wtorek, 31 grudnia 2013

NA KONIEC ROKU KOŃCZYNA CZYLI ZACZYNAM OD KOŃCA

HENNING MANKELL
„RĘKA”
(TŁ. PAULINA JANKOWSKA)
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2013
CZYTA LESZEK FILIPOWICZ

Nie znam Kurta Wallandera. Parę razy przechodziłam obok niego, kilka razy musnęłam go ramieniem, mam nawet na półce kilka historii z jego życia, ale do tej pory nie powiedzieliśmy sobie nigdy „dzień dobry”. A teraz jakoś się zdarzyło, że zaczepiłam w końcu Wallandera, tak po prostu, a on szeptał mi do uszu.
Opowiedział tako oto historię...
Chce kupić dom – gdzieś daleko od miasta, w ciszy i spokoju, wyobraźnia podpowiada mu jego ściany i jego dach, usadza przy drzwiach psa i pewnie nawet kubek z parującą kawą już stoi na wymarzonym stole. Tylko dom się jeszcze nie ziścił. Pewnego dnia kolega z pracy proponuje mu kupno domu – pojedź, obejrzyj, zastanów się, może to będzie twoje miejsce na ziemi. Kurt już się cieszy, bo w jego głowie wirują wciąż myśli o azylu gdzieś na wsi, o własnym zakamarku świata. Gdy widzi dom, coś w jego duszy drga, nie mocno, nie z siłą trzęsienia ziemi, ale być może, całkiem możliwe... I wtedy wychodzi, żeby zobaczyć ogród. A tam, między jego stopami, na świeżej ziemi leży dłoń... Ta dłoń należała do człowieka. Który pewnie teraz nie żyje... Tylko gdzie jest ciało?
To takie staroświeckie opowiadanie, nie toczy się szybko, nie jest pełne napięcia, ale ma w sobie zagadkę i ma w sobie jakiś urok. Zaintrygował mnie Wallander, którego wyobrażam sobie z dwudniowym zarostem i z bagażem doświadczenia na plecach. Dojrzały i pewien tego, czego chce. Ale przede wszystkim to, co mnie w nim urzekło, to ten siódmy zmysł, właściwy tylko dobrym detektywom – patrzy na miejsce zbrodni i czuje, że coś jest nie tak, nie widzi, a wie, patrzy tym okiem wewnętrznym, które czerpie z doświadczenia, ale też z pasji i powołania.
Nie podobał mi się jednak sposób interpretacji Filipowicza. Grał na tej nutce głosu, która odpowiada za ironię, za sarkazm, za lekki półuśmieszek. Wciąż miałam wrażenie, że ręka okaże się żartem, że Wallander wybuchnie śmiechem, choć nie pasowało mi to do Kurta, jakiego nie znam, ale o jakim słyszałam.
Cieszę się, że na koniec roku podaliśmy sobie ręce, że znajomość się zaczęła, choć od końca. Teraz będę już tylko wspominać z Wallanderem, będziemy się oglądać do tyłu i mam nadzieję, że on siedzi teraz gdzieś przy wymarzonym kominku i głaszcze wymarzonego psa. Życzę ci tego, Wallander, na koniec roku.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej]

wtorek, 17 grudnia 2013

MIECZ NIE KOC

BARBARA O'NEAL
„SPOSÓB NA HAPPY END”
(TŁ. AGNIESZKA SOBOLEWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013

Mała dziewczynka żarliwie wierzy w Boga. Lubi rytuał niedzielnych ranków, gdy ubiera się odświętnie i idzie w stronę kościoła, żeby uczestniczyć w nabożeństwie. Przeżywa ją całą sobą i zazdrości chłopcom, że mogą służyć do mszy, że podają kielich i dzwonią dzwonkami. Jej największym marzeniem jest to, by zostać księdzem, ale nie ma na to szans. Pewnego dnia przychodzi do kościoła na spotkanie modlitewne. Jest trochę wcześniej, nikogo jeszcze nie ma. Na drżących nogach wchodzi na ołtarz i udaje, że przygotowuje się do mszy. Dostaje cios zza pleców od wściekłego księdza.
Pierwszy raz traci wiarę.
Wróciła do kościoła, gdy poznała Joaquina. Obydwoje wierzyli, obydwoje żarliwie. Oprócz Boga pokochali siebie nawzajem. Tuż przed planowanym ślubem wyruszają na pielgrzymkę do Santiago de Compostela – trochę w podzięce, trochę z prośbą. Z pielgrzymki wracają oddzielnie – Elsa zdruzgotana, a Joaquin z nadzieją na koloratkę pod szyją.
Drugi raz traci wiarę.
Teraz Elsa jest pastorem w Kościele Jedności. Znalazła miejsce, w którym może wierzyć tak, jak chce, w którym może się spełniać i być najlepsza w tym co robi. Na niej wspiera się cała społeczność, na niej buduje się duchowość sąsiadów i wiernych. Tymczasem Bóg znów zabiera jej wiarę – wraz z kilkunastoletnią parafianką, która traci życie, w ziemię wsiąka cała wiara Elsy. I wydaje się, że jest nie do odzyskania. I wydaje się, że Elsa już nigdy nie będzie szczęśliwa.
Traci trzeci raz wiarę.
Zostaje zawieszona w swoich obowiązkach i wraca do domu, w pobliże Joaquina, żeby znaleźć kolejny sposób na resztę życia.
Mam problem z tą książką, z tym, w jaki sposób mówi o wierze. To ciężki temat w społeczności, gdzie 99% to zdeklarowani katolicy, ale 99% z nich nie chodzi do kościoła. Ciężki temat w domu, w którym jest Bóg, a nie ma kościoła.
Zgrzyta mi ta mała dziewczynka, której wiara rozgrzana do czerwoności. Mam wrażenie, że może to być raczej smak zakazanego owocu, niż faktyczny głód Boga. Co prawda w mojej świadomości mgliście przewija się jakaś dawna księżowska opowieść o dziewczynce, która bardzo chciała przystąpić do komunii, jak jej siostra, ale była jeszcze za mała. Ksiądz nieopatrznie powiedział, że będzie mogła wziąć udział w sakramencie, gdy nie będzie już miała ani jednego mlecznego ząbka, a dziewczynka wybiła sobie je kamieniem, bo tak bardzo chciała już mieć Boga w sercu. To miała być historia na dowód tego, że dzieci potrafią wierzyć dużo mocniej. Pamiętam okres fascynacji kościołem u wszystkich dziewczynek w klasie, gdy biegałyśmy na mszę nawet dwa razy w jedną niedzielę. Ale myślę o tym, jak o religijnej płyciźnie – nie miałyśmy szans zanurzyć się w prawdziwy sens wiary, bo zbyt mało rozumiałyśmy.
Mocno kontrowersyjny jest też temat kobiet w kościele – tego, jak mogą się w nim spełniać. Słyszałam ostatnio w radiu wypowiedź papieża Franciszka, że „kobiety w kościele powinny być dowartościowane, a nie sklerykalizowane”. Elsa ze swoimi wątpliwościami i pragnieniami staje dokładnie na przeciw tej tezie i rozszarpuje ją na strzępy.
To w gruncie rzeczy książka o walce o to, by móc robić to, co się kocha.
O'Neal chciała stworzyć historię ku pokrzepieniu serc, taką, jakie pisała do tej pory, ale – świadomie, bądź nie – wkroczyła na pole minowe i lawiruje między wybuchami. Owszem – jest w tej książce miłość – też niełatwa, jest przyjaźń, jest siostra, której też trzeba pomóc w jej prywatnym trzęsieniu ziemi, jest siostrzenica, która zakochała się pierwszy raz w życiu, ale już na zawsze, jest społeczność, którą trzeba zaktywizować, dać jej małe poletko ziemi, żeby na nim wykwitł cały ogród, jest jak zwykle całe stado psów, bo trzeba mieć zawsze kogoś, kogo można podrapać za uszami i poklepać po grzbiecie.
Ale to, że Elsa jest/była pastorem zmienia wydźwięk tej książki, nadaje jej ciężkości i w miejsce etykietki „zmysłowa i romantyczna” wrzuca hasło „dyskusyjna i sporna”. Tym razem nie otula kocem, raczej daje w ręce miecz.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

60,80,100...

WOLFGANG HERRNDORF
„CZIK”
(TŁ. AGNIESZKA KOWALUK)
WAB, GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL, WARSZAWA 2013

Najpierw była Tatjana. Najpiękniejsza w klasie. Z długimi, gęstymi włosami. Jedna z tych dziewcząt, których imię każdy chłopak wypisuje na tylnej okładce zeszytu do matematyki. Maik też. Jakiś czas temu po korytarzach szkoły poniosło wiadomość, że zaraz na początku wakacji Tatjana wyprawia swoje urodziny. Że to będzie gdzieś pod Berlinem. W wielkim pięknym domu. I że z dorosłych będzie tylko jeden wujek, nikogo więcej. Wiadomość elektryzuje, przebiega jak iskra między jednymi a drugimi nastoletnimi ustami. Maik szuka najlepszego prezentu dla dziewczyny – kompakt Beyonce odpada, bo da jej go co druga osoba - wiadomo, że to ulubiona wokalistka Tatjany. Chce być oryginalny. Wymyśla coś znacznie lepszego. Ale w przeddzień wakacji w jego piórniku nie spoczywa mała żółta karteczka z mapą dojazdu i dokładnym adresem. Jako jeden z nielicznych został ominięty przy rozdzielaniu zaproszeń.
„W domu z godzinę stałem pod prysznicem. Potem poczułem się trochę lepiej, mniej więcej tak, jak rozbitek dryfujący tygodniami po Atlantyku, kiedy obok przepływa wycieczkowiec i ktoś rzuca do wody puszkę Red Bulla, a statek odpływa dalej – mniej więcej tak.”
Jest sam w domu – mama na „farmie piękności” (kuracja odwykowa), tata w „podróży służbowej” (wyjazd z bardzo młodą, bardzo atrakcyjną i bardzo biuściastą asystentką). Ma przed sobą dwa tygodnie parnych, berlińskich wakacji, w których nic nie będzie się działo, bo jest sam, bo nie ma przyjaciół, bo żółte karteczki latają zbyt wysoko nad jego głową. I nagle w jego drzwi puka przeznaczenie – po drugiej stronie stoi Czik – „kolega” z klasy, Rosjanin, z jakimiś niemieckimi przodkami, chłopak, który ma powiązania z mafią, plastikową reklamówkę zamiast plecaka, problemy z językiem niemieckim, czasem przychodzi na lekcje pijany i ma najgorsze ciuchy w całej szkole. Dobrze ubranego, schludnego, akuratnego Maika dzielą od Czika tylko drzwi – ale w końcu je uchyla. Potem kradną starą ładę, otwierając ją magicznym sposobem na piłeczkę tenisową (a może magia nie istnieje?) i wyruszają do Siedmiogrodu – bo tam Czik ma dziadka, bo dziadek jest fajny i jeszcze dlatego, że przecież trzeba czasem spędzić urlop jak człowiek, na wycieczce zagranicznej.
W tej książce Tatjana jest najważniejsza, choć to nie jest książka o Tatjanie. Tatjana jest tą iskrą, która odpala samochód bez kluczyka. Ale potem zostaje gdzieś daleko w tyle. Bo to książka o tym, jak rodzi się przyjaźń – taka, która znaczy więcej nawet, niż impreza urodzinowa u najgorętszej laski w szkole. To książka o tym, że czasem trzeba zapomnieć o oddychaniu, żeby odetchnąć pełną piersią. I o tym, że tylko raz ma się szansę wskoczyć do kradzionej łady i wyruszyć na podbój świata – bez mapy, z pięknym planem, żeby skręcać zawsze tylko w prawo, albo tylko w miejscowości na literę M. I tylko raz ma się 14 lat i tyle szczęścia, żeby nawet dachująca łada nie zabiła w tobie sensu życia.
To powieść drogi, a ta droga nie jest tylko od punktu A do B, bo to skąd się zaczyna i dokąd się dąży nie ma tu najmniejszego znaczenia. Najważniejsze kto siedzi obok i czy będzie się w stanie pokonać własne lęki, ograniczenia, sztucznie narzucone bariery – czy z pełną świadomością da się wjechać rozklekotaną ładą w zastały i zatęchły porządek świata?
Świetna książka, dziejąca się powoli, nieśpiesznie, a jednocześnie pędząca sześćdziesiątką, osiemdziesiątką, setką! O tym, że zmiana wymaga po prostu przekręcenia kluczyka w stacyjce. I że nawet, jeśli nie ma się kluczyka, to zawsze znajdzie się piłka tenisowa.


[Książę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB, należącego do Grupy Wydawniczej FOKSAL]

środa, 4 grudnia 2013

BIEŻNIA

LARS KEPLER
„ŚWIADEK”
(TŁ.MARTA REY-RADLIŃSKA)
CZARNE, WOŁOWIEC 2013

„Miejsca zbrodni i miejsca znalezisk są jak lustra,w których odbija się obraz sprawcy. Okruchy motywu znajdują się we wzorze krwi na tapetach i podłodze, wśród przewróconych mebli, śladów butów i w pozycji ciał. (…) Sprawca zawsze przydziela ofierze i miejscu specyficzne funkcje. (…) Wiele rzeczy jest przypadkowych, ale zawsze znajdzie się coś, (…) co prowadzi do motywu”. [s.334]
A na miejscu zbrodni jest nastolatka. Zamknięta była w izolatce, ale w zamku tkwi klucz.
Miranda jest naga. Ma głowę roztrzaskaną. A oczy zasłania dłońmi. Nie oddycha. Na tapecie rozbryzgi krwi.
A rzecz dzieje się w ośrodku wychowawczym dla dziewcząt, gdzie osiem nastolatek z problemami próbuje oddychać i przeżyć kolejny dzień. Gdzie kradną jedna drugiej najbardziej osobiste rzeczy, gdzie powstają układy i układziki, których trzeba nauczyć się na pamięć, a każda próbuje tego dnia nie zadać sobie żadnej rany ciętej, gdzie agresja chodzi z nimi za rękę, gdzie trzeba uczyć się kontrolować swoje emocje i gdzie powoli wygląda się przez okno do normalnego świata. Ale drzwi na noc wciąż pozostają zamknięte. Ale jest też izolatka, do której klucz ma zawsze opiekun, zostający z dziewczętami na noc. Elisabet, która powinna pilnować dziewcząt zniknęła. Nikt nie wie, którędy uciekła i dlaczego klucz, który powinien spoczywać w jej kieszeni tkwi oskarżycielsko w drzwiach. Po korytarzach biega panika. Z ust dziewcząt wydobywają się głośne krzyki. Jedne siedzą spokojnie i udają głazy. Jedne mają ochotę się pociąć, a niektóre kołyszą się regularnie w przód i w tył. I okazuje się nagle, że nie ma Vicky. A w jej pokoju zakrwawiona pościel. Pod poduszką młotek w kolorze krwi i z resztkami mózgu na obuchu.
Jaki miała motyw? Dlaczego roztrzaskała głowę koleżanki tępym narzędziem? Dlaczego zasłoniła oczy jej własnymi dłońmi? I w którą stronę uciekła?
Potem jest jeszcze porwane dziecko – świadek mówi, że porwała je istota z gałęziami zamiast dłoni.
I Flora, która organizuje fałszywe seanse spirytystyczne, żeby zarobić, ale nagle zaczyna widzieć prawdziwe duchy... A sprawą zajmuje się komisarz kryminalny Joona Lina, który sam ma mnóstwo problemów – śledztwo dyscyplinarne na karku i poszukiwania dziwnej, starszej kobiety Rosy, która wyszeptała mu do ucha „Czemu udajesz, że twoja córka nie żyje?”. Czy Joona ma córkę?
To kolejny mroczny skandynawski thriller, w którym wyczuwam zapach krwi, w którym dreszcze biegną po każdej stronie, w którym niewyobrażalne okrucieństwo, strach i determinacja, by przeżyć, wyzierają z każdej kartki. A wszystko na świetnym stelażu ze słów. Lars Kepler* znów dał popis – obudował ludzką krzywdę i głębokie psychiczne rany fabułą, którą połyka się i z niedowierzaniem uświadamia sobie fakt, że to syci.
„O w mordę!” - wyrwało mi się bezwiednie, gdy zamknęłam tę książkę. Nie do końca kulturalnie, ale adekwatnie do sytuacji. Zastygłam z półotwartą buzią i myślami biegłam po najeżonej wydarzeniami bieżni tej książki. Zmęczyłam się, bo tyle się działo, ale to zmęczenie było przyjemne, odprężające i każda moja myśl krzyczy „Chcę jeszcze!”.

* pod tym pseudonimem kryje się dwójka szwedzkich pisarzy Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril, autorzy serii o komisarzu Joonie Linnie.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne]

czwartek, 28 listopada 2013

PIEKARA-DO ULUBIONYCH!

JACEK PIEKARA
„ALICJA T.1”
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2013
CZYTA TOMASZ SOBCZAK

Do odrapanego, zatęchłego, malutkiego i brzydkiego pokoju wpada piłka. Pewnie jest kolorowa i pewnie to jedyna tęcza, jaka zagląda przez okno. A okna już nie ma, bo z brzękiem wyleciało z ramy i rozprysło się na biurku i czystej kartce.
Okno i resztę mieszkania wynajmuje Aleks. Dzieciństwo i nawet wczesną młodość ma już za sobą. Kiedyś miał pieniądze, panienki, wypijał litry alkoholu, wyrabiał wierszówki w gazecie i żył od rautu do rautu. Ale wymyślił sobie ideę, wymyślił, że nie na tym polegać ma życie i zapragnął robić sztukę. Ale taką przez duże SZ. I poległ, bo jego mądry, dobry scenariusz, przerabiało już milion osób i został z niego strzępek, wśród pościgów, seksownych bohaterek i idola nastolatek w głównej roli. A i tak nikt scenariusza nie kupił. Aleks jada mało, bo go nie stać, pije lurowatą herbatę, bo lubi i próbuje nie poddać się w swojej walce. Z honorem i uporem odrzuca propozycję powrotu do pracy, na poprzednie stanowisko – nie chce znów się sprzedawać. Wierzy, że jeszcze mu się uda, choć wcale w to nie wierzy. Bo chyba czeka na cud. Bo chyba przecież upadł już tak nisko, że cud musi się zdarzyć. I zdarza się właśnie ta piłka. Wlatująca przez zamknięte okno. Za nią drzwiami wchodzi Alicja.
Alicja ma czternaście lat, przed sobą równie dużo, co już za sobą. Przeżyła niejedno, ale w życiu Aleksa rozsiada się próbując ukryć swój bagaż. Po prostu raz i drugi przychodzi na herbatę. Proponuje pieniądze za zbitą szybę, ale Aleks ich nie chce. Odpłaca się więc w inny sposób – pomagając Aleksowi znów uwierzyć w ideały.
Piekara stworzył dwie bardzo silne osobowości. Alicja jest nastolatką, ale ma zdanie wykute z marmuru, nie ma siły, by je przenieść, przestawić. Jest dwuznaczna moralnie, ale jednocześnie honorowa – paradoks polega na tym, że umie zrobić wszystko dla ludzi, których kocha, a bezlitosna jest dla tych, którzy stanowią zagrożenie. Ma lat czternaście, ale w sobie całe pokłady mądrości świata. Jest silna i mało w niej dziecka, choć powinna zostać tam, po drugiej stronie okna, skacząc w gumę i grając w piłkę.
Aleks to mężczyzna, który coś przegrał i przez to w swojej męskiej dumie czuje się zraniony. Niby nie chce nic od świata, ale wciąż liczy na to, że świat mu coś da. Nie za darmo – tu już nie ma złudzeń, ale uważa, że poświęcił wystarczająco dużo, żeby otrzymać nagrodę. On też jest silny, bardzo, tylko o tym zapomniał. Zapomniał, że jest władny obronić zaczepianego na ulicy żyda, że jest władny przeciwstawić się przemocy, że ma w sobie czar, który omamia piękne kobiety. Wyrzucił tę swoją siłę za okno i na szczęście wleciała z powrotem wraz z kolorową piłką i odłamkami szkła.
Jestem tą książką zahipnotyzowana. Jestem nią zaczadzona. Sączyła się w moje ucho na każdym spacerze, w każdym tramwaju, którym ostatnio jechałam, przy krojeniu chleba i wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Nie mogłam się od niej oderwać. Dodatkowo głos Tomasza Sobczaka został dobrany idealnie – trochę brudny, trochę chropowaty, pełen tej beznadziei i potem niedowierzania, jaki w swoim głosie powinien mieć Aleks.

Piekara – do ulubionych!



[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej]

wtorek, 26 listopada 2013

SEJF MURAKAMIEGO

HARUKI MURAKAMI
„BEZBARWNY TSUKURU TAZAKI I LATA JEGO PIELGRZYMSTWA”
(TŁ. ANNA ZIELIŃSKA-ELLIOTT)
MUZA SA, WARSZAWA 2013

Była sobie piątka przyjaciół. Był Akamatsu (tł.Czerwonososnowski), Omi (tł.Niebieskomorski), Shirane (tł.Białokorzeniowska), Kurono (tł.Czrnopolska), a pośród nich Tazaki (tł.Wielobrzeski). Gdyby ciąg ich nazwisk umieścić w teście na inteligencję, rzuca się w oczy jedno nazwisko. Tsukuru Tazaki był bezbarwny. Gdy ze sobą rozmawiali, w powietrzu płynęły kolory – Biała z Czarną i Czerwony z Niebieskim, przerzucali się nimi nad głową Tsukuru, chcąc nie chcąc. A on czuł się pusty. Czuł się w pewien sposób niegodny. Piąte koło u wozu.
Poznali się w czasach liceum, gdy nauczyciel wyznaczył uczniom kilka prac społecznych do wyboru. Ich piątka wybrała pomoc dzieciom, które nie radzą sobie z nauką. Zadzierzgnęli więzy, wzmocnili więzy, więzy stały się z czasem nierozrywalne – tak przynajmniej wszystkim się wydawało. Spotykali się często, ale zawsze w piątkę. W ich grupie było kilka zasad, jak kodeks, podpisany krwią, ale nigdy nie zwerbalizowany. To coś było jak zupełna pewność, której nie trzeba głośno mówić – na przykład to, że spotykają się zawsze wszyscy razem. Albo to, że nie ma między nimi żadnego napięcia seksualnego.
To był świetny układ i miał trwać po wsze czasy. Te wspólne dyskusje, wspólne słuchanie muzyki, Liszt grany przez Białą na pianinie, albo czarne płyty, obracające się wolno na talerzu adapteru, czytanie tych samych książek...
Gdy zaczęły się plany na przyszłość, każde z nich zakładało, że zostanie w rodzinnym Nagoi, żeby nie psuć tego paktu, żeby wciąż trwało przymierze. Wszyscy, prócz Tsukuru... On, jako ten bez barw, wymyślił sobie Tokio – tam na uniwersytecie wykładał znany specjalista od budowy dworców. A to właśnie chciał Tazaki robić w życiu – budować dworce. Inni patrzyli na te ucieczkę z powątpiewaniem. I chyba z lekką nutą nagany. Choć z ich ust biegły same pochwały i zachęta.
Pewnego razu, gdy Tsukuru przyjechał na jakiś weekend czy święto do domu, żadne z czworga przyjaciół nie chciało odebrać od niego telefonu. Uniki. Odsyłanie. Cisza.
W końcu Czerwony powiedział „Nie chcemy cię więcej widzieć” - i bez słowa wyjaśnienia odłożył słuchawkę.
Świat Tsukuru zachwiał się w posadach – bo co się stało? Bo czym zawiniłem? Czy to dlatego, że jestem bezbarwny?
Szesnaście lat później Tazaki spotyka Sarę. Pchany tajemniczym impulsem opowiada jej szkolną historię – ot, ciekawostka, ot, stare czasy. Ale okazuje się, że ma to wciąż głęboko pod skórą i jeśli rozdrapać, to leci wielkim potokiem krwi.
Sara stawia mu ultimatum – albo uporasz się i zabliźni się twoja rana, albo ja muszę odwrócić się na pięcie.
Tsukuru Tazaki jedzie w świat dowiedzieć się, czemu został odrzucony...
Jakich mam słów użyć, żeby o tej książce opowiadać? Co powiedzieć, żeby wydawać się obiektywną i nie brzmieć jak zakochana nastolatka? Co wymyślić, żeby wydawało się, że jestem surowym krytykiem?
Gdy czytałam tę książkę, w głowie miałam „Norwegian wood” - jedną z moich dwóch ulubionych „murakamich”. Między kartkami snuł się ten sam młodzieńczy zapał, ta sama wiara, że coś może być na zawsze i że się nigdy nie zmieni te same deklaracje i młodzieńcze pocałunki. Te same stopy oparte o róg stolika, przy słuchaniu muzyki i te same wizyty w tanich barach – na kawie. Te same rozważania i ta sama niepewność, czy jest się wartościowym człowiekiem.
I taka sama tajemnica...
Jak Murakami może być tak spokojny w obliczu nierozwiązanych zagadek, tych wszystkich rzeczy, które przydarzają się jego bohaterom? Jak może tak spokojnie sadzać Tsukuru do kolacja, albo kazać mu efektywnie pracować, nawet po godzinach, gdy ma do rozplątania tyle supłów na swoim życiu? Jak może kazać mu pływać w basenie, kilkanaście nawrotów i kilkadziesiąt minut, gdy to wszystko, co w nim siedzi, powinno go pociągnąć na dno w jednej sekundzie? Podziwiam jego zimną krew, jego brutalne wpychanie postaci w sieć niedopowiedzeń, tak, że gdy ruszą stopą, albo dłonią, to zaciska się jeszcze bardziej. I patrzy na to z boku, nie rzucając się od razu na ratunek. Jest metodyczny i konsekwentny. I co rusz dorzuca jakaś niteczkę niezwykłości, jakiś motek zdarzenia...
Oczywiście, muszę to powiedzieć, w swej brutalności nie oszczędza czytelnika. Bo nie daje łatwych rozwiązań i jak zwykle część historii bierze tylko dla siebie. Zagarnia i strzeże jej zazdrośnie. I nie pozwala nawet zerknąć, nawet musnąć. Wybitny jest w tym drażnieniu się.
I znów mnie zaczarował – ja murakami-masochistka!


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

piątek, 15 listopada 2013

A SŁYSZAŁA PANI O...?

DOROTA SUMIŃSKA
„HISTORIE, KTÓRE NAPISAŁO ŻYCIE”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013

Z opowiadaniami jest trudno. Trzeba doskonale dobrać proporcje, idealną ilość liter zagotować, nie przesadzić w żadną stronę, nadać wyraźny smak, zapach, zaciekawić i szybko, bardzo szybko odurzyć, żeby potem wykończyć wszystko wspomnieniem pozostawionym na języku, Wyraźnym.
A ja nie do końca wierzę, że Sumińska się sprawdza w tym czarowaniu krótką formą. Mając w pamięci ciepłe, mądre „Zwykłe niezwykłe życie”, spodziewałam się takiego samego ugłaskania, takiego samego ocieplenia, od środka, ale do samego szpiku.
A tu jakoś chłodno, zupa niedogotowana.
Ja wiem, że te historie to kawał życia, jego czyste mięso. Że jakaś Marysia, jakaś Beni i jakiś Krzysiek, gdy otworzą tę książkę rozpoznają siebie, mimo że imiona zostały zmienione. Bo to zapis jakiś chwil, które Sumińska zasłyszała od znajomych, od rodziny, od ukochanych, złapała je i zapisała w książkę. Że ona po to jest, by pokazać, co się wydarza. Że jakiś mężczyzna ukrywa się w kamienicy przeznaczonej do rozbiórki, bo boi się nowej władzy; że jakaś dziewczynka już nie cieszy swojego ojca, bo on woli spotykać się z nową kobietą; że jakiś ojciec porzucił dziecko, a później już dorosłemu, cudem jakimś, śpiewa kołysankę, że jakaś matka stoi po drugiej stronie świata, niż jej córka i wolą obydwie, żeby wyniosła się tam na zawsze; że jakiś mężczyzna zdradza i chce odejść, a kobieta chce uciec w ramiona ciemnookiego mężczyzny; że młody chłopak w bidulu ma zniszczone życie i ciężko je naprawić...Ale to życie Sumińska daje nam jakieś niedopowiedziane. Jak ploteczkę wymienioną na schodach z sąsiadką. „A słyszała pani, że dyrektor szpitala potrącił psa i przywiózł go nocą na badania do ludzkiego szpitala?” „I co?” „No zbadali i zabrał. Trochę jednak ludzki jest.” „A pani słyszała o Zosi? Jako pierwsza kobieta w klubie skoczyła na spadochronie!”.
Każda z tych historii to zalewie szkic, jakby to był notatnik Sumińskiej, gdzie zapisała pomysły, gdzie zgromadziła postaci, żeby potem rozwinąć je w długie, zagmatwane historie na kilkaset stron. To jakby wyciąć kawałek zdjęcia, odciąć oczy a zostawić cała resztę – i człowiek się zastanawia, jak te oczy wyglądały? czy były najważniejsze? najpiękniejsze?
Jest tu kilka naprawdę pięknych szkiców, które poruszają i są kształtne, pełne, mimo że fragmentaryczne. To historia o bezzębnych staruszkach, którzy wyruszają w podróż życia z przyczepą kempingową; to wojenna historia żydowskiego kota Mońka, najpiękniejszego w całej dzielnicy; to historia niewyczerpywalnej miłości dwóch kobiet, z których jedna mieszka za rzeką i jeszcze to o zgubionej surowicy na jad żmii.
I jakoś tak po cichu myślę, że Sumińska to jednak naprawdę mocniej kocha zwierzęta. Piękniej o nich pisze. Cieplej.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]