środa, 31 sierpnia 2011

TA KSIĄŻKA NIE ŚPIEWA


IWONA SŁABUSZEWSKA-KRAUZE
„OSTATNIE FADO”
OTWARTE, KRAKÓW 2011 

Fado(oznacza los, przeznaczenie) – gatunek muzyczny powstały w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych miast Portugalii, głównie w lizbońskich kwartałach Alfama i Mouraria. Fado to melancholijna pieśń[1], wykonywana przez jednego wokalistę przy akompaniamencie dwóch gitar. Nazywane jest czasami portugalskim bluesem.

„Ostatnie fado” – trzy historie, zszyte w jeden tom: kolorowa, egzaltowana okładka z dziewczyną o czerwonych wargach. Patrzy w okno, może z niego wychyla się starsza kobieta, która kiedyś śpiewała fado, albo tajemniczy poeta, maszerujący ulicami Lizbony? Tylko, że po okładce widać, jak bardzo to nie jest Lizbona, tylko jakieś miejsce na Lizbonę przerobione. Podrabiana, tania historyjka. I to „ostatnie fado” też trochę takie jest.
Alicja ma kuzyna Dominika. Gdy była mała Dominik był jej bohaterem – starszy, trochę o nadprzyrodzonych mocach, bo jeździł po świecie, znikał i pojawiał się, kiedy chciał, a ona oczami szeroko otwartymi chłonęła każdą nową zmarszczkę na jego czole i każdy włos, który rósł, gdy jego nie było. Był takim trochę duchem, który gdy się pojawia nie musi już nic – wystarczy, że jest, że weźmie na rower, że pokaże parę zdjęć i że można pochwalić się nim przed koleżankami. Znam to – miałam dwóch kuzynów bliźniaków, w których patrzyłam jak w obrazek – spełniałam wszystkie życzenia, byleby tylko mnie lubili. To była bardzo podobna więź. Teraz Dominik ma 50 lat, siedzi w domu i nie rusza się za jego próg. Nie wyjeżdża już, zgubił gdzieś podróżowanie i wszystkie bilety na pociągi i na statki. Podróżuje tylko po mapie, przyczepionej do ściany kolorowymi pinezkami. Dziwnym trafem w ręce Alicji wpada list Dominika, który napisał do tajemniczej Rosy - to ona zaśpiewała dla niego tytułowe ostatnie fado. Dominik prosi, żeby Alicja wysłała ten list z Dublina. Alicja zaś wiedziona jakimś mistycznym uczuciem do kuzyna z przeszłości, jakimś zaczadzeniem i chyba trochę chęcią przygody, wyrusza do Lizbony tylko po to, by poznać Rosę, by spojrzeć w oczy dziewczynie, która kiedyś kochała Dominika i wypytać ją, dlaczego to fado, o którym pisze w liście, jest ostatnie. 
Łzawe to, bajkowe, mało prawdopodobne i chwiejące się niebezpiecznie jako motyw przewodni i iskierka całej akcji. 
Ale książka ma jeszcze dwie inne warstwy.
Jedna to życie i twórczość wielkiego poety Fernando Pessoi, który to pojawia się tutaj chyba tylko dlatego, że mieszkał w Lizbonie, którego wątek nudził mnie śmiertelnie i który nijak się ma do fado, poza faktem, że bohaterka śpiewała jego teksty, a już naprawdę nijak ma się do ostatniego fado, które w ogóle jest o czym innym, a nie o rewolucji kulturalno-oświatowo-literackiej…
Najlepiej wyszedł chyba wątek sklepikarza i jego przyjaciółki, która prowadzi piekarnię. Trochę baśniowy, trochę współczesny – jedna piecze ciastka z miłości, która to miłość ciastek nie chce jeść, a drugie łapie w dłonie nowo narodzoną córkę sąsiada i opowiada o swojej własnej córce, dorosłej już i niesfornej.
Ale też nijak ma się to do fado, i powtarzam – do fado ostatniego, to już w ogóle ni przypiął ni przyłatał…
Niby te wątki wszystkie na końcu jakoś się połączyły, ale szef widać – bardziej to taka fastryga niż piękne wykończenie. Cały czas czytając tę książkę niepokoiłam się tym przeskakiwaniem z bohatera na bohatera – czułam się jak na diabelskim młynie – raz góra, raz dół, raz góra, raz dół, aż zrobiło mi się mdło od tej jazdy. To było rwane czytanie, rwana narracja i rwana historia.
Zupełnie nie przekonały mnie wewnętrzne rozterki Alicji, która sama nie wie, czy jest zakochana, czy nie, czy powinna oddać komuś swój talizman, jakim jest słonik z opuszczoną trąbą. Nie przekonały mnie też wynurzenia Pessoi, który chciał wstrząsnąć światem literackim i zrobić rewolucję językową.
Najpiękniejsze wydały mi się obrazki z Lizbony, targi z owocami i warzywami, tramwaje, które jadą tylko pół ulicy, zapach smażonych sardynek, dziecko bawiące się kamieniem znalezionym na ziemi…
I dwie dobre rzeczy wynikły z tej lektury: raz – znów obejrzałam sobie ”Lisbon story”, mój ukochany film Wendersa i dwa – posłuchałam Amalii Rodriguez i dopiero to wywołało we mnie dreszcz i wzruszenie związane z ostatnim fado.

sobota, 13 sierpnia 2011

ŻÓŁTKO, SŁOŃCE, CYTRYNY, ŻONKILE


KAJSA INGEMARSSON
„ŻÓŁTE CYTRYNKI”
(TŁ. NATALIA JANUSZEWSKA)
SŁOWO/ OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2009

Dwa lata temu, gdy książka dopiero wyszła, miałam ją już w ręku. Zajrzałam do środka, przeczytałam kilka pierwszych stron i odłożyłam. Pomyślałam, że to będzie przewidywalna lektura i że nic mnie w niej nie czeka.
A trzeba było po prostu dać się tej historii opowiedzieć.
Wszystko zaczyna się od różnicy między melonami a cytrynami. 
Agnes ma wymarzoną pracę – jest szefową sali w wykwintnej restauracji na modłę francuską. Spełnia się i płacą jej dobre pieniądze. Ma ukochanego mężczyznę, który już jakiś czas temu wprowadził się do niej. Ma najlepszą przyjaciółkę, z którą od czasu do czasu idą na drinka. 
I ma cytrynki w miejsce piersi. A jej szef widzi w nich melony i bardzo chce skosztować jej owoców. Gdy Agnes idzie do piwnicy po wino, zakrada się i wkłada jej ręce pod spódniczkę – a ona dziwnym trafem rozbija najdroższe wino w całej piwniczce. I tak kończy się jej świetnie zapowiadająca się kariera szefowej sali. Do tego mężczyzna jej życia okazał się mężczyzną życia jeszcze jednej kobiety – albo PRZYNAJMNIEJ jeszcze jednej i świat się powoli wali. Na głowę Agnes. Pieniądze się kończą, pośredniak wzywa. Kolejny dziwny traf sprawia, że Agnes angażuje się w otwarcie nowej restauracji. A nazwa jej będzie Żółte Cytrynki. 
Do tej książki wpada się, jak do żółtego koloru. Jest przyjemnie. 
To nie historia pełna fajerwerków. To nie historia, która zaskakuje. To historia, którą świetnie się czyta. Która sobie płynie i nagle dochodzi druga w nocy. Której kolejne strony trzeba zagryzać opiekaną bruschettą, maczaną w oliwie. Jest świeża. Prosta, ale smakowita. Jak gadanie z przyjaciółką w letni dzień, popijając herbatę. To nie takie gorące, upalne przedpołudnie. Jest nawet trochę zimno i zarzucamy na ramiona kolorowe chusty. Ale jest w tym dniu dużo historii i wspomina się go z uśmiechem, z nostalgią. Taka jest ta książka. Żółta kolorem przygaszonego słońca. To najbardziej rozświetlona książka, jaką czytałam ostatnio. Jest zupełnie i dokładnie tym, co zapowiada seria – książką do czytania gatunek komedia romantyczna. Książka bez zadęcia i nie taką, która ma zmieniać świat. Nawet nie ma na celu zmiany czytelnika. Chce mu zapewnić chwilkę rozrywki, ale rozrywki niegłupiej. Pełnej smaków – jest tam zupa rybna, makaron z krewetkami i grillowany tuńczyk. I uśmiechnięta, kompetentna szefowa kuchni, co serwuje żółte cytrynki.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

czwartek, 11 sierpnia 2011

RURY,ZLEPY,CIĄGI


PATRICIA ATKINSON
„W DOJRZEWAJĄCYM SŁOŃCU. O KOBIECIE, KTÓRA STWORZYŁA WINNICĘ”
(TŁ. HANNA PASIERSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Liczyłam na taką książkę, jakie sugeruje lato – ciepłą, pełną lekko musującego wina i upału. I taka, od jakich jestem w pewnym sensie uzależniona – gdy widzę w zapowiedziach wydawniczych zlepek słów przeprowadzka/winnica/jedzenie/Toskania – względnie Prowansja/nowe życie – spisuję tytuł i potem szukam na półkach księgarni. Czytałam ich mnóstwo i czasem myślę, że zbyt opalona jestem tym fikcyjnym słońcem Toskanii. Ale wciąż sięgam po nowe, gromadzę i zastawiam nimi specjalną półeczkę na moim regale z książkami. Nie mogę przejść obok takiej książki obojętnie, bo poruszają we mnie czułą strunę, bo opowiadają moje marzenia i uśmiecham się do ich przyjemnych okładek z zachodem słońca i cyprysami.
Tym razem dałam się podejść Patricii Atkinson, która porzuciła swoje miejskie życie na rzecz winnicy w Prowansji. Porzuciła trochę wbrew sobie. A może nie tyle wbrew co przez przypadek. Bardziej pragnęła uczestniczyć w marzeniu swojego męża, niż się z nim rozstać. A on właśnie takie miał marzenie. Francja. Winnica. Wino. Dom. Może niekoniecznie w takiej kolejności, bo winnica z winem były najważniejsze. W Polsce mówi się „słomiany zapał” – nie wiem, jakby to było po francusku, ale to bardzo pasuje do Jamesa. Usiadł w cieniu drzewa i patrzył, jak Patricia pracuje. Był chory, a potem pewnie udawał chorego. Tyle tylko, że odwrotu już nie było, bo wszystkie pieniądze były już wydane i pozostało tylko czerpać zyski z wina. Tyle tylko, że to wino nie rośnie na drzewach. Na drzewach rosną owoce, które trzeba podciąć, podwiązać, opryskać, podlać, zebrać, wycisnąć… ale przede wszystkim kochać. I choć to nie była w przypadku Patricii miłość od pierwszego wejrzenia, okazała się miłością na zawsze. Mąż się z nią rozwiódł, ale zostało żonie po mężu jego marzenie i żona zaślubiła się winogronom zamiast męża. Też dobrze, a w tym konkretnym przypadku nawet lepiej. Patricia jest bowiem kobietą sukcesu, o której kręcą filmy dokumentalne, która wyrobiła własną winną markę i która tuz przy końcu książki zamiast jednej winnicy miała już dwie. 
A zaczyna się od tego, że po francusku umie powiedzieć jakieś pięć słów i jedno zdanie, a o winie wie tyle – „Jakie to fantastyczne, że wytwarzamy podobne wspaniałości tak niewielkim nakładem pracy. Parę oprysków, trochę koszenia…” [s.50]
W mgnieniu oka okazuje się, że musi być silna, mądra, biegle władać francuskim i to francuskim dość fachowym, musi być szefem, musi być dyplomatą… Świat zaczyna jej się walić na głowę, a może tylko sama winnica i Francja? Podoba mi się w tej książce, że Atkinson nie ukrywa swojego strachu, ze nie ukrywa swojej naiwności, ze nie ukrywa swojej niewiedzy, swoich łez. Że nie boi się powiedzieć, jak bardzo czuje się osamotniona i zdana na innych. Nie koloruje swojej historii różowymi kredkami, nie twierdzi, że było łatwo. Docenia też pomoc wielu osób, bez których nie było by teraz wina Patricii Atkinson. Ja z punktu widzenia obserwatora, doceniam za nią, że była to mądra pomoc – nikt nie robił niczego za nią – gdy trzeba było wsiąść na podkaszarkę nikt nie wsiadał na podkaszarkę Patricii – sąsiad pokazywał jej jak to zrobić, którędy jechać i na co zwrócić uwagę, ale to ona musiała naciskać pedał gazu lub hamulec. Od samego początku była sama, choć nie sama. Dlatego wino smakowało lepiej – było w całości pracą jej własnych rąk i jej głowy – wieczorami czytała książki o enologii na przemian ze słonikiem języka francuskiego. 

Ale mimo iż podziwiam Patricię, mimo, że czytając jej historię widziałam prawdziwą kobietę, nie przerysowaną, kościstą i krwistą, to ta książka nie wywołała we mnie natłoku emocji. To zlepek scenek rodzajowych, zlepek potu, lejącego się z czół zbieraczy i zlepek fachowego słownictwa. „Dodałam enzymy pektolityczne, by wspomóc proces ekstrakcji i maceracji.” [s.329] Czytam to zdanie kilka razy i wciąż nie wiem, o czym ona mówi… Patricia jest zakochana w samym procesie powstawania wina. I ogromnie dumna z tego, że opanowała go od A do Z, chce być (jest!) doceniana w zamkniętym, hermetycznym kręgu enologów, chce pokazać, że wie, czym jest ta maceracja, zaimponować czytelnikom. Ale ja nigdy nie widziałam procesu zamiany owocu w wino, nie potrafię sobie go wyobrazić, wiec uciekałam wzrokiem za okno i powracałam do lektury, gdy butelki wina stały już na stole. 

I przychodzi mi do głowy pewna szalona myśl:
„Dzień mija wśród chaosu rur, pomp i remontages. Chai jest zastawiona drożdżami rosnącymi w licznych wiadrach. Rury krzyżują się na podłodze, pracują wszystkie trzy pompy. Kubły z wodą przygotowaną do spłukiwania jeszcze powiększają bałagan, potykamy się o kable i węże.” [s.162]
- czy to nie wspaniały pomysł na komiks????

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

niedziela, 31 lipca 2011

VOGLIE – MARZENIA, ZACHCIANKI, POŻĄDANIA, TĘSKNOTY, ŻYCZENIA, KAPRYSY…


PAULA BUTTURINI
„UCZTA NASZEGO ŻYCIA”
(TŁ. ZOFIA GRUDZIŃSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2011 

Spodziewałam się słońca. Spodziewałam się zapachów. Spodziewałam się opowiadania o jedzeniu. Spodziewałam się spojrzenia na Rzym, na Włochy jak na kołyskę z dzieciństwa – można na powrót stać się małym, ułożyć się w niej, kołysać i wracać do dobrego samopoczucia, do uśmiechu i do beztroski. Spodziewałam się sjesty, gdzie ręka z dojrzałą figą zamiera w drodze do ust, w upale sok ścieka po ręku, ale owoc wypada, bo osoba, która go trzyma już zasnęła.
Ale nie spodziewałam się takiej książki. 
Tak pełnej skrajnych emocji, tak mocno bujającej – od gwiazd do ziemi, od gwiazd do ziemi….
Paula Butturini poznała swojego męża Johna w Rzymie. Tam się w sobie zakochali, tam chwycili się za ręce – do tej pory żadne z nich nie puściło ręki drugiego. Każde miało za sobą nieudany związek. Byli podobni – każde przyjechało do Rzymu odnaleźć swoje korzenie – pochodzili z rodzin włoskich emigrantów. Odnaleźli w wiecznym mieście cząstkę samych siebie, spokój, ale przede wszystkim smaki – niewyszukane, intensywne, świeże, nowe, ale jakby znane. Obydwoje są dziennikarzami, więc pod koniec lat osiemdziesiątych trafili najpierw do Polski, później do Rumunii, do Czechosłowacji. Paula na dwa tygodnie przed ślubem z Johnem została pobita do nieprzytomności w Pradze podczas aksamitnej rewolucji. Do ślubu szła z grubą warstwą pudru na twarzy i z lękiem w okolicach serca. Krótko potem John pojechał do Rumunii, gdzie został postrzelony. Dzięki prowizorycznej akcji ratunkowej (nikt nie miał potrzebnych lekarstw) i szybkim transferze Johna - przeżył. Jednak od tego momentu zaczyna się opadanie i zamykanie powiek – John popadł w depresję. 
W mediach od czasu do czasu pojawiają się akcje uświadamiające – trzeba mówić o depresji, nie wstydźmy się jej itp., itd. Ale ja nie miałam pojęcia, czym jest ta choroba, jak się objawia i jakie wielkie wyrwy robi w życiu rodzinnym. Miałam mylne wyobrażenie mężczyzny leżącego cały dzień na kanapie, któremu nie chce się wstać i umyć. Ale to tylko jeden z objawów. Niemożność mówienia, albo wycie; zakopywanie się pod stosem kołder ze strachu, że pracodawca każe przyjść do pracy; uderzanie głową w ścianę; niekontrolowane wybuchy słowne… To tylko niektóre z ogniw łańcucha depresji, który zaciska się na szyi i wżyna w tchawicę. Dużo osób nie daje rady. Nie dała rady na przykład matka Pauli, która również chorowała na depresję – wyszła z domu w koszuli nocnej i utopiła się w rzece. John dał radę. I o tym jest ta książka. O tym, jak Paula stała obok i codziennie robiła trzy posiłki, żeby zmusić męża do rytuału wspólnego zasiadania do stołu. Zorganizowała przeprowadzkę do Rzymu, bo tam obydwoje byli najszczęśliwsi. Zrezygnowała z własnej pracy, żeby być obok niego. Płakała kiedy nikt nie patrzył. I zdenerwowała się w odpowiedniej chwili.
Piękna, mądra książka – dla mnie, depresyjnego laika, wstrząsająca. 
I znalazłam w niej najpiękniejsze poematy miłosne do jedzenia – dawno nie czytałam nic tak przepełnionego szacunkiem wobec jadła – po części pewnie dlatego, że terapia jedzeniem przyniosła skutek i Paula odzyskała męża. A o części dlatego, że po prostu Paula i jej mąż kochają jeść, to ich hobby. Czerpią ogromną przyjemność z przygotowywania jedzenia, z podawania go i z samych smaków, aromatów, ale także z tego, co się z jedzeniem wiąże – rytuały, wspólnota, dzielenie się, pretekst do spotkania, pretekst do zrobienia czegoś wspólnie. Najchętniej przepisałabym całe strony tej książki na pięknym czerpanym papierze i powiesiła w kuchni, wśród butelek oliwy z oliwek, główek czosnku, słoików w przetworami, obok kiści dojrzałych pomidorów i w chlebaku, gdzie leży świeży pachnący chleb. 


A tutaj strona internetowa autorki, gdzie między innymi można zajrzeć na jej bloga.

(okładka wydania anglojęzycznego dużo bardziej do mnie przemawia, prosta, w stonowanych kolorach, ale piękna i wiele mówiąca)

środa, 27 lipca 2011

KSIĄŻKA NA DOBRA(?)NOC


HELLE HELLE
„PROM DO PUTTGARDEN”
(TŁ. MAREK STAFIEJ)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2010

„W ciągu tygodnia zmarły cztery osoby. Tak to już jest.” [s.7]
Tak zaczyna się powieść duńskiej pisarki o pseudonimie Helle Helle. Zimno, bezosobowo, bezuczuciowo. A właściwie zaczyna się od okładki, na której jest wszystko. Trochę znudzona, piękna dziewczyna, niedbale oparta o bar, bawiąca się szklanką z drinkiem, postawionym na sterylnie czystym blacie. Dziewczyna zamknięta w sobie, której jest wszystko jedno, co będzie dalej. Nie liczy się tu i teraz, nie liczy się przyszłość, o przeszłości pewnie też nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jest szklanka, w której przelewa się płyn, ale mogło by tej szklanki nie być. Mogła by być zamiast niej przestrzeń. I byłoby tak samo.
W „Promie…” poznajemy dwie siostry – starszą Tinę i młodszą Jane, z perspektywy której oglądamy świat. Dziewczyny mieszkają razem po śmierci mamy i po tym, jak Jane zrezygnowała ze studiów i wprowadziła się do siostry, żeby pomóc jej opiekować się córką. Nie ma w ich domu miejsca na żadnego ojca – ani ich własnego, ani dziadka, ani ojca małej Ditte. 
W tej książce właściwie nie chodzi o fabułę – da się ją zmieścić w dwóch słowach – Jane dostaje pracę na promie, w sklepie z perfumami; i Jane poznaje coraz to nowych mężczyzn. Ta historia nie ma tak naprawdę ani końca ani początku. A mimo to jest jak magnes, przyciąga i nie pozwala odłożyć książki, dopóki się nie skończy.
Jest oszczędna, cierpka, minimalistyczna, jak mały płatek śniegu. Pokazuje dziwną, niezrozumiałą mentalność – mentalność ludzi zaklętych w posągi, dla których nic nie trzeba zmieniać, mimo, że może być lepiej. Jane nie skończyła studiów, Bo nosi chodaki zimą, mimo, że grzęzną w śniegu, a Axel tkwi w nieudanym małżeństwie. Są jak bezwolne kukiełki, żyjące tam, gdzie rzuci ich lalkarz. Tam się budzą i poruszają rękoma i nogami. Ale zawsze są trochę nie do końca przytomni, jakby nie potrafili o sobie decydować, przytwierdzeni sznurkami do kogoś, kto nimi kieruje. Ich świat jest zawężony, zamknięty w blaszanym pudełku, którym czasem ktoś potrząsa (ktoś umiera, ktoś się rodzi, ktoś łapie zapalenia gardła, ktoś ma atak wyrostka robaczkowego), ale klucz do tego pudełka zgubił się dawno temu i nikt go nie szuka. Tina, starsza siostra, podważa wieko, próbuje się prześlizgnąć. Chciała wyprowadzić się do większego miasta, chciała uciec, chciała żeby chociaż siostra skończyła studia i spełniła jej marzenia za nią. Ale i ona upada z powrotem na blaszane dno – zachodzi w ciążę i wielki brzuch przykuwa ją do tego sennego miasteczka. Postaci w tej książce są trochę jak sekta, która kieruje się niezrozumiałymi prawami, jak wierni, trzymający się kurczowo za ręce, nie chcąc wpuścić nikogo do kręgu. Egzystują. Przez co ta książka jest zimna. I brak w niej uczuć, nie nazywa się ich i nie wyraża. A to z kolei sprawia, że jest duszna. 
Samo to, że jednego ze swoich kochanków Jane nazywa raz Abel a raz Axel jest znamienite – jest jej właściwie bez różnicy, kim on jest. Nie umie kochać, bo nikt jej tego nie nauczył. 
Chciałabym, żeby tę książkę ktoś mi czytał na dobranoc – jest statyczna, niewiele się w niej dzieje, albo dzieje się z dystansu. Jest monotonna i przywodzi na myśl miarowy stukot kół pociągu. Napisana krótkimi, mocnymi zdaniami. Ładnym językiem, Tylko rano pewnie obudziłabym się z jakimś dziwnym dławiącym uczuciem w gardle. I niespokojnie liczyłabym te cztery osoby które umarły w ciągu tygodnia.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

Tajemnicza autorka książki będzie w Polsce w październiku. Szczerze mówiąc po lekturze tej książki mam wielką ochotę zobaczyć ją, dotknąć i sprawdzić, czy na pewno nie ma gdzieś kluczyka, którym się ją nakręca, czy jest prawdziwym człowiekiem, który umie powiedzieć „Kocham Cię”. 

wtorek, 26 lipca 2011

JUSSI NIE JEST KOBIETĄ!


JUSSI ADLER-OLSEN
„KOBIETA W KLATCE”
(TŁ. JOANNA CYMBRYKIEWICZ)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2011 

Gdy widziałam tę książkę w zapowiedziach wydawnictwa pomyślałam, że to będzie jakaś autobiografia uwięzionej kobiety, że to może kolejna historia rodem z Afganistanu, że klatka to symbol na przykład czarczafu. 
Tymczasem „Kobieta w klatce” to pierwszy tytuł nowej serii skandynawskich kryminałów. Autor, który jest przystojnym starszym mężczyzną, pisze powieści od 1997 roku. Znane, lubiane, doceniane, ale lokalnie. On chciał, żeby jego książki czytali w nowojorskim metrze, w pociągach kolei transsyberyjskiej i nawet w gdańskiej SKMce. Dlatego powołał do życia Departament Q. 
To wydział policji, który wymyśliła pewna rzutka członkini Partii Danii. Znalazła na wydział pieniądze i określiła jego cel – ponowne badanie spraw kryminalnych, których wiele lat temu nierozwiązano, a które mają szczególne znaczenie dla dobra publicznego. Szefem wydziału został Carl Morck – genialny policjant z doświadczeniem, ale też traumą. Niedawno wrócił do pracy po zwolnieniu lekarskim – podczas służby on i jego dwaj koledzy zostali zaatakowani przez nieznanych sprawców – jeden nie przeżył, a drugi leży w szpitalu sparaliżowany. Carl boryka się ze swoi poczuciem winy, którego nie chce nikomu pokazać. A dodatkowo z korupcją w policji, z brakiem należytego zaangażownia w sprawy i ze stosem akt, które, tak na początek, spoczęły na biurku Departamentu Q. Jest ich mnóstwo i tylko przypadek sprawia, że Carl sięga po akta sprawy sprzed pięciu lata, kiedy zaginęła Merete Lynggaard – piękna młoda parlamentarzystka. Wypadła za burtę promu, podczas majowej wycieczki. Sprawę uznano za wypadek i zamknięto, mimo, że nigdy nie odnaleziono ciała. 
Carl chce odłożyć akta niemal od razu, pewien, że po tylu latach nie dowie się niczego nowego. Ale policjantowi pomaga tajemniczy Assad, mężczyzna zatrudniony do sprzątania i parzenia kawy. Ma oczy otwarte szerzej i widzi więcej, niż zwykły sprzątacz. Nie pozwala aktom upaść z biurka i pokryć się kurzem.
Zamknęłam książkę i pomyślałam, że to nierealne, że to bajka i coś, co ma zaszokować i przestraszyć. Ale po chwili z telewizyjnymi wiadomościami dotarło do mnie, że ta książka wyszła z okładki, że to, co w niej pokazane dzieje się naprawdę, że jest obok mnie. Że w istocie ten kryminał to kronika dzisiejszego świata, że jutro w dzienniku mogę o tym usłyszeć.
Jednocześnie ze śledztwem, posuwającym się wolno, leniwie, widzimy też Merete, kobietę w klatce, najpierw otwieramy razem z nią zdumione oczy, a potem, razem z nią poznajemy wnętrze klatki i wybiegamy myślami poza nią, do świata, który kiedyś był jej udziałem, i do którego najprawdopodobniej już nie wróci. To studium człowieka zamkniętego, studium więzienia za bezwiny, zaglądanie w myśli i w ciało człowieka, który nie ma już tak naprawdę nic swojego. Okrutne, ale nie jest to przemoc nastawiona na szokowanie, to nie bezmyślne przelewanie czyjejś krwi. Ma wstrząsnąć, ale nie odpychać, ma dać do myślenia, ma nam pokazać nas samych. 
To kryminał nietypowy, bo odkrywa bardzo wiele na początku – mamy szansę iść jednocześnie dwoma drogami – drogą policji i drogą ofiary. Typowe jest tylko to, że do końca nie znamy sprawcy. 
No i typowe jest też to, że to kryminał, który trzyma w napięciu i w grozie. Jest jak schody, po których się wchodzi, wchodzi, wchodzi, nie widać końca, niebezpiecznie trzeszczą, buja się balustrada – miałam wrażenie, że autor nie wybrnie z tych wszystkich zawiłości i ogromu nazwisk, że schody runą. Ale wytrzymały, doszłam na szczyt, zupełnie nagle i zjechałam po poręczy słów jak szalona i miałam tylko nadzieję, że tam na dole wyjdę z tego bez szwanku. Wyszłam trochę poobijana. I chcę więcej. 

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria]

(fot. Phillip Drago Jørgensen)

wtorek, 12 lipca 2011

KAŻDE CIASTKO MUSI MIEĆ W SOBIE TROCHĘ GORYCZY


SARAH-KATE LYNCH
„ZA OKNEM CUKIERNI”
(TŁ. BOGUMIŁA NAWROT)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011

But do gry w golfa zazwyczaj nie przeraża. Taki sobie przedmiot, który stoi w szafie i mężczyźni wyciągają go raz na jakiś czas, kiedy idą na pole odbijać małą białą piłeczkę. But Daniela okazał się mieć straszne oczy, wielkie zęby i kąsać niemal do krwi. 
Daniel jest importerem włoskich win – to zdeklarowany miłośnik Włoch, który do Toskanii wyjeżdża przynajmniej raz na miesiąc. W domu zostawia piękna, mądrą Lily, jednego z najlepszych pracowników swojej firmy logistycznej – nigdy nie opuściła ani jednego dnia, rzadko chodzi na urlopy i maksimum swojego czasu poświęca pracy. Wydaje jej się, że małżeństwo z Danielem jest idealne, że ich życie poukładało się i wszystko powskakiwało na właściwe miejsca – trzyma się na dobry klej przywiązania, poszanowania i szczerości. Ale jest but do gry w golfa… 
Pewnego dnia, gdy Daniel kolejny raz cieszy się słońcem Toskanii, Lily znajduje w nim, tuż pod wkładką, zalaminowane zdjęcie kobiety z dwójką dzieci – niemowlakiem i śliczną, małą dziewczynką, która ma oczy, nos i podbródek jej męża. W tym wszystkim nie pomaga fakt, że Lily nie może mieć dzieci. Że roniła kolejne ciąże. I że przestała rozmawiać z rodzoną siostrą, bo Rose ma czwórkę dzieci, a ona nie może patrzeć na roześmiane twarzyczki i poplamione czekoladą małe paluszki bez ukłucia w sercu. Lily pijana żalem, złością, rozczarowaniem, tęsknotą i dwoma butelkami wina rezerwuje w Internecie lot do Montevedowy – miejscowości, w której stoi kościół. Na tle tego kościoła zrobione jest zdjęcie Włoszki i jej dzieci. Dzieci Daniela. Nie ma żadnego planu, nie wie, co chce osiągnąć i co właściwie powiedzieć Danielowi, gdy spotka go w Toskanii, idącego za rękę z córką. Na szczęście ona nie musi nic planować. Logistyką tym razem zajmie się Liga Owdowiałych Cerowaczek.
Ta książka jest jak tort – słodka, bo jest o miłości, bo jest miejscami zabawna, bo jest o słodyczach, bo jest o odnalezionych szansach. To tort nasączony mocną gorzką kawą i posypany gorzką czekoladą – bo wiele w niej łez, wiele w niej goryczy, zawiedzionych marzeń, bólu, strat. Nie przypomina placka tylko tort także ze względu na warstwy – do samego końca nie dowiadujemy się całej prawdy o Danielu, o Lily, o Rose, o matce sióstr, o wdowach z tajnego stowarzyszenia. Wciąż nowe odłamki prawdy o tajemniczym nieznajomym Alessandrze, który jako pierwszy mieszkaniec Montevedowy, ukazał się oczom Lily. Ta książka uczy trochę, że każdy może mieć zaciśnięty w dłoni migdał, że nie pokazuje go światu, póki tej dłoni nie otworzymy zainteresowaniem, zrozumieniem i miłością.
Powieść czyta się właściwie sama. Ja stałam obok, a ta historia płynęła – kolorowa ryba, pokazująca raz brzuch a raz bok, z każdej strony innego koloru. Momentami denerwująca i zbyt bajkowa, ale momentami piękna. Na pewno nieprzewidywalna. Wakacyjnie lekka, ale tą lekkością, gdy brzegiem morza niesiemy wiaderko kamyków i muszelek. Ciąży, a do naszego leżaka jeszcze daleko. A ciąży, bo pokazuje prawdę o życiu, że nie zawsze miłość jest prosta.
Najbardziej ujęła mnie oczywiście Liga Owdowiałych Cerowaczek – zabawne starsze panie, niektóre tuż przed setką - za misję obrały sklejanie roztrzaskanych serc. I pokazują najważniejszą prawdę życia i tej powieści – że nasze istnienie wtedy będzie słodkie, gdy sami dodamy do niego łyżeczkę cukru.

Moja ocena: 4,5/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]