niedziela, 28 lutego 2010

A NA KONIEC AMELIA



Mój cudny Mąż wyjechał na dwa dni. Posmutniałam bez Niego. Stałam się tęsknotą. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Zachciało mi się więc na koniec miesiąca jakiegoś filmu na 6. No i „Amelia”…
To dla mnie obraz poza wszelkimi kategoriami, poza wszelkim schematem, poza skalą ocen. (Drugim takim jest film „Ukryte pragnienia”.) Scenariusz, zdjęcia, muzyka…
To taki film, do którego wracam co jakiś czas, żeby płakać, żeby się cieszyć, żeby przypomnieć sobie, jak ważne jest dostrzeganie świata wokół, jak ważne są takie malutkie chwile, które przebiegają nam koło nosa. Że trzeba je zatrzymać i pamiętać o nich, że mogą dawać radość nie mniejszą, niż wielkie życiowe bale…
Jak choćby ta chwila, gdy na targu warzywnym widzisz pięknego, pachnącego pomidora i zbliżasz go do policzka, żeby poczuć jego skórę na swojej.
Albo, gdy - jak Amelia - zanurzasz dłoń w wielkim worku z ziarnami (o, ja też to kocham!).
Albo, gdy słyszysz rozmowę szczęśliwego dziecka, ze swoją mamą (zawsze ukradkiem takie rozmowy podsłuchuję).
Albo, gdy rzucasz się śnieżkami ze swoim Mężem w drodze do sklepu po mleko i ziemniaki.
Albo, gdy Twój Brat przesyła Ci baranka na komórkę – wiecie, tego z „Małego Księcia” (mój przysłał mi Baranka jakieś 7 lat temu, a wciąż jest na tapecie mojego telefonu).
Albo, gdy znajdujesz dwa grosze na trawie.
Albo, gdy dotykasz w księgarni świeżo zadrukowanych kartek długo wyczekiwanej książki.
Albo, gdy…
I mogłabym tak mnożyć.
I cieszę się, że mogłabym tak mnożyć, bo to ważne chwile. Chwile, które dają smak życiu. Dzięki którym chce się rwać to życie i zajadać się nim, jak malinami…
Nie będę o „Amelii” pisała, bo podejrzewam, że Amelię każdy dobrze zna. A jak nie zna, to jest uboższy o całą gamę uczuć. I łatwo może to nadrobić.
Ja uwielbiam – bezkrytycznie zakochana, zafascynowana, zauroczona…

sobota, 27 lutego 2010

NAJWAŻNIEJSZY KLAWISZ


JANE CAMPION, KATE PULLINGER
„FORTEPIAN”
(TŁ. KRZYSZTOF ZARZECKI)
ODEON, WARSZAWA 1994

Film oglądałam dawno i kilka razy, nie wiedząc początkowo, że jest książka. Nie chciałam właściwie jej czytać, bo wolę odwrotną kolejność – najpierw książka, potem film. Ale przy ostatniej wizycie w bibliotece wpadła mi w ręce i pomyślałam, że może warto… Tym bardziej, że, jak już wspomniałam, film widziałam dawno temu. No i nie powiem, że nie warto. Bo wciągnęła mnie, mimo, iż znałam zakończenie.
Dla tych, co nigdy nie widzieli, ani nie czytali – Ada, wraz ze swoją córeczką Florą oraz pięknym cennym fortepianem, przybywa z rodzinnej Szkocji do Nowej Zelandii. Została wydana przez swego ojca za Alisdaira, którego nigdy dotąd nie widziała. Ojciec zdecydował się na taki krok z dwóch powodów – Flora jest nieślubnym dzieckiem, a na horyzoncie nie widać ojca, natomiast Ada od szóstego roku życia nie mówi. Wyraża się poprzez muzykę, graną na swoim ukochanym fortepianie i językiem migowym, który rozumie tylko jej córka. Alisdair zostawia fortepian Flory na plaży, tłumacząc, iż ludzie nie dadzą rady unieść takiego ciężaru. Instrument odkupuje od Alisdaira George, który zawiera z Adą swoisty układ…
Ta książka to dla mnie jeden z nielicznych przykładów, gdy obraz filmowy prześcignął literaturę. Cały czas miałam w głowie przecudną kreację Holly Hunter. Nie kłóciła się ona z wyobrażeniem, jaki dawało mi słowo pisane, ale jednak nie miałam możliwości wyobrazić sobie Ady inaczej.
Film jest dużo piękniejszy, dużo bardziej klimatyczny, wiele rzeczy nie jest powiedzianych, a tylko pokazanych. Jako, że Ada jest niema narracja książkowa też dla mnie troszkę kuleje. A w filmie tego nie widać – Ada mówi całą sobą, każdym drgnieniem powieki, każdym najmniejszym ruchem ciała…
No i w filmie Flora jest dużo bardziej wyeksponowana – jest dzieckiem o ogromnej wyobraźni, dzieckiem kochanym i hołubionym przez matkę (książka spycha małą Florę w cień i pozbawia jej dużej części tej miłości). To postać, która naprawdę mnie ujęła.
No i ta niesamowita więź między Adą a Florą, to ich zamknięcie w zupełnie osobnym świecie, do którego nikt inny nie ma dostępu – w książce jest zamazana i nie tak silna. (Piękna scena zaraz na początku filmu, gdy kobieta i dziewczynka są zmuszone spędzić noc na plaży i chronią się pod halkami Ady, zamkniętymi nad nimi jak namiot – odseparowane od świata, nie zauważają niczego oprócz siebie, oprócz swoich historii, swego własnego mikroświata!!!)
Książkę, z tego co przeczytałam, autorki napisały już po nakręceniu filmu. Pullinger to pisarka, natomiast Campion to reżyserka i scenarzystka. Pewnie poprosiła koleżankę, aby pomogła jej ubrać w słowa te obrazy, które miała w głowie i które zostały zapisane na taśmie filmowej. Moim zdaniem niesłusznie – powinna zostać przy tym, co zrobiła bardzo dobrze – przy swoich wyobrażeniach, przy pięknym filmie, nastrojowym i pełnym tajemnic.
A w książce autorki pokusiły się o wyjaśnienie tajemnicy niemoty Ady – szkoda, że to uczyniły i nie tylko uchyliły rąbka tajemnicy ale dość brutalnie tę tajemnicę z tajemniczości odarły…
Podsumowując – dobrze się czyta, ale zdecydowanie bardziej polecam film….

Moja ocena: 4/6

BUMERANGI I ANIOŁY


ERRI DE LUCA
„MONTEDIDIO”
(TŁ.MARCIN WYREMBELSKI)
WAB, WARSZAWA 2009

Jak się cieszę, że w końcówce lutego sięgnęłam po „Montedidio”, bo dzięki temu mam w tym miesiącu choć jedną lekturę na szóstkę!
Jak dla mnie rewelacja! Mała, niepozorna książeczka, która zawiera w sobie magię słów.
Jest to kawałek pamiętnika trzynastoletniego mieszkańca Neapolu. Na podarowanej rolce papieru zapisuje swoje dni, zapisuje historię swoją, ale i swojej dzielnicy – dziewczyny Marii; rodziców – chorej matki i zakochanego w niej do szaleństwa ojca; swojego mistrza Errica (chłopiec uczy się w warsztacie stolarskim); szewca Rafaniella, który robi za darmo buty całemu miastu i któremu rosną skrzydła…
Każde zdanie to perła, każde zdanie ma swój niepowtarzalny smak… Piękna książka o zwykłych-niezwykłych dniach, o zwykłych-nadzwyczajnych ludziach i o chłopcu, który w tym wszystkim ćwiczy rzut bumerangiem nie wypuszczając go z rąk – boi się, że bumerang, jego największy skarb, już do niego nie wróci…
Gdybym miała wybrać jakiś cytat, nie wiedziałbym na co się zdecydować. Czytałam egzemplarz z biblioteki i muszę koniecznie sprawić sobie własny, bo na pewno wrócę jeszcze do tej historii, żeby cieszyć się słowami. To czysta przyjemność, tak jak Franklinowe Ciasteczka, które upiekłam za sprawą Liski i które umilały mi lekturę.

Moja ocena: 6/6

piątek, 26 lutego 2010

O CZYTANIU


DAVID TOSCANA
„OSTATNI CZYTELNIK”
(TŁ.SARAH KUŹMICZ)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010

O ile wiem, ta książka została wydana przez Świat Książki z okazji Światowego Dnia Książki 2010. I to naprawdę dobry tytuł na taką okazję.
W Icamole, małej wiosce w Meksyku, od kilku tygodni panuje susza. Remigio, który ukrywa fakt, że w jego studni jest jeszcze trochę wody, natrafia w niej na ciało dziewczynki. Wyciąga je po kryjomu ze studni i idzie po pomoc do swojego ojca – bibliotekarza Lucia.
Lucio, zapalony i jedyny czytelnik w wiosce, stwierdza, że dziewczynka to uosobienie Babette – bohaterki książki „Śmierć Babette”…
W tej książce literatura przenika się ze światem rzeczywistym za sprawą Lucia. Wierzy on, że wszystko co się dzieje w wiosce, wydarzyło się już wcześniej, w powieściach.
To fantastyczna postać, prawdziwy czytelnik.
W Icamole nikt nie przychodzi do biblioteki, więc dawno została ona zamknięta, a posada Lucia zlikwidowana. Mimo to przychodzi on codziennie do pracy, „przeczytuje” wszystkie książki, które dawno temu państwo przysłało mu jako zaopatrzenie biblioteki. Uważa bowiem, że żadna książka nie może zostać postawiona na półce, jeśli on jej nie zna. Więcej – Lucio nie układa książek na półkach według alfabetu, ale według swego gustu: najwyżej stoją książki najlepsze, niżej te gorsze, a te, które Lucio uważa za chłam, wyrzuca do swego rodzaju magazynu. Tam giną wszystkie książki niegodne czytelnika (jakiegokolwiek czytelnika).
Powieść bardzo oryginalna, Lucio trafia do mojego prywatnego spisu postaci ważnych.
Ale książkę czyta się koszmarnie, ponieważ nie ma w niej żadnego podziału: nie ma dialogów, nie ma cytatów, nie ma akapitów… Czasami trzeba się dobrze zastanowić nad tym co kto powiedział, czy to jakiś cytat, czyjaś myśl, czy opis. I za to wielki minus.
No i dwa cytaty, bo nie mogę sobie odmówić:

(…) powieści opowiadają o rzeczach, które nie istnieją, to same kłamstwa. Jeśli zbliżam ręce do ognia(…); parzę się; jeśli wbijam sobie nóż, krwawię; jeśli piję tequilę, upijam się; a od książki nic mi się nie dzieje, no, chyba, że dostanę nią w twarz.
[s.32]

(…)zawsze jest więcej książek niż życia. Drukarze mogliby strajkować od dziesięciu lat i nikt by nawet tego nie zauważył. (…)na każde dwadzieścia osiem stron, jakie się wydaje, czyta się tylko jedną? Bo są książki, które daje się ludziom, którzy nie czytają, bo trafiają do biblioteki bez czytelników, bo kupowane są po to, by zapełnić regał, bo obdarowuje się nimi przy kupnie innego produktu, bo czytelnik traci zainteresowanie od pierwszego rozdziału, bo nigdy nie opuszczają składu drukarza, bo i książki kupuje się w jakimś porywie. (…) Żeby taka cegła jak ta trafiła do Icamole, potrzeba współudziału autora, redaktorów, wydawców, drukarzy, księgarzy, a nawet czytelników; nie wspominając o połowicy pisarza, która mówi mu: Tak, kochanie, bo ty tak pięknie piszesz. Zorganizowana przestępczość(…).
[105/106]

Moja ocena: 4,5/6

środa, 24 lutego 2010

LOLA, LULA, LOL


RUSSEL HOBAN
„TO BYŁA LOLA”
(TŁ. MICHAŁ KŁOBUKOWSKI)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010

Był sobie Maks. Maks na początku książki trzy razy zapomina wysiąść na swojej stacji metra (mieszka w Londynie), a potem spotyka po drodze śmierdzącego karła, który wskakuje mu na ręce i nie chce odejść. Karła nikt prócz niego nie widzi. No może tylko umysł Maksa, z którym Maks prowadzi zawiłe rozmowy.
Okazuje się, że karzeł to Apasmara, czyli hinduski bożek zapomnienia, który siedzi pod stopą Buddy… A karła wysłała do Maksa Lola. Był zamknięty w dźwiękach skomponowanej przez nią samą ragi, po to, by każde najmniejsze „lolo-wspomnienie” zostało wymazane z pamięci Maksa. Bo Lola byłą straszliwie na niego zła…
A za co?
Cóż – odsyłam do książki…
W Merlinie piszą o tej książce: „Intelektualna atmosfera, świetne dialogi.” I coś w tym faktycznie jest. Bo mnie urzekł język. Zresztą to jest zawsze dla mnie najważniejsze w każdej czytanej przeze mnie książce. A tu są niebanalne dialogi.
Jednym z moich numerów jeden była scena zerwania między Lolą a Basilem (kto to Basil, odsyłam do ksiązki, dla cytatu nie ma to najmniejszego znaczenia):

- Basil – mówi Lola. – postaram się powiedzieć to jak najdelikatniej.
- Co mianowicie?
- Gdybym – ciągnie Lola – poprosiła, żeby mój chłopak wstał, musiałbyś zostać na krześle.
[s.77]

W ogóle cała historia jest niebanalna. To znaczy może nie sama historia, bo to opowieść miłosna, jakich wiele. Z zakończeniem cukrowo-słodko-lepiącym. Ale sposób przedstawienia – to już zupełnie inna bajka. Bo to jest trochę bajka ( z dwoma alternatywnymi drogami, z dwoma możliwymi zakończeniami i z dwoma księżniczkami, a tylko jednym księciem), a trochę intelektualny poemat, a trochę wykład z filozofii, a trochę pastisz.
Momentami kojarzył mi się z Gombrowiczem, a momentami z jednym z moich hołubionych – Couplandem (szczególnie jeśli chodzi o dialogi między rodzicami Loli).
Polecam wszystkim zakręconym. Bo to zakręcona książka. Jak wąsy ogórka…

Moja ocena: 4,5/6

POCHWAŁA TYTUŁU


MARY ANNA SHAFFER, ANNIE BARROWS
„STOWARZYSZENIE MIŁOŚNIKÓW LITERAURY I PLACKA Z KARTOFLANYCH OBIEREK”
(TŁ. JOANNA PUCHALSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010

Do sięgnięcia po tą książkę skłonił mnie tytuł – uważam, ze jest naprawdę fantastyczny! No i w pełni oddaje ducha książki.
A opowieść dzieje się tuż po wojnie (1946 rok). Młoda pisarka, Juliet, całkiem przez przypadek nawiązuje korespondencję z mieszkańcem wyspy Guernsey. Dowiaduje się, iż na wyspie działa właśnie Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. To grupa przyjaciół, którzy aby przetrwać czasy wojny, czytali książki, a potem spotykali się i opowiadali sobie o nich. Jako, że był problem z zaopatrzeniem, jeden z nich wymyśla ów tytułowy placek, żeby spotkania miały milszy charakter. Po wojnie, związani nićmi przyjaźni i wzajemnej sympatii, spotykają się nadal, by cieszyć się literaturą, ale też własnym towarzystwem.
Zaintrygowana Juliet postanawia pojechać na wyspę i napisać książkę o okupacji Wysp Normandzkich - o tym, jak zwykli ludzie dawali sobie radę z wojną.
„Stowarzyszenie…” to powieść epistolarna – mnóstwo korespondentów pojawia się na łamach ksiązki – nie tylko sama Juliet, ale jej przyjaciele i mieszkańcy wyspy. Trochę przeszkadzało mi, że w każdym z listów styl jest podobny, że autorka nie zróżnicowała sposobu pisania na tyle, żeby odróżnić listy Juliet od listów na przykład prostych mieszkańców wyspy (pisarka, a hodowca świń…).
Ale cała powieść jest napisana lekko, z niesamowicie ciepłym humorem, choć momentami mrozi krew w żyłach – odniesienia do czasów wojennych naprawdę nie pozostawiają obojętnym. Tylko, że chyba zamysł był taki, iż mają utonąć w powodzi uśmiechów i życzliwości Guernsejczyków.
Właściwie, gdy czytałam tę książkę, to wciąż miałam w głowie Anię z Zielonego Wzgórza – to ona mogłaby być Juliet.
Miła, zabawna książka, akurat na koniec zimy, gdy już słońce puka w okiennice. Taki malutki promyk. I choć nie jest to jakieś przełomowe, epokowe dzieło, to wysoka ocena, za cenny uśmiech.

I jeden cytat, dotyczący chyba nas wszystkich:

„Właśnie to uwielbiam w czytaniu – w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym – bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.”
[s.17]


Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 22 lutego 2010

WYKĄPAĆ SIĘ W JEZIORZE DUCHÓW


MARTHA GRIMES
„HOTEL PARADISE”
(TŁ. BARBARA KOPEĆ-UMIASTOWSKA)
WAB, WARSZAWA 2008 (WYDANIE Z POLITYKI)

Kolejny tytuł wyszperany w ramach wyzwania południowego i kolejny trafiony.
To historia poniekąd kryminalna. Dwunastoletnia Emma Graham mieszka w tytułowym Hotelu Paradise w małej miejscowości Spirit Lake. Hotel dni świetności dawno ma za sobą. Teraz ledwo się utrzymuje. Emma pomaga w hotelu jako kelnerka, jej matka jest kucharką, ojciec nie żyje, brat najchętniej spędza czas z przyjacielem. Emma, pozostawiona sama sobie, zaczyna interesować się sprawą sprzed czterdziestu lat. Wtedy zginęła jej rówieśnica - Mary-Evelyn Devereaux. Dziewczyna utonęła w Jeziorze, które od tamtej pory nazywane jest Jeziorem Duchów. Emma dostrzega wiele niejasności i niedopowiedzeń w śledztwie i postanawia zbadać sprawę ponownie na własną rękę.
Od razu polubiłam Emmę. Jest rezolutna, śmiała, inteligentna, jest wielkim smakoszem, jest miła dla ludzi, uprzejma i nad wyraz ciekawa świata. Czasem jest zagubionym dzieckiem, a czasem mądrą kobietą. Tak bardzo potrzebuje miłości i ciepła, tak bardzo potrzebuje ideałów! Jej najlepszym przyjacielem jest szeryf miasteczka, z nim spędza najwięcej czasu i jego podziwia. To nie jest żadna młodzieńcza miłostka, ale raczej relacja uczeń – mistrza, albo nawet córka – ojciec. Nic nie wiemy na temat tego, jak zginął tata Emmy. Mama całe dnie spędza w kuchni; Emmą na dobrą sprawę nikt się nie interesuje, dlatego sprawa sprzed czterdziestu lata staje się jej celem, staje się jej bliska i ważna. Dziewczynka chce pokazać swoją wartość, chce udowodnić, że stać ją na wiele – takie mam wrażenie. Oczywiście nie zdaje sobie sprawy z tego, w co tak naprawdę się pakuje i jaki będzie finał całej historii.
Książkę czyta się wolno, to nie lektura do połknięcia, raczej do smakowania, akcja nie pędzi i nie ma wielkich zagadek. Nie o to chodzi w „Hotelu Paradise”. Raczej o klimat, o południowość, o psychologię postaci, o małomiasteczkowość, o rytuały i codzienny rytm miasteczka, zakłócony nagle wspomnieniami.
Dobra, kojąca (nie wiem właściwie dlaczego to słowo przychodzi mi na myśl, gdy myślę o „Hotelu Paradise”) lektura.

Moja ocena: 5/6