piątek, 9 maja 2014

OD ŚRODKA CZYLI TRUSKAWKOWE POLE

ANNA WŁODARCZYK
„ZAPACH TRUSKAWEK. OPOWIEŚCI RODZINNE”
BLACK PUBLISHING, WOŁOWIEC 2014

W wirtualnym świecie Anna Włodarczyk jest znana jako Ania Truskawkowa, bo prowadzi bloga kulinarnego „Strawberries from Poland”, co w naszym ojczystym języku brzmi „Truskawki z Polski”. A jak wiadomo truskawki polskie są najlepsze, więc i Ania jest jedną z najlepszych. Podczytuję ją od dawna, zachwycam się prostotą jej przepisów kulinarnych, niesamowitym wyczuciem słowa, delikatnością opisów, dziewczęcością podejścia do życia, zdolności zachowywania chwili – w tekście, w fotografii. Ania jest łowczynią ulotności, poszukiwaczką piękna – we wszystkim, bo i w rozsypującej się kamienicy w rzadko uczęszczanej części Gdańska, i w niedawno przeczytanej książce znanego polskiego autora, i w korzeniu pietruszki.
Nie inaczej jest z „Zapachem truskawek” – to skrawki rzeczywistości – tej, która jest teraz i tej, której już nie ma, nanizane na długi sznurek, oplecione wokół nadgarstka Ani, który klika w klawiaturę komputera, przenosząc je w wirtualny świat.
Gdy zobaczyłam w zapowiedziach ten tytuł, poczułam radość i dumę i ogromną niecierpliwość. Dumę, bo Ania jest mieszkanką Trójmiasta, tak, jak ja. Radość, bo wyobraziłam sobie teksty Ani, które nabiorą materialności – dotyk papieru, zapach kartek w miejsce ekranu monitor komputerowego. Będzie można robić notatki, zaznaczać ulubione fragmenty, dopisywać na marginesach dialog z Anią – i stąd oczywiście wzięła się niecierpliwość. Pewnie nie tylko moja, bo blog Ani ma wielu czytelników. I jakoś naturalnym wydało mi się, że to będzie w pewnym sensie tego bloga przedłużenie, że jednocześnie wiem i nie wiem, co w tej książce będzie. Nie wiem, bo historii ma Ania chyba z milion, a historie wciąż się mnożą, bo poza przeszłością jej i jej rodziny, jest ciągłe dzianie się, teraźniejszość, którą warto zatrzymać, pukając jej w ramię rysikiem ołówka lub piórem nabitym właśnie atramentem. Ale wiem, bo Ania ma rozpoznawalny styl i jedyne w swoim rodzaju poszanowanie dla swojej historii, dla tradycji, dla domu, rodziny, przemijającego czasu.
Wciąż mówię o niej w tym tekście „Ania”, odbierając jej dostojność autorki książki, ale to dlatego, że ona sama nie tworzy dystansu, że wręcz odwrotnie, zaciera bariery. Pisze tak, jakby siedziała obok, z kieliszkiem wina w ręce i opowiadała. Albo przy porcji pasztetu, bo ma pasztetową teorię, która głosi, że jaki pasztet, taki człowiek. Pasztet Ani na pewno jest delikatny, ale ma wyraźny smak, odpowiednio wilgotny i taki, który chce się jeść często, ale nie robi się tego, żeby przyjemność była tym większa, im rzadziej się po niego sięga. Ale nie działa tak jej pisanie – to można chłonąć – do porannej kawy, do świeżych bułeczek na drugie śniadanie, do zupy z selera i do grzesznego kawałka czekoladowego ciasta. Bo „Zapachu truskawek” absolutnie nie powinno się czytać „na głodniaka”! Jest tam tyle zapachów – od tych najprostszych, pospolitych, polskich – ciasto drożdżowe chociażby, przez rosnące na balkonie zioła w doniczkach po spaghetti alla puttanesca i ciastka z ziarnami kawy. Tyle smaków, które drażnią podniebienie, mimo że są tylko na papierze...
To książka, którą można czytać nawet od środka, po kawałku. Można od samego początku, do samego końca, nie pomijając po drodze niczego. A można zacząć na przykład od jesieni. Albo od tego, że mała Ania lubiła chorować, bo było wtedy tak przyjemnie – do tego stopnia, że zjadła kiedyś surowego ziemniaka, bo to ponoć „nabijało” gorączkę. Albo od wielkiego hołdu dla starych książek kucharskich, które Ania kolekcjonuje, o jej zbiorze liczącym 250 pozycji i o pierwszej książce kucharskiej, którą kupiła w połowie szkoły podstawowej.  Albo trochę na smutno od śmierci babci, która nawet umierając martwiła się o ciężarne owocami jabłonie. Albo o małym marzeniu Ani, które spełniła w mazurskiej głuszy – dodam tylko, że było to o świcie... Albo o tym, że 10 czerwca 1995 roku w domu u Ani na obiad była zupa krem w porów z grzankami, a na drugie naleśniki z serem i rodzynkami. Albo o ulubionym kowboju Ani, który w rzeczywistości był alergikiem.
To książka, na którą każdy może znaleźć swój własny sposób – czytanie jej jest jak objadanie krzaczków z truskawkami – każdy ma swój własny: bo jeden metodycznie będzie ogołacał długie grządki, a drugi chaotycznie podszczypnie to tu, to tam. Grunt, żeby ubrudzić sobie palce czerwonym, słodkim sokiem!

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Black Publishing]

środa, 7 maja 2014

SZEPTY POŚRÓD NOCY

MASSIMO GRAMELLINI
„NIECH CI SIĘ COŚ PIĘKNEGO PRZYŚNI”
(TŁ. JOANNA UGNIEWSKA)
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2014
CZYTA HUBERT URBAŃSKI

Mama dziewięcioletniego chłopca przykrywa go kołdrą. W nadstawione na łowienie jej słów ucho szepcze „niech ci się coś pięknego przyśni” – to takie zaklęcie, które mówi mu często. Chłopak uspokojony rytuałem ponownie zapada w sen. Wszystko jest tak, jak zawsze. Ciepły oddech, dłoń na głowie, która sunie z miłością po włosach. Tylko rano jest już zupełnie inaczej. Bo mamy nie ma w żadnym pokoju. Na brzegu łóżka leży jej szlafrok, pewnie w powietrzu unosi się jeszcze mgiełka jej zapachu. Po całym domu porozrzucane są dowody jej obecności. Tylko jej samej jakoś nie widać.
Diagnoza – zawał. Serce nie wytrzymało – i nie wiadomo, czy zabił je strach, miłość, zadziwienie? Ważne jest tylko jedno – dziewięcioletni chłopak został bez mamy. Z ponurym, przygarbionym pod ciężarem tragedii ojcem, który bardzo mocno stara się wyprostować. Nie wychodzi mu to. Dziewięcioletni chłopak potrzebuje ciepła, a marznie w każdym miejscu – w domu, gdzie jest tylko ojciec, żadnej kobiety i nawet cienia mamy w rozmowach. Mama to od teraz zamknięty rozdział – trzeba żyć dalej. W szkole też jest zimno – apodyktyczny nauczyciel, który nie rozumie awersji dziewięcioletnich chłopców do sosu z wątróbki i odpytuje z łaciny, jakby to była kwestia życia i śmierci. A przecież życie i śmierć są zupełnie gdzie indziej – dziewięcioletni chłopiec wie już o tym doskonale.
Mały dziewięcioletni chłopiec nakłada zbroję – pod zbroją być może nie będzie już tak zimno. Zbroja przeciw światu, przeciw uczuciom wszelkim, przeciw łzom i przeciw uśmiechowi. Ukrywa przed kolegami, że jego mama nie żyje – wysyła ją w wyobraźni w daleką, przedłużająca się delegację i udaje, że wszystko jest w porządku. Tylko nie zaprasza nikogo do swojego domu, bo ktoś przecież mógłby zauważyć jej nieobecność. Dla Massima to najoczywistsza cecha jego domu. I zbroja zrasta się ze skórą, rośnie wraz z nim, bo on nigdy jej nie zdejmuje. Nawet w samotności – a może zwłaszcza w samotności?
To książka o tym, jak strata naznacza, jak staje się czymś, co trudno przeskoczyć – wielką jamą, która zawsze jest za szeroka – choćby nie wiem jak się próbowało, zawsze przy skoku zostaje jedna noga. To książka o tym, że czy ma się lat dziewięć czy trzydzieści dziewięć wciąż potrzebuje się matki. Że słowo „sierota” boli nie mniej, że ktoś może żyć w takim cieniu czyjejś śmierci, że sam zapomina oddychać.
To książka trochę autobiograficzna, trochę pewnie zmyślona, bo każdy swoje życie koloruje – raz sprawia, że ma więcej barw, raz dodaje zbyt dużo czerni. Ludzie robią to nieświadomie, bo pamięć ludzka nie działa linearnie – jest krzywą, na której jedne punkty się żarzą, a innych prawie nie widać. Dlatego trudno jest swoje życie opowiedzieć bez bajki. Nie mniej jednak sposób, w jaki autor podszedł do tematu sugeruje, że to jego rany sklejają kartki, że to jego niemożność płakania zatyka gardło bohatera, że to on walczy z upiorem (nadał mu imię Belfagor) i że to on tak bardzo bronił się przed miłością, że na pierwszej randce rozmawiał o śmierci.
Współczułam dziewięcioletniemu Massimowi. Chciałam głaskać po głowie dziesięcioletniego. Przytulić tego, który miał lat jedenaście. Nakrzyczeć na tego, który dobił do ćwierćwiecza. Potrząsnąć tym trzydziestoletnim. Ale najmocniej poruszył mnie ten czterdziestoletni, który dowiedział się całej prawdy o śmierci swojej matki i obejrzał się w tył, na swoje życie, żeby szybko ale z wielką skrupulatnością zrobić z niego rachunek. Tego, który nagle inaczej spojrzał na swoją matkę, która w wieku 43 lat przyszła do niego pewnej zimowej nocy i wyszeptała mu do ucha „niech ci się coś pięknego przyśni”, zostawiła szlafrok na jego łóżku, a potem zniknęła…


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej]

niedziela, 4 maja 2014

JAJKO Z PODWÓJNYM ŻÓŁTKIEM

AGNIESZKA KRAKOWIAK-KONDRACKA
„JAJKO Z NIESPODZIANKĄ”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014

Julka jada słodycze tylko w weekendy. Ćwiczy motorykę małą używając do tego ciasta na makaron. Najbardziej na świecie lubi jajka z niespodzianką – a Ada, jej mama, niekoniecznie, bo zawsze jakieś kryje się na dnie torby i brudzi wszystko na czekoladowo. Poukładały sobie życie – Ada pozbierała się po odejściu od męża lekkoducha, kupiła mieszkanie w tej samej klatce schodowej co jej mama i poszła do pracy, która wymaga od niej kreatywności, ale pozwala na spędzanie mnóstwa czasu z córką. A Julka śpi z nią w łóżku, ma trzy lata, wielką wyobraźnię i zdaje się nie zauważać, że jedna z jej rączek jest zniekształcona. To Ada bardzo się o nią boi i niewidzialnymi, acz szerokimi rękami chciałaby ją objąć i ochronić w każdej sytuacji. Ale tak się nie da. Wpada więc na pomysł, że wystawi córkę na próg życia, pozwoli jej zobaczyć świat, ale tylko troszkę, niezupełnie do końca. Plan jest prosty – wyśle Julkę do przedszkola. Tyle tylko, że to przedszkole prywatne, do którego są ogromne kolejki, regulamin w stu punktach, kara pieniężna za spóźnienia i 2000 złotych do zapłaty za każdy miesiąc. Ale to nieważne – Adę stać – odmówi sobie wakacji i kilku ciuchów, a w zamian da córce bajkowe miejsce za wysokim płotem, z zaczarowanym ogrodem, pokazami pszczelarzy, lekcjami francuskiego i baletu, gdzie w progu, pierwszego dnia, powita małą prawdziwy, żywy kucyk. I z ochroniarzem. I z mamami ubranymi w buty na niebotycznych obcasach, z torebkami z najnowszych kolekcji znanych projektantów, które wyrzucają do śmieci dziecięce ciuszki, bo nie mają miejsca w tych torebkach, żeby je zabrać ze sobą.
Ada jest inna. Nie jest zatruta pieniądzmi, może tylko trochę, troszeczkę nadpsuta, ale jej światopogląd jest zupełnie inny. W hermetyczny świat, w którym kobiety całe dnie mają dla siebie – swoich ciał ugniatanych dłońmi masażystek i ducha, który uczestniczy pilnie w lekcjach gotowania według zasady pięciu przemian – wprowadza się z niepokojem, że należy zupełnie gdzie indziej i znalazła się tu przez przypadek, tylko dlatego, że jej misją jest obrona córki przed realizmem – wcale nie magicznym.
A do tego już pierwszego dnia swoim samochodem ze średniej cenowej półki, wjeżdża w ten z najwyższej. I jeszcze okazuje się, że to samochód pewnego przystojnego, acz gburowatego faceta, który ma syna w tej samej grupie przedszkolnej, do której chodzi Julka. I już na początku mężczyzna wyprowadza ją z równowagi, proponując kontakt do świetnego chirurga, który mógłby się zająć Julki dłonią...
Czytałam tę książkę podwójnie. Raz ze smakiem – jako lekką, niezobowiązującą lekturę na zimny (ale wolny od obowiązków), początek maja. Jest trochę sielanki, trochę łez, jest gdzieniegdzie jakiś pocałunek, jest przyjaźń kobieca, przewidywalny romans, który nie wywołuje szybszego bicia serca, ale na pewno deczko przyjemności – taka czekolada z jajka-niespodzianki. Słodka, cienka, na jeden kęs.
Gorzej z tym środkiem, z tym sednem, z tą niespodzianką właśnie. Bo nie umiem uwierzyć w ten świat – w te zapomniane hulajnogi, lekką ręką zostawiane przez rodziców pod przedszkolem, w stłuczkę samochodową, która nie ma żadnych konsekwencji, w szybkie i łatwe awanse, w dwutysięczne czesne, w czwarte urodziny dziecka, na które wynajmuje się cyrk. Nie umiem uwierzyć, że to miałby być rzeczywisty świat, skopiowany z warszawskich ulic. To trochę jak „Dynastia”, oglądana w dzieciństwie, gdy każdy zazdrościł Carringtonowi basenu przed domem, ale wszyscy wiedzieli, że Carrington nie istnieje. Nie wiem, czy autorka specjalnie wzięła się za pogrubianie pewnych aspektów, żeby przerysować, podkreślić, a tym samym napiętnować taki świat, czy jakąś niby-rzeczywistośc oglądała zza wysokiego płotu i wyobraziła sobie, że tam w środku tak może być.
Zgrzytało mi, w czekoladowym deserze chrzęścił plastik.
I dobrze, że słońce na niebie – rozpuściło mi tę czekoladową powieść na języku...


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

OD KOSMOSU PO GŁOWIE

GAVIN EXTENCE
„WSZECHŚWIAT KONTRA ALEX WOODS”
(TŁ. ŁUKASZ MAŁECKI)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014

Jak wielka jest szansa, że człowiek, w którego kosmos rzucił swoim odłamkiem przeżyje? Jak wielka jest w ogóle szansa takiego kontaktu? Czy wszechświat się bawił, czy był o coś zły, gdy trafił w Alexa meteorem? Czy to miała być przestroga dla ludzkości, czy zwykłe, niewinne igraszki, które skończyły się kilkudniowym pobytem w szpitalu i skutkami ubocznymi? Czy wszechświat był samotny i postanowił umilić sobie czas?
Meteoryt wpadł przez dach i pozbawił Alexa przytomności. A w zamian dał napady epilepsji – początkowo tak silne, że chłopak nie może wychodzić z domu w obawie przed komplikacjami. Zamyka się w czterech ścianach, wzniesionych nad sklepem swojej mamy. A pewnie dobiega tam dziwna muzyka oraz zapach świeci i kadzideł – bo mama Alexa też nie jest taka zwykła, jest tarocistką, przepowiada przyszłość i sprzedaje oprócz talii do tarota podręczniki do magii Wicca, ziołowe specyfiki i trochę swojego czasu.
Alex zamyka się podwójnie, bo także w świecie wyobraźni – czyta. Pochłania ogromne ilości lektur, ale oprócz „Alicji w krainie czarów”, zgłębia też systemy działania ludzkiego mózgu. Bo chce być w przyszłości neurochirurgiem. Albo astronomem, więc wkuwa na pamięć całe niebo gwiazd. Jest piekielnie inteligentny i równie piekielnie wyspecjalizowany – recytuje z pamięci budowę mózgu, w pamięci trzyma całe galaktyki. Wie dużo, ale sortuje swój świat i jeśli coś nie jest mu potrzebne, po prostu to wyrzuca. Więc gdy wraca do szkoły, trafia o klasę niżej – ułamki nie są wystarczająco blisko kosmosu, by się nimi przejmować.
Alex może czuć się wybrany, bo do tej pory tylko jedna osoba przeżyła trafienie meteorytem. Wybrany także dlatego, że począwszy od tej chwili zmienia się jego los – pewnie bez owego kosmicznego odłamka nie poznałby pana Petersona, nie przeczytałby ani jednej książki Kurta Vonneguta, nie założyłby klubu czytelniczego i nie wylądował na granicy państwa z kilogramem marihuany w schowku, atakiem epilepsji w głowie i urną z prochami na siedzeniu pasażera.
A w takiej właśnie sytuacji Alexa poznajemy.
Opowiada nam swój świat, opowiada krok po kroku, odłamek po odłamku, co mu się zdarzyło, jak daleko wyszedł na przeciw światu i że można stanąć na drodze kosmosowi i wyjść z tego cało.
To mądra książka i przepełniona nadzieją, choć nostalgiczna. To książka o tym, że każdy z nas jest na swój sposób dziwny, że pojęcie dziwności jest względne i że najważniejsze, żeby z drugiego człowieka wyciągnąć taką dziwność, która nas wzbogaci. Że czasem stłuczona szyba, może stłuc szklane mury między ludźmi. Że wystarczy książka, żeby z kimś się zaprzyjaźnić.
Polubiłam Alexa, bo to inteligentny chłopak, który postanowił czerpać ze świata. Polubiłam go, bo meteoryt w jego czaszce pozwolił mu patrzeć na świat inaczej – otwierać się na nowe, badać i spełniać najdziwniejsze prośby swojego przyjaciela – pana Petersona. Bo najbardziej to dla mnie książka o przyjaźni, o przyjaźni, która przecież nie powinna się wydarzyć, bo zrzędliwy starszy pan, który w zębach prawie zawsze trzyma skręta z marihuany i ma psa, który nosi imię na cześć Vonneguta, nie przyjaźni się zazwyczaj z młodym epileptykiem, który w tornistrze nosi atlas gwiazd i atlas anatomii. To książka o niemożliwym – o tym, że odłamek kosmosu może trafić cię w głowę, a ty nie tylko nie umrzesz, ale będziesz naprawdę żył.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

środa, 16 kwietnia 2014

GIMNASTYKA

SIRI HUSTVEDT
„LATO BEZ MĘŻCZYZN”
(TŁ. JOANNA HRYNIEWSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2014

Przerwa.
To słowo niesie za sobą jakiś brak. Ale dla Mii ma ciężar kamienia. I jak kamieniem zostaje nim uderzona. A pewnie ta przerwa jest lżejsza niż ona – bo młodsza. Mąż Mii po trzydziestu latach małżeństwa, nagle zapragnął czegoś zupełnie banalnego – romansu z koleżanką z biura. Młodszą, może piękniejszą, pewniejszą siebie, bardziej się starającą. Zostawia Mię z tym dziwnym słowem „przerwa”, które pozwala mieć jakąś nadzieję. Ale Mia nie rozpatruje niuansów językowych – po prostu się załamuje. I to nie jest eufemizm – zatraca się w jakimś psychotycznym transie, wydaje jej się, że wszyscy chcą ją skrzywdzić, nie panuje nad emocjami, pogrążą się. Trafia więc na jakiś czas do szpitala psychiatrycznego.
A gdy wychodzi, musi unieść lato bez swojego męża.
Wyjeżdża do rodzinnego miasteczka. I nie – wcale nie poznaje tam, jak można by przypuszczać, kolejnego mężczyzny, który leczy rany i sprawia, że świat jest znowu piękny. To naprawdę lato bez mężczyzn. Bo to książka o kobietach. Mia sama musi sobie dać radę z tym upałem, z tym, że zawsze zasypiała przy jednym człowieku – od trzydziestu lat, ze smarkami, które wiszą u nosa, gdy się płacze – a płacze dużo, ze wspomnieniami, które pojawiają się znikąd, takimi absurdalnymi uderzeniami, jak w policzek – wspomnieniem jego zapachu, albo jakiegoś szczegółu garderoby.
Bierze się w garść choć trochę – odwiedza często matkę, tak samo często jak jej przyjaciółki – pięć pań, które w duchu i w zaciszu nazywa Łabędzicami. Słucha ich opowieści – wszystkie są wdowami i już cały szmat czasu są samotne, bezmężczyznowe. Mia podgląda, bo może to jest odpowiedź na pytanie jak teraz żyć bez swojego męża?
Poza tym, jako nagradzana poetka (co prawda dostała tylko jedną, mało znaczącą nagrodę, ale reklama dźwignią handlu), będzie prowadzić warsztaty poezji dla siedmiu rozentuzjazmowanych, pełnych życia nastolatek. Tu też staje w roli obserwatorki, ale nie chce się uczyć, tu wolałaby przybrać rolę mentorki i nauczycielki i chętnie przelałaby na te dziewczyny swoją wiedzę - i nie mówimy tu o pisaniu wierszy. Mia czuje, że między nimi krąży coś niedobrego, coś, co może zniszczyć czyjeś życie i sięga pamięcią do własnego, niezbyt szczęśliwego, dzieciństwa, żeby poszukać dla nich jakiejś lekcji, rozwiązania, nauki.
Mia jest środkowa. Bo stoi pomiędzy młodością, która jest budzeniem się do życia, a tym czasem, gdy „śmierć przestaje być abstrakcyjna” [s.19]. Ogląda się raz w jedną, raz w drugą stronę, chcąc wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, zapomnienie i akceptację własnej sytuacji. Choć nie wychodzi jej to najlepiej, bo imię męża odmienia przez wszystkie przypadki, łamiąc obietnicę o jego niewymawianiu...
To absolutnie nie jest łatwa książka. Przy całej banalności historii miłosnej, czytanie jej to mocno intelektualne ćwiczenie. Hustvedt zmusza nas do mentalnych pompek i biegów przełajowych. Bo analizuje swoją sytuację z wielką precyzją, rzucając kawałkami wierszy, portretami psychologicznymi, odwołaniami do filozofii, a czasem mięsem. Jakby miała z tego powstać jakaś mieszanka, która sprawi, że napięcie, które czuć w tej książce, w końcu wybuchnie i będzie można odetchnąć. Złapać oddech.
Ale gdy balonik zostaje przekłuty, to tam na mecie pozostaje dziwna pustka – jak to, już? Z takim zapałem i zapatrzeniem człowiek wspina się na górę fabuły, że gdy nadchodzi koniec, to jest jak sekundowy z niej zjazd. I refleksja, że nasz umysł będzie silniejszy, bo dobra gimnastyka nie pozwala zastygnąć.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki]

wtorek, 8 kwietnia 2014

PO DRUGIEJ STRONIE RODZĄCEJ

JEANNETTE KALYTA
„POŁOŻNA. 3550 CUDÓW NARODZIN”
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2014
CZYTA JEANNETTE KALYTA

Dawno nie czytałam/słuchałam książki, która wywołałby we mnie tak wielką emocjonalną burzę. Taki deszcz, po którym jeszcze długo miałam mokre oczy i opuszki palców. Dawno nie miałam styczności z książką, którą odebrałam tak osobiście, tak empirycznie. Jeannette Kalyta, położna z 25-letnim stażem, postanowiła napisać autobiografię. Ale jest to autobiografia szczególna, bo widziana przez pryzmat porodu. To jej własne przyjście na świat, porody jej dzieci, porody jej podopiecznych, ale także poród jako taki – jako proces fizjologiczny i mentalny. To autobiografia szczególna, bo poprzez historię jednej kobiety, opowiada o kobiecości w ogóle, o tym, jaką misję ma zapisaną w ciele każda z nas. I o tym, że aby dobrze urodzić nie wystarczą same dobre chęci – trzeba jeszcze stworzyć ku temu odpowiednie, godziwe warunki. Kalyta opowiada o polskim położnictwie, o jego zmianach, o tym, jak dokonywał się przewrót w lekarskich głowach, jak dokonywało się uświadamianie ciężarnych, które powoli i mozolnie podejmowały walkę o to, by poród mógł być pięknym przeżyciem i o to, by w tym procesie nie zagubić siebie i własnej kobiecości. To ważny głos w toczącej się wciąż i wciąż dyskusji o podmiotowości kobiety, o jej prawach.
Ta książka jest też cenna dlatego, że możemy stanąć po drugiej stronie. Wejść między kobiece uda i stamtąd obserwować narodziny. Nie mówię tu o fizjologii, choć Kalyta z wielką dozą naturalności i tej nie ukrywa. Mówię tu o uczuciach. Położna jest stróżem, który z zachowań kobiety wyczytuje, czy wszystko dzieje się prawidłowo. Musi więc być dobrym obserwatorem, wyczulonym na każdy sygnał jaki daje ciało i umysł kobiety. Musi za nimi podążać, a więc doskonale zdaje sobie z nich sprawę. I takimi uczuciami się z nami dzieli. Całym strachem, niepewnością, miłością, radością, zniecierpliwieniem, niewiarą we własne siły, złością i euforią, jakie mogą przemknąć przez poród. Ale mówi też o swoich własnych uczuciach – o tym, że ona też się czasem boi, choć nie ma prawa do strachu, że musi być silniejsza od rodzącej, bo zawsze musi być oparciem, że niektóre porody ona też przeżywa niemal na równi z matką, że emocjonalnie angażuje się w proces przyjścia dziecka na świat.
Uderzyło mnie stwierdzenie Kalyty, że to położna jako pierwsza dotyka dziecka. Nigdy o tym nie myślałam, nie zdawałam sobie sprawy, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na barkach tej szczególnej kobiety. Wiedziałam, że musi być empatyczna, że musi być wrażliwa, że musi być kimś szczególnym, ale nie uświadamiałam sobie tej prostej prawdy, że to w jej ręce dziecko wychodzi z brzucha matki i to ona podaje je matce jak dar. Że dłonie muszą być ciepłe, bo przecież do tej pory dziecko było przyzwyczajone do 36,6. Że muszą być delikatne, bo do tej pory matka głaskała je tylko przez brzuch i dziecko nie zna dotyku, nie wie, czym jest ocieranie się skóry o skórę. To jedna z tych rzeczy w tej książce, które przejęły mnie jakimś niesamowitym dreszczem.
A takich momentów jest wiele. To historie dobre, w których porody biegną swoim rytmem i są pięknym, choć trudnym przeżyciem dla wszystkich. To historia mężczyzny, który witał swoją córkę w muszce, to historia rodziny, która rodziła w domu, razem z młodszym rodzeństwem nadchodzącego maleństwa, to historia dziecka, które przeżyło aborcję... To też historie złe, w których zza liter wygląda śmierć, albo porzucenie, albo jakaś zła energia.
Dzięki temu, że Kalyta ma tak ogromne doświadczenie, ponad 3500 porodów, przyjętych w różnych warunkach, czasem ekstremalnych, może opowiedzieć o tych chwilach dwutorowo – bo mówi z uczuciem, z szacunkiem, z wielością emocji, ale jednocześnie z mądrością i doświadczeniem profesjonalnej położnej.
Podoba mi się w jej postawie, że wciąż szuka, że nie zatrzymała się na tym, co uważa za dobre, właściwe, piękne, że jeśli dociera do niej najmniejszy sygnał, że może być jeszcze lepiej, to podąża tym tropem – czy to będzie nowy rodzaj znieczulenia, czy nowy rodzaj łóżka do porodu, czy medytacja, czy po prostu cicha muzyka. Chce, żeby jej rodzące były zadowolone ze swoich porodów, chce odsunąć traumy i sprawić, że będzie się pamiętać tylko moment, gdy w ramiona wzięło się swoje dziecko, że ból, nawet jeśli trwał wiele godzin, przekuje się na dobre wspomnienie, w siłę.
Kalyta docenia kobiety – i jako położna ma za zadanie udowadniać im to na każdym kroku – wtedy, gdy poród nie postępuje, wtedy, gdy toczy się tak, jak powinien, ale kobieta ma chwilę zwątpienia i tuż po, gdy trzeba pochwalić, powiedzieć, że kobieta zrobiła wszystko najlepiej.
To ciężka praca, ale gdy słuchałam tej autobiografii odniosłam wrażenie, że Jeannette nie mogłaby robić nic innego, że tylko taką drogą mogła pójść, bo jej spełnienie jest wtedy, gdy spocona, zmęczona, obolała kobieta, przyjmuje z jej dłoni największy skarb swojego życia.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej]

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

DALEJ, MARTA, DALEJ!

MARTA KISIEL
„NOMEN OMEN”
WYDAWNICTWO UROBOROS, WARSZAWA 2014
WYDAWNICTWO NALEŻY DO GRUPY WYDAWNICZEJ FOKSAL

Salka ma dość. Tak niezwyczajnie i nie po prostu.
Bo ma dwadzieścia-parę lat i chce uciec z własnego domu, żyć sama, z dala od niego – to zrozumiałe, bo na każdego przychodzi takie pragnienie. Ale nie każdy musi uciekać przed matką, która koniecznie chce rozdziewiczyć swoją córkę i podarować jej rozkosze zmysłowe, nie każdy musi uciekać przed ojcem naukowcem i bratem, Niedasiem, który wdeptuje twoje ego w podłogę. I do tego jest darmozjadem, leniem, zakałą rodu, a mimo to wychwalany pod niebiosa, na rękach noszony o hołubiony przez całą rodzinę.
A Salka zatrzasnęła drzwi swojego rodzinnego domu, gdy usłyszała, jak matka zachwala telemarketerowi rozłożystość jej bioder, potencjał erotyczny i moc, która czyha w jej bujnym ciele. Ciało owszem, Salka ma bujne, nawet zbyt bujne tu i ówdzie, ale chciałaby jego bujność zachować dla siebie, a nie obdzielać nim pół miasta. Pakuje więc w walizkę parę rzeczy i po prostu się wyprowadza. Do Wrocławia. Na Lipową 5. I nie ma pojęcia czemu taksówkarz nie chce jej zawieźć pod same drzwi, tylko zostawia gdzieś parę przecznic dalej. Dopiero potem okazuje się, że mieszkanki uroczej, troszkę zagraconej willi, nie są zwyczajnymi staruszkami, lat około 80. Że widzą więcej, czują więcej i więcej mogą.
Są w tej książce tajemnicze szepty w słuchawce telefonu, radio, które nie odbiera fal radiowych, jakieś nitki, po których można dojść od kłębka, jest wojenny i po-wojenny Wrocław, jako miasto magiczne, jest Niedaś, co chce utopić Salkę w rzece, a może nawet kogoś zamordować, a tu i ówdzie, jak rodzynki powtykane w ciasto, tkwią poważne przemyślenia na temat kondycji ludzkiej, winy, kary i odkupienia. No i jest tyleż przystojny, co oczytany młody doktorant, który w końcu sprawia, że w Salce budzi się seksapil (o ile w tak nieporadnej i niewymiarowej osobie drzemie coś takiego).
A wszystko napisane językiem genialnym, bo inteligentnym, acz humorem przeładowanym, do granic wytrzymałości mięśni brzucha czytelnika. Śmiałam się do łez, do rozpuku, do czkawki, od ucha do ucha i z całego serca. I jeszcze na dodatek skręcałam się ze śmiechu i zrywałam boki. Nie znam we współczesnej polskiej literaturze drugiego autora, który tak umiejętnie bawi się młodą polszczyzną, który potrafi wycisnąć potoczny język jak cytrynkę i wyczarować coś wyrafinowanego z tej wytłoczki.
Marta Kisiel jest okrutna. Zaserwowała swoim czytelnikom cztery lata milczenia. Cztery lata posuchy. Cztery lata wyczekiwań. Ale te cztery lata to były chyba jakieś ćwiczenia samodoskonalące, jakiś obóz pracy może, bo powróciła z książką pełniejszą, dojrzalsza, spójną i fabularnie dopracowaną. O ile „Dożywocie” było świetnym, lekkim debiutem, nad którym można się było po-zaśmiewać w tramwaju, o tyle „Nomen omen” to już pełnoprawna powieść, ze wszystkimi chwytami, jakie można wykorzystać, by trzymać w napięciu, by rozdziawione szczęki brzękały o ziemię, by zakochać się na nowo i na stałe. I pozostaje tylko mieć nadzieję, że cztery to nie jakaś magiczna martowa liczba, że teraz nie da na siebie czekać tak długo (choć jeśli miałoby za cztery lata wyjść coś równie dobrego, to warto czekać), pozostaje tylko wspólnymi siłami całej powiększającej się rzeszy fanów, krzyczeć „Dalej, Marta, dalej! Pisz i nigdy nie przestawaj!”


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Foksal]