środa, 24 lipca 2013

CURIE-SKŁODOWSKA BYŁA KOBIETĄ?

SHELLY EMLING
„MARIA SKŁODOWSKA-CURIE I JEJ CÓRKI”
(TŁ. WOJCIECH GÓRNAŚ)
MUZA SA, WARSZAWA 2013

Niby każdy zna to imię w połączeniu z tym nazwiskiem. Niby wiadomo – jakiś tam rad i polon. Niby wiadomo, że to ważne odkrycia, bo przecież Nobel, a nawet dwa. I niby wiadomo, że to ma coś wspólnego z rentgenem, ale też nie do końca wiadomo co. Dla mnie ta kobieta to takie strzępki wiedzy, takie hasełka i słynny tekst z „Seksmisji”. Dlatego sięgnęłam po tę książkę, żeby rozszerzyć te plamki, rozprzestrzenić w sobie, coś więcej wydukać, niż tylko „rad i polon”, gdy ktoś zawoła „Skłodowska”.
Emling zajmuje się w głównej mierze wyprawą Marii do Stanów Zjednoczonych, którą odbyła w celu zebrania funduszy na stworzenie Instytutu Radowego, w którym mogłaby prowadzić szeroko zakrojone badania. Odniosłam wrażenie, że autorka uważa tę wyprawę za punkt kulminacyjny życia Skłodowskiej, za uhonorowanie jej sukcesu na równi z nagrodą Nobla. Opisuje szczegółowo gdzie Maria była, kogo tam odwiedziła, jak została przyjęta, jak się czuła. Dzięki temu ta specyficzna biografia, nabiera innego rytmu, innego tempa, niż zwyczajowe „urodziła się w...”, „umarła w...”. Dla mnie to jest biografia „Maria Skłodowska-Curie i jej dziecko nauka” - córki były zawsze na drugim planie, mimo łączącej je wszystkie więzi, ten związek był specyficzny. To nie były zwykłe relacje matka-córki – to był trójkąt miłosny, w którym na tym trzecim wierzchołku był rad i kolejne pomysły, które Marii przychodziły do głowy w związku z jego badaniem.
Drugim powodem, dla którego weszłam w świat uczonej, była niezwykła perspektywa, z jakiej miałam nadzieję ją oglądać – wielka uczona kontra jej dzieci, nauka kontra macierzyństwo.
Na okładce czytamy „ważniejsze od Nobla są tylko dzieci”, ale w tekście widać wyraźnie, że nic nie jest ważniejsze. No, może nie chodziło o samego Nobla, albo nie o zaszczyty z nim związane, ale o naukę. I to nawet nie kwestia tego, że Maria chciała pomóc zwalczać raka. Skłodowska uprawiała „sztukę dla sztuki” - była naukowcem, a nie lekarzem, była naukowcem, a nie społecznikiem – najważniejsza była dla niej sama wiedza, samo odkrywanie coraz to nowych wiadomości, drążenie, szukanie, sprawdzanie i końcowa odpowiedź. I wolała czasem wysłać córki w góry, a potem napisać do córek list z zadaniem matematycznym i kilkoma informacjami o sobie, niż zrezygnować ze swojego miejsca w laboratorium, gdzie między fiolkami i zlewkami ciężko byłoby znaleźć miejsce dla dziecka.
Sama autorka jest zafascynowana postacią uczonej. Jest orędowniczką jej wkładu w naukę. I mówi głośno o tym, co dziś byłoby nie do pomyślenia. Maria i jej mąż wyznawali zasadę, w myśl której nauka jest własnością wszystkich ludzi i rezultatów badań nie można ukrywać, więzić, czerpać z nich osobistych korzyści. Każdy wynik badania trzeba wypuścić z klatki własnych rąk i podać dalej, żeby na jego podstawie inni mogli wzbijać się wyżej we własnych badaniach. Gdy wynaleźli sposób pozyskiwania radu, nie opatentowali go – bardzo szybko wielkie fabryki wzbogaciły się na ich sposobie, a sama Maria, gdy chciała otworzyć Instytut Radowy, nie miała wynalezionego przez siebie radu i musiała wyprawić się do Ameryki, żeby prosić o pomoc w jego kupnie. O ironio! O naiwności!
Emling jest też chyba wielką fanką fizyki. Bo póki pisze o rozszczepieniach jądra atomu, bombardowaniu atomu, promieniowaniu i tym podobnych, o których nie śniło mi się nawet, to jest w niej pasja i iskra. Najjaśniej się iskrzy, gdy pisze o samej Marii, troszkę mniej, gdy trzeba opowiedzieć historię Ireny – starszej córki, która poszła w ślady matki, naukowca, która również, wraz z mężem, otrzymała nagrodę Nobla, naukowca, która po śmierci matki, poprowadziła jej ukochany Instytut Radowy. Ale gdy przychodzi do Ewy, nie związanej z nauką, mam wrażenie, że pióro autorki stygnie, mniej żwawo biega po papierze. Owszem, oddaje sprawiedliwość jej zasługom i talentom, ale znacznie mniej je ceni niż rad i polon i znacznie ciszej o nich mówi.
Ale to, co mnie ujęło w tej książce najbardziej, to niesamowite zaszczyty, jakimi otaczano Marię w USA, ten status gwiazdy. „Nic nie mogła poradzić na to, że stała się obiektem uwielbienia.” [s.82] Zachwycona czytałam o tłumach, przybyłych na spotkanie wielkiej uczonej, o tym, że każdy chciał ją zobaczyć, usłyszeć, powitać. O tym, że to naukowiec, a wywoływał histerię równą histerii dzisiejszych nastolatek na widok ukochanego boys bandu. Jak mądre to były czasy i jak inne miały priorytety! I jak bardzo zmieniły się, skoro wtedy trzeba było odkryć pierwiastek, mogący się przyczynić do walki z rakiem, skoro dzieci zbierały do świnek skarbonek drobne monety, by kupić okruszynkę radu do Instytutu Radowego i doskonale wiedziały kto to jest Maria Curie-Skłodowska, a teraz dla sławy wystarczy zaśpiewać jedną piosenkę, w której refrenie brzmi tylko „lalala” i żadne dziecko nie przedłoży dobra ogółu nad gumę balonową i kolorową zabawkę?


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

poniedziałek, 15 lipca 2013

CZYTA SIĘ JAK ZŁOTO!

JEANNE BOURIN
„SEKRETY KOBIET ZŁOTNIKA”
(TŁ. ANNA MICHALSKA)
NOIR SUR BLANC, WARSZAWA 2013

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami przeżyłam moją pierwszą klasówkę z polskiego. Nie pamiętam dokładnego tematu, który mieliśmy rozwinąć. Ale pamiętam, że był oparty na fragmencie z „Jesieni średniowiecza” Huizingi. I pamiętam ocenę: 5+. Bo średniowiecze było mi drogie, było fascynującą zagadką. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, zdawałam maturę z historii. Pamiętam, że gdy dzień wcześniej siadłyśmy z przyjaciółką do zestawów, to tylko jeden miałam w małym paluszku – ten z pytaniem o średniowiecze.
Dlatego zawołała mnie ta książka – donośnie, w sam środek ucha. Ale jednocześnie bałam się jej, bo już od dawna nie interesuję się historią, bo nie lubię książek historycznych, bo bałam się przestarzałego języka, że po każdym wyrazie będę musiała się wspinać, jak po wysokiej górze.
Ale ten krzyk był silniejszy, uległam... i wpadłam.
Wpadłam do ogromnej studni – 470 stron romansu, osadzonego w XIII wieku. A ja piłam tę książkę jak wodę – łapczywie i zachłannie.
Rzecz dzieje się niejako na tyłach zakładu złotnika, Szczepana Brunela. On i jego przeszło dwadzieścia lat młodsza żona Matylda, wydają właśnie za mąż swoją najstarszą córkę, piętnastoletnią Florinę. Na wesele przybywa kuzyn pana młodego – Wilhelm, sprzedawca skór, piękny, pewny siebie, o magnetycznym spojrzeniu, wysmukłej sylwetce, inteligentny i jak się okazuje bardzo niebezpieczny. Wilhelm od razu zwraca uwagę na Florinę, zakochuje się tak, jak ma to miejsce i dziś – od tego słynnego pierwszego wejrzenia, mocno, nieubłaganie, bez żadnych skrupułów i jedyne, co w jego głowie zaczyna istnieć, to obraz wyimaginowanej, nagiej Floriny. Za to jego wzrokiem rozbiera Matylda, ugodzona urodą mężczyzny w samo serce. A raczej w sam środek niespokojnego, niezaspokojonego ciała. Szymon bowiem, z racji wieku najpewniej, stracił swoje siły witalne i jest impotentem i po tym, jak Matylda urodziła sześcioro dzieci, nie potrafi dać jej już rozkoszy. A młoda kobieta dopiero teraz rozkwita naprawdę, przyzywa mężczyznę całym swoim ciałem, wabi sokami i nie może powstrzymać pożądliwych spojrzeń, które biegną w stronę młodego kupca.
A to tylko początek, tylko pierwsze wersy, tylko ten punkt, od którego zmienia się życie każdej postaci w tej książce. Zaczyna się niewinnie, na policzkach Floriny wstydliwy rumieniec, a dłoń schowana bezpiecznie w dłoni nowego męża. I nikt nie wie, że przyszłość jest zaczadzona ludzkimi żądzami, chuciami, pragnieniami, które niekiedy potrafią zatrzymać ludzkie serce.
Ta książka cechuje się ogromnym przepychem słownym, skrzy się szczegółami, snuje piękną historię o tym, co było kiedyś – opowiada strojne szaty, zdobną biżuterię, przywołuje święta, które są pretekstem do zabawy. Obrazuje doskonale dwoistość średniowiecza – wtedy, gdy podczas uczty jedną ręką trzymało się kielich wypełniony po brzegi winem, a druga już żegnała się nabożnie podczas mszy, trzymając między palcami perłowy różaniec. To nieustanny taniec między sacrum i profanum. Bo z jednej strony jest majowe święto, podczas którego kobiety wybierają sobie narzeczonych „na niby” i zobowiązują ich do wypełniania swoich żądań przez cały miesiąc maj, który jest nieustanną fetą i miesiącem pozorów. Ale zaraz ktoś szykuje się na pielgrzymkę, by przebłagać Boga, który być może obraził się za te uczty, za te pokątne romanse i rzucił na kogoś jakiś czar niemocy.
Ale to powieść przede wszystkim o człowieku – kolejny raz sprawdza się teza o niezmienności natury ludzkiej. Tak samo jak dziś, tak i wtedy, człowiekiem targały namiętności, był słaby i poddawał się podmuchom wiatru – gdy zawiał w stronę miłości, zawsze szło się wraz z nim. Tak samo w średniowieczu jak i dziś szlak człowieka znaczą intrygi i skandale, a wszystkie podyktowane są chęcią, by ktoś nas kochał. Być może tamte kobiety znały więcej różnych nabożeństw, niż te dzisiejsze, ale tak samo chciały się podobać i tak samo oczy świeciły im się do złotych ozdób. Być może częściej klękały, ale tak samo jak i dziś, lubiły to czynić także po to, by oddać się mężczyźnie. Bourin bezwstydnie zdziera z nich szaty – zagląda im do sypialni, do kuchni, do kościoła. Zakrada się wszędzie tam, gdzie jest człowiek i portretuje go z ukrycia, by pokazać prawdę o nim.
Ale także, by czytelnika zabawić i dać mu doskonałą rozrywkę. Bo ta książka jest po prostu dobrym czytadłem, ma miłość, śmierć, zdradę, winę i karę – wszystko to, co sprawia, że trudno oderwać się od lektury. I czyta się to jak złoto, za plecami złotnika, który nieświadomy jest tajemnic, jakie tkwią między udami i w głowach jego kobiet.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Noir Sur Blanc]


niedziela, 14 lipca 2013

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 15 (POWROTY...)

Jakiś czas temu moje nowa siostra* poprosiła mnie o pomoc w wyborze wiersza na zaproszenie ślubne. Pestka! Betka! Bułka z masłem! W mojej głowie przecież są tony wierszy... W moim sercu jest ich tysiące! Mam poezję na półkach. Mam poezję w zeszytach. Czasem mam nawet poezję na bilecie autobusowym... Zasiadłam. Przysiadłam. Usiadłam.
I poczułam pocące się ręce. Przełknęłam ślinę. A w głowie odnalazłam tylko pustkę...
Bo co, jeśli im się nie spodoba? Bo tak naprawdę nigdy o poezji nie mówiliśmy i nie wiem, co czytają... Bo co, jeśli goście nie zrozumieją i pomyślą, że to wiersz o przeprowadzce, odejściu na emeryturę albo podziękowania, a nie o miłości? Z głowy wyfrunęły ukochane nazwiska. A każdy wiersz, który pukał mi w oczy wydawał się blady i nieodpowiedni. Rzuciłam się, by wertować tomiki, wycinki z gazet, sieć...
Znalazłam kilka takich, co mnie poruszyły. I wahałam się, które wysłać w wirtualnej kopercie, jako propozycje. W końcu i tak na zaproszenia wskoczył wiersz, który przyszedł w ostatniej chwili, tuż przed drukiem i nie ode mnie, tylko z nieba. Gdy rozmawiałam z nową siostrą, usłyszałam, że wiersze przychodzą same, że trzeba tylko na nie poczekać. Myślę o tym teraz, dzisiejszy dzień cały, bo przy okazji eksploracji szerokiego terenu wierszomiłosnego natknęłam się na piękne frazy pod takim tytułem, który mnie do nich doprowadził.

Anna Kamieńska Małżeństwo

Że tak im było dane
zestarzeć się jak świątkom przy drodze
tak samo spróchniali
tak samo
poorani mrozem i zawieją

Że tak im dozwolono
iść serce w serce
biodro w biodro
zmarszczka w zmarszczkę

Że tak im darowano
istnieć w sobie podwójnie
i milczeć wzajemnie

Że tak im dopuszczono
by nawet w sen wchodzili razem
on ją obejmował na poduszce
by o kamień snu nie zraniła stopy

Że tak ich wysłuchano
aby to on
czerwone jabłko niósł jej do szpitala
i ukląkł w jej ostatniej łzie

Czytam ten wiersz kilka razy – tak z pięć pod rząd – za każdym razem. I patrzę na włos mojego Męża, który zaplątał się w zamek mojej bluzy, patrzę na nadgryzione jego zębami jabłko, patrzę na jakieś zapiski, które zrobił na kawałku mojego zeszytu, a ja nie umiem ich odczytać, patrzę na książkę, którą czyta, a która leży po jego stronie łóżka... I chciałabym tak zawsze i chciałabym tak co dzień... I jedna bolesna refleksja wbija się małymi szpileczkami pod paznokcie: skoro jedyne, czego tak naprawdę pragniemy to codzienność, czemu tak rzadko spełniają się marzenia? Bo codzienność – wbrew pozorom – jest najtrudniejsza! Łatwiej unosić się na uniesieniach, niż kroić chleb niezaostrzonym nożem. A on się tępi, po milionowej kromce już nie kroi tak, jak kiedyś. I żeby tylko wtedy umieć zaśpiewać „bo chodzi o to, by od siebie nie upaść za daleko, nawet jeśli między nami wykipi mleko”**. I żeby umieć podzielić się tym chlebem inaczej – rozerwać, rozgryźć, albo częstować się nawzajem, naprzemiennie, jednym wspólnym bochenkiem... aż do tego najostatniejszego okruszka.


* która dostanie papierek na siostrzaność 7 września – tego dnia wyjdzie za mojego Brata

** Strachy na lachy „Dzień dobry kocham cię” - a fragment tego tekstu był na Naszych zaproszeniach ślubnych...

A MOŻE NAD MORZE - OKO...

Nie chcę pisać o tym wydarzeniu, tym miejscu, tym patronie, tych sponsorach i tych darczyńcach. Na spotkaniu było 17 osób, więc w sieci pewnie 16 różnych kompletów słów na ten temat.
Ode mnie tylko kilka ujęć, kilka migawek, ku pamięci...


















piątek, 5 lipca 2013

URODZINY DAMY W.

JIMMY LIAO
„JAK BAWI SIĘ Z NAMI MIŁOŚĆ”
(TŁ. KRZYSZTOF LIPIŃSKI)
MIREKI, 2004

Ja wiem, że były trzy dni temu. Wiem, że Google zrobiło wymowną grafikę na jej cześć. Ale imprezę zawsze urządza się w piątek lub sobotę, żeby następnego dnia odpocząć i w poniedziałek wyrobić znów 120 % normy w fabryce zwanej życiem. Więc urządzam Damie W. nietypowe urodziny i tropię ją w książce Jimmiego Liao.
Pokochałam go już wcześniej za „Księżyc zapomniał”, a serce po wsze czasy oddałam mu za „Dźwięki kolorów”. Z radością dowiedziałam się, że w Polce wyszła jeszcze „Jak bawi się z nami miłość”. I po raz kolejny Liao uśmiecha się i dworsko kłania Szymborskiej (w „Dźwiękach kolorów” jest motto z Szymborskiej, z „Wielkiego szczęścia”). Bo ta opowieść graficzna jest inspirowana jej „Miłością od pierwszego wejrzenia”.
To wariacja, bo trochę inaczej mówi, niż mistrzyni. Ale jest trochę o tym samym. O tym, że dwoje ludzi depcze sobie po piętach. Że jedno stoi po lewej, a drugie po prawej, ale każde patrzy w różnym kierunku. I nigdy się nie widzą. Że depczą po tych samych drogach, ale piasek zbyt szybko zasypuje ślady stóp i nie mogą się wytropić. Obydwoje zadeptują dywany w swoim pokoju w wędrówkach od duszy do okna – bo są nieszczęśliwy w swoich życiach. Brakuje im czegoś i żadne z nich jeszcze nie wie, że brakuje tego drugiego. Które jest tuż...
I pewnego dnia Los może, czy Przypadek, albo Przeznaczenie, w końcu się lituje – pozwala im spojrzeć na siebie. I spędzić piękne popołudnie razem.
I jest też kartka z numerem telefonu – jedno daje drugiemu, drugie daje jednemu.
I znów ten sam Los czy Przypadek czy Przeznaczenie, drwi w żywe oczy, zamazuje numer telefonu na jednej i drugiej kartce – deszczem.
Odtąd i jedno i drugie czeka obok niepodniesionej słuchawki telefonu...
Znów mijają się na tych samych stacjach metra i znów patrzą nie w tę stronę co trzeba.
I gdy już z żalu i beznadziei każde pakuje swój dom do walizki i idzie szukać szczęścia gdzie indziej – nagle jest, ta miłość od pierwszego wejrzenia, co się postanowiła odnaleźć...
Zabawa człowiekiem, który malutki jest – tak samo jak u Szymborskiej.
Te za/światy, które z niego drwią, które w jesienny dzień postanawiają trochę się pobawić ludźmi-ludzikami, poprzestawiać je trochę, postawić na swojej drodze albo zdmuchnąć – tak samo jak u Szymborskiej.
Ale ta miłość do nieporadnego człowieka, do jego słabości, do nieperfekjonizmu – to też jak u Szymborskiej.
I to przymrużenie oka...
Rysunki w „Jak bawi się z nami miłość” są płytsze, są prostsze, są mniej niepokojące i mniej absorbujące, niż w pozostałych dwóch pozycjach. Choć czasem spogląda na nas wielki królik, a w windzie widać dziwne stwory, które poruszają mechanizmem.
I tak pięknie najpierw się jeździ na karuzeli, a potem się trochę zapomina i ona zarasta trawą....










WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO WIELKA PANI W. - GDZIEKOLWIEK PANI TERAZ MIESZKA...

środa, 3 lipca 2013

CICHE POGWIZDYWANIE YRSY CZYLI O SATYSFAKCJI NA ODWRÓT

YRSA SIGURDARDÓTTIR
„STATEK ŚMIERCI”
(TŁ. MAŁGORZATA BOCHWIC-IVANOVSKA)
MUZA SA, WARSZAWA 2013

Czasem po plecach przebiega dreszcz, bo na pokładzie jest zimno. Czasem włoski na rękach się podnoszą. I trzeba w cieple początku lata opatulić się szczelnie czerwonym kocem. Czasem trzeba się obejrzeć za siebie, gdy się czyta siedząc w pustym pokoju, a inni już śpią. Czasem trzeba odłożyć książkę i pójść porozmawiać ze sobą w lustrze - „zbyt bujną masz wyobraźnię” - powiedzieć sobie - „przecież nic się nie dzieje”. Tak jest, gdy w początkowych dniach lata czyta się Yrsę o trudnym nazwisku, późno w noc, gdy wszyscy już położyli do łóżek.
A sceneria iście bajkowa, gorąca, słoneczna. Portugalia, z której wyrusza fenomenalny jacht. Nie znam się na jachtach i większość osób w tej powieści też nie, ale każdy doskonale wie, że ten akurat – Lady K – to coś niepowtarzalnego, że kosztuje mnóstwo pieniędzy, że jest perełką wód, że cztery pokłady to dużo i że kryształowe kieliszki na wyposażeniu to jakiś ekstra dodatek. Na jachcie okrętuje się siedem osób – trzy z obsługi - kapitan i dwaj pomocnicy, oraz czteroosobowa rodzina - Egir z żoną Larą i dwoma córkami, bliźniaczkami Arną i Bylgją. Egir pracuje w komisji likwidacyjnej, jacht został odebrany właścicielom za długi, więc trzeba przetransportować go z Portugalii, gdzie cumuje, z powrotem do Islandii. Jeden z mężczyzn, którzy mieli popłynąć jako obsługa, łamie nogę, więc Egir, który zrobił w młodości jakieś kursy na sternika, zastępuje go, aby obniżyć koszty. Tym bardziej, że po załatwieniu spraw związanych z jachtem i wakacji, które zrobił sobie przy tej okazji wraz z rodziną, musi także wrócić do domu, do Reykjaviku. Wszyscy zajmują należne im miejsca, skrzynka wina portugalskiego zostaje również zaokrętowana, dwie dziewczynki wnoszą na pokład malowanki i kredki. I zaczyna się rejs.
Tyle tylko, że po drugiej stronie drogi, tam, gdzie w porcie czekają rodzice Egira oraz ich najmłodsza, dwuletnia córka, pojawia się tylko jacht. Jest też jeszcze kilka butelek wina, są kolorowanki, zapełnione do połowy, są kredki, ale nie ma ani jednego członka załogi...
Przerażeni i zdezorientowani rodzice Egira, proszą adwokat Thorę Gudmundsdottir, aby pomogła im uznać syna i synową za zamarłych i tym samym wyciągnąć ogromne odszkodowanie, na jakie było ubezpieczone zaginione małżeństwo. Twierdzą, że chcą mieć środki na to, aby wychowywać dalej małą Siggę Dogg, żeby nie została im odebrana przez opiekę społeczną. Thora rozpoczyna śledztwo, szuka równolegle do policji, śladów tego, co mogło stać się na statku. Znajduje wplątane w ubranie w szafie okulary małej dziewczynki i wydaje jej się, że pod łóżkiem widziała czyjeś nogi...
Ta fabuła porwała mnie dużo mniej, niż „Pamiętam cię”, choć powinno być odwrotnie, bo wolę thrillery. Ale po raz kolejny autorka sięga w głąb człowieka i wywleka flaki – a flaki nie są piękne. To nie jest to wnętrze pt dusza, serce, uczucia – to rdzeń, przeżarty przez chciwość, egoizm, bez-skrupułowość. To coś, co jest niesamowitą siłą książek Sigurdardóttir – to, że umie prześwietlić człowieka, wyciągnąć z niego to zło, a potem ubrać w powieść, która dzieje się w małej, zamkniętej łupinie, na środku morza – pod tobą kilometry wody, nad tobą kilometry nieba, dookoła pustka - i radź sobie, mimo że ktoś prawie na pewno chce cię zabić...
Nie umiem do końca wytłumaczyć fenomenu tej autorki. Choćby nawet, tak jak w przypadku „Statku śmierci” nie do końca porwała mnie fabuła, choćby nawet wyjaśnienia okazały się tak zagmatwane, że muszę przeczytać je drugi raz, to za tym kolejnym razem też przebiegnie po plecach dreszcz. Gdy tylko otwiera się jej książki, wieje z nich tym chłodem, znanym z dreszczowców, horrorów, thrillerów. Pozorny spokój scenki rodzajowej – mama, tata, dwie bliźniaczki na statku, jednej z nich opadają na nos okulary w czerwonej oprawie – a ja czuję jakiś niewytłumaczalny niepokój. I cały czas się czeka, cały czas się niespokojnie kręcisz na krześle, bo wiesz, że zaraz, za moment po kogoś wyciągnie się uzbrojona dłoń. Tylko nie wiesz, kto będzie pierwszy i czy dłoń poniesie siekierę czy pistolet...
Plus za zakończenie. Bo już się chciałam zdenerwować, że przypisanie „Statku” do thrillera jest błędne i że to będzie jednak horror. Ale nie... A ja wolę thrillery – wolę się bać ludzi, niż wymyślonych stworów. Głębiej we mnie zapada, głębiej wierzę... Poza tym plus za zakończenie, bo błyskotliwe, bo się nie spodziewałam, bo moja dedukcja okazała się tuż przy końcu domkiem z kart, jeden podmuch - Yrsa dmuchnęła, cichutko pogwizdując pod nosem z szelmowskim uśmiechem – i się rozpadło. A tak lubię najbardziej. Gdy zbuduję sobie ten karciany domek, myśląc, że jest z cegieł a tu – świst! - i go nie ma. To taka przewrotna, odwrotna, jest satysfakcja z czytania thrillerów, którą Yrsa pojmuje więcej niż doskonale.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

środa, 26 czerwca 2013

WULKAN

MAJGULL AXELSSON
„PĘPOWINA”
(TŁ. KATARZYNA TUBYLEWICZ)
GRUPA WYDAWNICZA FOKLAS, WAB, WARSZAWA, 2013

Jest zimno i mokro. Na zewnątrz zaczyna się sztorm. Minna wraca do swojej restauracji, którą odziedziczyła po ciotce Sally. Nad lokalem, w pokoju jej córki, pali się światło. Kobieta uśmiecha się, bo w torebce niesie dla niej nową książkę, o działaniu ludzkiego mózgu. To temat, który bardzo interesuje Sofię, więc powinna się ucieszyć. A światło w oknie sugeruje, że jest w domu, że czeka.
Minna przekracza próg i to ostatnia chwila, gdy da się jeszcze iść po dworze. Zaraz za nią biegnie ulewa. Ale w środku też jest sztorm. Niby cisza, niby wszystko poustawiane, na swoim miejscu. Niby jest czysto. Niby schludnie. Za barem stoi Anette, pracownica gospody U Sally. Ale to wszystko jest na niby. I dlaczego, gdy Minna wyciąga książkę i z czułością gładzi okładkę, Anette tak dziwnie na nią spogląda? Dlaczego, gdy Minna mówi o Sofii, Anette zbyt głośno przełyka ślinę? Dlaczego chrząka, gdy Minna sugeruje, że zaraz zaniesie książkę córce?
Zaraz za Minną w gospodzie pojawiają się Ritva, dziennikarka, która przyjechała pisać artykuł na temat powodzi; potem emerytowany strażak Tyrone, który ze względu na bardzo złą sytuację w mieście został ściągnięty na służbę oraz małżeństwo Marguerite i Henrik, którzy utknęli w tym małym szwedzkim miasteczku ze względu na powódź, która połknęła ich samochód. To wybuchowa mieszanina, która wrze od samego początku. To matki i ojcowie, którzy noszą w kieszeniach niewidzialne pępowiny. Po dwie – jedną w prawej, a drugą w lewej. Bo jedna jest z własną matką – to zazwyczaj pępowina, która boli przy każdym ruchu, którą chciałoby się wyrwać i już więcej nie czuć, ale nie da się. Druga pępowina prowadzi do własnego dziecka. Tak bardzo chciałoby się wychować je dobrze – a dobrze znaczy zupełnie na odwrót, niż własna matka. Tak bardzo chciałoby się wytknąć wszystkie jej błędy – popatrz Sofia jest inna, to dzięki temu, że ją kochałam! Popatrz Anton jest szczęśliwy – wystarczy dać człowiekowi odrobinę uwagi i od razu patrzy inaczej na życie. Popatrz jak doskonała jest moja córka – jeśli wlać w nią tylko kroplę pewności siebie, może przenosić góry. W rzeczywistości to książka o tym, że błędy się powielają, że nie ma rodzicielstwa doskonałego, że nie ma scenariusza, według którego można wychować dziecko. I że sama miłość nie wystarczy. Bo oprócz miłości są jeszcze szacunek, uwaga, oddanie, dyscyplina... Że nie można mieć dziecka na przekór własnej matce. I że najważniejsze, to słuchać tego, czego dziecko nie mówi – bo się boi, bo nie potrafi, bo mu wstyd.
To także książka o tym, że nie ma jednej prawdy. Każda z postaci jest tylko kawałkiem wielkiej układanki. Każda stanowi jeden element – gdy się je połączy widać wyraźnie wzór. Oddzielnie każdy ma swoje własne racje, każdy ma swój punkt widzenia – najczęściej sprzeczny z pozostałymi. To niesamowite, jak Axselsson żongluje tą prawdą, jak łapie nas w pułapkę plotek i wiary w to, że jedna strona może wiedzieć wszystko. Jak doskonale się z nas naśmiewa, gdy stajemy oniemiali wobec całego obrazu.
Z Axselsson nie jest łatwo. Ma dar wciskania ci palca prosto w oko. Ale przynajmniej się przy tym nie uśmiecha. Od razu chce, żeby wszystko było jasne – życie jest trudne, życie jest pokolorowane na szaro-buro. Jeśli chcesz się uśmiechać, to najpierw musisz się podnieść z podłogi. A potem wykombinować sobie kredki. I samodzielnie pomalować domy, drzewa, samochody – nikt nie zrobi tego za ciebie. Życie bowiem jest zbyt samolubne.
A „Pępowina” jest jak wulkan – tańczysz sobie na jego krawędzi, doskonale wiedząc, że zaraz poparzy cię lawa, ale po prostu nie możesz się powstrzymać. Czytasz do rana, brniesz, bez sił prawie i w końcu cię zalewa, parzy, boleśniejesz... Ale nie odpuszczasz - i tak dotańczysz do końca.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB, należącego do Grupy Wydawniczej Foksal]