona musiała naciskać pedał gazu lub hamulec. Od samego początku była sama, choć nie sama. Dlatego wino smakowało lepiej – było w całości pracą jej własnych rąk i jej głowy – wieczorami czytała książki o enologii na przemian ze słonikiem języka francuskiego. 

Ale mimo iż podziwiam Patricię, mimo, że czytając jej historię widziałam prawdziwą kobietę, nie przerysowaną, kościstą i krwistą, to ta książka nie wywołała we mnie natłoku emocji. To zlepek scenek rodzajowych, zlepek potu, lejącego się z czół zbieraczy i zlepek fachowego słownictwa. „Dodałam enzymy pektolityczne, by wspomóc proces ekstrakcji i maceracji.” [s.329] Czytam to zdanie kilka razy i wciąż nie wiem, o czym ona mówi… Patricia jest zakochana w samym procesie powstawania wina. I ogromnie dumna z tego, że opanowała go od A do Z, chce być (jest!) doceniana w zamkniętym, hermetycznym kręgu enologów, chce pokazać, że wie, czym jest ta maceracja, zaimponować czytelnikom. Ale ja nigdy nie widziałam procesu zamiany owocu w wino, nie potrafię sobie go wyobrazić, wiec uciekałam wzrokiem za okno i powracałam do lektury, gdy butelki wina stały już na stole. 

I przychodzi mi do głowy pewna szalona myśl:
„Dzień mija wśród chaosu rur, pomp i remontages. Chai jest zastawiona drożdżami rosnącymi w licznych wiadrach. Rury krzyżują się na podłodze, pracują wszystkie trzy pompy. Kubły z wodą przygotowaną do spłukiwania jeszcze powiększają bałagan, potykamy się o kable i węże.” [s.162]
- czy to nie wspaniały pomysł na komiks????

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]