
OLGA PALUCHOWSKA-ŚWIĘCKA
„PROSEKTORIUM”
PRÓŚZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011
Pierwsze, o czym pomyślałam, zamykając okładkę po przeczytaniu książki: „wcale nie jest o tym, o czym na tej okładce napisano!”.
„Młoda studentka i modelka Natasza przeżywa trudne chwile. Nie chce więcej spoglądać za siebie. Podejmuje dodatkową pracę w prosektorium, w miejscu gdzie, jak sądzi, można ukryć się przed całym światem. Początki są trudne – szpital jest przepełniony smutkiem. Kontrast między nową codziennością a światem pokazów mody i gal sprawia, że Natasza uczy się odczuwać intensywniej, doceniać wartość życia i jego prawdziwe piękno.” (ze strony wydawnictwa)
A Natasza na ogłoszenie w gazecie odpowiada całkiem przypadkiem. Sama właściwie nie wie, co ją skłoniło do posłania CV do prosektorium. Pewnie ciekawość. Niezdrowa i zdrowa zarazem. Bo ludzka. Bo każdy z nas się zastanawia, co się tam dzieje i jak wygląda człowiek osiem godzin po śmierci i co tak naprawdę robi się, gdy ktoś musi przeprowadzić sekcję. To takie zaglądanie śmierci w oczy. Bezpieczne, bo za parawanem pracy. Ja czytając opis miałam wrażenie, że Natasza jest dziewczyną z problemem, jakim jest jej wygląd. Przeczuwałam anoreksję, albo bulimię, albo jakąś fobię, która sprawiła, że na pokazie mody przestała oddychać i musiała uciec ze sceny. Ale nic takiego w tej powieści nie ma. Żadnych dramatycznych gestów i żadnego zażywania kokainy w toalecie. No może trochę, gdzieś obok. Ale Natasza to dziewczyna świadoma swojego piękna, a jednocześnie z dystansem do siebie i do całego świata, jakim jest moda i show biznes, do wielkich gal, które w telewizji wyglądają przepięknie, a w rzeczywistości cechują się porwanymi zasłonami i dziurami w siedzeniach dla gości, a czasem spiętą z tyłu na agrafki sukienką głównej prowadzącej.
Drugie o czym pomyślałam, to był natłok pojedynczych słów, które zalały mi oczy – mocna, kipiąca, parząca książka, wysoka temperatura, uczucia, emocje, przekonania, filozofia… Gdybym miała powiedzieć, jaki kolor ma ta powieść, to byłby na pewno bardzo, bardzo mocno czerwony.
To książka niebanalna, choć czasami kuleje i jednak razi banalnością w rozważaniach i filozofowaniu bohaterów. Ale nie ma na pewno banalniej fabuły i to mnie w niej ujęło.
Natasza żyje w wielu światach – w świecie mody, w świecie szpitala i prosektorium, w świecie mieszkania ze współlokatorką Anną, z którą poznała się na studiach, z którą uprawia jogę i czasem zasypiają razem dotykając się nagimi piersiami, w świecie swojej ulubionej herbaciarni, która otworzyła się niedawno i której Anna byłą pierwszą klientką i w świecie jej właściciela, tajemniczego Gruzina i jego rytuałów oczyszczających, w świecie wsi, na którą wyjeżdża z Anną, by oczyścić umysł. Mam wrażenie, że to takie wielki kocioł, tygiel, do którego autorka wrzuciła wiele swoich miłości – herbata, joga, domowe spa, fotografia, fascynacja naturą, książki… Jest tu wiele nitek, posplatanych w supełki. Z jednej strony ta książka jest przez to chaotyczna i nierówna. Ale z drugiej dzięki temu organiczna i mięsista. Tak jak w życiu spotykamy na swojej drodze wiele osób, robimy wiele rzeczy, nigdy nie wiemy, co czeka nas krok dalej. Jeśli więc literatura tego rodzaju ma odzwierciedlać życie, to nie możemy z góry wiedzieć co się wydarzy i nie możemy ograniczać akcji do jednego wątku. Podobało mi się, że Natasza jest samotna, wokół niej przewija się mnóstwo mężczyzn – o jednych mówi, że są piękni, inni wywołują szybsze bicie jej serca, o wielu mówi dobrze, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy z którymś z nich będzie – nie ma tej fantastycznej, sztucznej i lukrowanej książkowej miłości i czytelnikowi nikt nie pokazuje wielką czarną strzałką „To ten!”. Właściwie miłość nie jest w tej książce najważniejsza. Najważniejsze jest szukanie siebie. A miłość, przyjaźń, nienawiść są częściami składowymi docierania do swojego wnętrza.
Zamysł całej konstrukcji jest dosyć jasny – prosektorium kontra świat mody. Okazał się jednak trochę bardziej skomplikowany niż przypuszczałam i to mi się podobało. Ważnym słowem jest ciało, które ma znaczenie symboliczne – jest powłoką prawdziwego ja. I prosektorium i wybieg dla modelek świetnie to pokazuje, a łącznikiem tych dwóch światów jest właśnie Natasza. Samo ciało jest opakowaniem, które trzeba rozciąć, żeby wydobyć prawdę o człowieku. W prosektorium wychodzi cała prawda ciała, które stoi w opozycji do zafałszowania na wybiegach, makijażu, jaki robi się modelkom, strojów, jakie wkłada się im, ukrywając ich tożsamość. I cicha spokojna, wierna żona, pozuje z pejczem w magazynach dla panów, a oni wierzą w mit drapieżnej dominy, która tak naprawdę w zaciszu domowego „prosektorium” gotuje mężowi rosół i w tym się spełnia najlepiej. Ale póki żyjesz, musisz udawać – pogrzeb, to ostatni przejaw życia, dlatego na twoją twarz nakładają makijaż. Ktoś ubiera nam twarz w złudzenia.
Czasami ta powieść kuleje, czasem jest zbyt egzaltowana i ckliwa, ale mnie osobiście podarowała wiele wątków do przemyśleń, do badań, do poszukiwań. Zagotowała mi krew. Urzekła opowiadając o chwytaniu chwili i szukaniu dobrych ziaren w każdym dniu. I nabrałam ochoty na herbatę w magicznej herbaciarni u Gruzina.
[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]






