niedziela, 31 stycznia 2010

JAKI PIĘKNY WIDOK


E.M. FORSTER
„POKÓJ Z WIDOKIEM”
(TŁ. HALINA NAJDER)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2009

W ramach mojego poznawania klasyki, nadrabiania zaległości w tej dziedzinie, oraz, nie ukrywam, w ramach poszukiwania książek/filmów/blogów/itp. Na temat Włoch sięgnęłam po „Pokój z widokiem”. Włoch tam trochę mało, właściwie stanowią tylko tło, ale wcale się nie dziwię, że książka jest zaliczana do klasyki.
Wsiąkłam.
Lucy wyjeżdża do Włoch. To taka konwencjonalna wycieczka, podczas której panienka ma poznać trochę świata, zdobyć doświadczenie, wyciszyć się i w podtekście przygotować do małżeństwa i do osiadłego trybu życia – już do końca życia w jednym miejscu, przy boku męża. Jako, że jest rok 1907, Lucy nie może oczywiście podróżować sama, więc jako przyzwoitka zostaje jej przydzielona kuzynka Charlotte, stara panna, irytująca, zachowawcza, trochę przebiegła, przestrzegająca ściśle konwenansów. Panny przyjeżdżają do pensjonatu i okazuje się, że niestety nie dostały pokojów z widokiem na Włochy, jakie obiecywała im właścicielka. To stawia pod znakiem zapytania powodzenie całej wyprawy. Jednakże w jadalni poznają Emersonów – ojca i syna, którzy proponują zamianę. Kobiety wahają się, ponieważ przyjęcie propozycji, oznaczałoby zaciągnięcie długu wobec mężczyzn. Poza tym panowie nie mają dobrej opinii w towarzystwie – uchodzą za takich, którzy mówią to, co myślą, a to wyklucza ich z kręgu przyzwoitych ludzi!!! Lucy i Charlotte, poparte przez księdza odpoczywającego również w pensjonacie, przyjmują propozycję. Pokój z widokiem należy do nich. No i mają teraz dług….
To powieść o łamaniu konwenansów, o tym, że trzeba żyć swoim życiem, że do szczęścia trzeba dążyć nawet kosztem poparcia społecznego, co brzmi może śmiesznie w tych czasach, ale w roku 1907 było rzeczą niezwykle ważną.
Forster pisze w specyficzny sposób. Ma się wrażenie, iż stoi obok, że jest jednym z gości włoskiego pensjonatu, który obserwuje towarzystwo i komentuje jego poczynania, a także nieco naśmiewa się z Lucy, niedoświadczonej i śmiesznej w tym, że „przywykła, że jej myśli są potwierdzane, albo przynajmniej odrzucane przez innych. To było okropne: nie wiedzieć, czy myśli prawidłowo, czy nie.” (s.56)
Pięknie się czytająca historia na zimowe wieczory, która zachwyca zdaniami perełkami i rytmem słów.
Zaczęłam się zastanawiać dlaczego wciąż, niezmiennie sięgamy po klasykę, dlaczego wciąż na nowo wydaje się „Pokój z widokiem”, Jane Austen i „Wichrowe wzgórza”… Po pierwsze dlatego, że dzisiaj takie historie już się nie zdarzają, albo zdarzają się zupełnie inaczej. Dlatego, że w inny sposób traktuje się tam kobiety – owszem, konwencjonalnie, ale z szacunkiem! No i myślę, że najważniejszy powód, to język właśnie… To zdania wycyzelowane, okrągłe, piękne i poprawne, bez wulgaryzmów, bez przekleństw, po prostu takie, jakie chciałoby się słyszeć na co dzień. Taka ojczyzna – polszczyzna, angielszczyzna, francuszczyzna…

Moja ocena: 5,5/6

SAMÓBJCY TEŻ LUDZIE


„TAMTEN ŚWIAT SAMOBÓJCÓW”
USA, WIELKA BRYTANIA 2006
SC. Goran Dukić (na podstawie opowiadania Etaga Kereta „Kolonie Knellera”)
REŻ. Goran Dukić
ZDJ. Vanja Cernjul
MUZ. Bobby Johnston
WYST. Patrick Fugit (Zia), Shannyn Sossamon (Mikal), Shea Whigham (Eugene)

Film powstał na podstawie noweli „Kolonie Knellera” Edgara Kereta. Zbiór opowiadań z tym właśnie tytułem był moim pierwszym zetknięciem z izraelskim pisarzem. Z miejsca się zakochałam! Świat, który kreuje jest niesamowity, fantastyczny i bardzo bardzo wciągający.
Niedawno się dowiedziałam, że na podstawie tytułowego opowiadania jest film. Rafał, kolega z pracy, który ma podobny gust filmowy do mojego, pożyczył mi „Tamten świat samobójców” i przedwczoraj w nocy obejrzałam.
Wiadomo, jak to jest z ekranizacjami… Dlatego trochę się obawiałam. Tym bardziej się obawiałam, że mój zachwyt jeśli chodzi o książkę, nie miał końca. Ale moją złotą zasadą jest odczekać przynajmniej pół roku, zanim ekranizację obejrzę. Kereta czytałam na początku 2009, więc na szczęście nie miałam świeżo w pamięci opowiadania.
Ale film nie rozczarowuje. Dosyć wiernie oddaje historię przedstawioną w książce.
Zia ( w książce nazywał się Chaim) popełnia samobójstwo. Nie jest wyjaśnione, co mu w życiu tak bardzo dało w kość, że postanowił się z nim rozstać. A co się dzieje po śmierci? Dokładnie to samo… Zia pracuje w pizzerii, mieszka w wynajętym pokoju ze współlokatorem, wspomina swoją ziemską miłość Desiree, chadza do baru, gdzie zajmuje się podrywaniem dziewczyn i zabawą w przepowiadanie kto w jaki sposób opuścił świat żywych. Poznaje tam Eugene’a, który staje się jego najlepszym przyjacielem. Przez przypadek dowiaduje się, że Desiree również popełniła samobójstwo i że jest gdzieś blisko, tuż tuż… Zia namawia Eugene’a, żeby wziął swój zdezelowany samochód i pojechał z nim w nieznane po to, by szukać ukochanej. Po drodze przyłącza się do nich Mikal, która twierdzi, ze trafiła do świat samobójców przez pomyłkę i że szuka Kierownictwa, aby się z tego świata wydostać…

To film drogi.
Za filmy drogi uznaję takie, gdzie droga i to, co dzieje się „po drodze” jest ważniejsze niż to, do czego bohater dąży. I tak moim zdaniem jest tutaj. Najpiękniejsze sceny dzieją się właśnie w samochodzie i w namiocie, w przydrożnych barach i warsztacie samochodowym. Każda scena jest niezwykłą, a film ogląda się z zachwytem dla jego zdjęć, klimatu i muzyki. Zdaję sobie sprawę, że dlatego, iż jest to film surrealistyczny nie każdemu się spodoba. Tak jak nie każdemu spodoba się świat i proza Kereta. Ale na mnie zrobił wrażenie. Mimo, iż fabuła była bardzo podobna do książkowej, potrafiłam oglądać film jako samodzielny twór, zachwycać się i uśmiechać. No i Shannyn Sossamon – przepiękna po prostu!!!! Świetna rola, cudna postać, nonkonformistka i buntowniczka o wielkich oczach, które fantastycznie odbijają niebo.

Moja ocena: 5,5/6

PS Czepiać się czy nie??? No ale nie mogę sobie odmówić: „WRISTCUTTERS – A LOVE STORY” – taki jest tytuł oryginału… Wspomniany Rafał stwierdził, że słowo „wristcutters” jest nieprzetłumaczalne… Być może, ale „Tamten świat samobójców”? No nie… Tłumacze! Trochę więcej inwencji….

piątek, 29 stycznia 2010

ŁZAWNICA= PUDEŁKO NA ŁZY


REBECCA WELLS
„BOSKIE SEKRETY SIOSTRZANEGO STOWARZYSZENIA YA-YA”
(TŁ.ALDONA MOŻDŻYŃSKA)
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2000

„Uroczyście przysięgam być lojalną wobec mych sióstr Ya-Ya, kochać je, opiekować się nimi i być nimi na dobre i na złe, dopóki nie wydam z siebie ostatniego tchnienia…”
(s.88)
Sióstr Ya-Ya jest cztery – Vivi, Necie, Caro i Teensy. Ta przysięga, zabarwiona na czerwono braterstwem (a właściwie chyba siostrzanością) krwi, miała miejsce, kiedy miały po kilka lat. Ciemną nocą w lesie nad jeziorem w Luizjanie.
Trzeba przyznać, ze siostry Ya-Ya słowa dotrzymały…
Ta książka jest przesiąknięta kobiecością, taką dobrą i taką złą.
Opowiada tak naprawdę o trzech pokoleniach kobiet. O Buggy i Genevieve – matkach sióstr Ya-Ya, o czterech kobietach, które jako dziewczynki stały się jednym i o Siddzie, córce Vivi. To zaklęty krąg, w którym jedna kobieta oddziałuje na drugą, poprzez krew śle jej swoje sukcesy i uśmiechy, ale także poprzez krew oddaje jej swoje wady, swoje błędy i swoje strachy. Wszystko boją się aligatorów. A aligatorem może być wszystko – zazdrość matki o własną córkę wobec ojca, metalowa klamra paska, która pozostawia bliznę na plecach do końca życia, alkohol, samotność, śmierć, woja, która tez gdzieś w tle jest obecna i niemożność kochania najwspanialszego mężczyzny, jakiego się spotkało…
Historia zaczyna się od Siddy. Odniosła sukces jako reżyser brodwayowskiej sztuki teatralnej. W wywiadzie dla „New York Timesa”, omamiona przez dziennikarkę, opowiada jej o swoim trudnym dzieciństwie, o tym, ze matka ją biła. Sprowadza tym na siebie gniew matki i pozostałych trzech przyjaciółek – lojalnych wobec Vivi. Życie Siddy zaczyna się sypać, wstrzymuje ślub ze swoim ukochanym i ucieka do domku nad jeziorem, by tam pomyśleć o swoim życiu. Matka pożycza jej album, w którym skrywane są boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya… Wycinki z gazet, bilety, pocztówki, zdjęcia, nawet skorupki orzechów. Sidda jest sama z tym ogromem przeszłości, nie umie czytać znaków, nie wie, na co patrzeć, będzie musiała poprosić matkę o pomoc, po raz pierwszy życiu…
Na tę książkę trafiłam dzięki wyzwaniu południowemu. To książka przesiąknięta duchem południa. Jest poruszony problem rasizmu, ale akurat Ya-Ya występują w obronie czarnoskórych. Widzą w nich ludzi, a nie kolory skóry.
Występuje patriotyzm lokalny, który mam wrażenie bardzo cechuje małe miasteczka amerykańskiego południa.

No i silnie zaakcentowany wątek religijny.
I to co już w trzeciej książce o Południu uderza mnie jak obuchem w głowę – Czarna Madonna. Czarna Matka Boska była już w „Zabić drozda” i w „Sekretnym życiu pszczół” (które też chcę sobie przypomnieć). I muszę tu powiedzieć o swoim skojarzeniu. Jakiś czas temu, może z pół roku, czytała „Chatę” Williama P. Younga. Jest to książka o widzeniu Boga, o tym skąd na ziemi cierpienie i o tym jak mamy wierzyć. I tam Bóg Ojciec był przedstawiony jako jako gruba czarna! służąca. I od razu pomyślałam sobie o dwóch rzeczach – po pierwsze, że wymyka się wyobrażeniom ludzkim, że nie jest wcale siwym starcem z brodą, że Bóg to POJĘCIE… ale jeśli to ma w jakiś sposób pomóc człowiekowi, to może przybrać każdą postać… I myślę, że w tych południowych wizerunkach Maryi chodzi o to samo, o poczucie przynależności.

A kwintesencją „południowości” dla mnie jest ustęp o werandach:

"Leniwe popołudnie z mrożoną herbatą. Ya-Ya nigdzie się nie wybierają. Leżą sobie na bocznej werandzie w cieniu dębów. Niemcy lada chwila dotrą do Stalingradu, komory gazowe SA już prawie gotowe, a Ya-Ya jeszcze chodzą do szkoły średniej, ich światem jest ich życie na werandzie. Są rozleniwione. To odpoczynek. To radość. (…) Te dziewczynki z werandy nie mają pojęcia, że będą tak się rozkładać na tej kanapie, aż ciężar ich dojrzewających ciał zrobi zagłębienia w poduszkach. Nie mają pojęcia, kiedy się z niej podniosą. Nie planują, co wydarzy się potem. Znają tylko swe ciała, które usiłują ochładzać. Wiedzą tylko, ze najchłodniejsze miejsce, jakie mogą znaleźć, jest pod wiatrakiem.


Wtedy werandy i czas spędzony n nich były dla ludzi czyś oczywistym. Każdy miał werandę; nie było w tym nic szczególnego. To pomieszczenie na zewnątrz znajduje się w połowie drogi pomiędzy światem ulicy i światem domu. Jeżeli weranda otaczała dom ze wszystkich stron, jak u Abbotów, wówczas istniały różne światy od frontu, z boku i z tyłu. Jeżeli położyłeś się na werandzie z boku domu(…) to znajdowałeś się w prywatnym, wygodnym odosobnieniu. To na bocznej werandzie Ya-Ya siedziały w papilotach na włosach, kiedy nie chciały machać do wszystkich przechodniów i gawędzić z nimi. Tam wzdychały, tam marzyły. Tam wylegiwały się godzinami, kontemplując swoje pępki, pocąc się, drzemiąc, odganiając muchy, dzieląc się sekretami – tam, w tej gorącej, mokrej dziewczęcej zupie. A wieczorem, kiedy słońce zachodziło, a przy kameliach zapalały się robaczki świętojańskie, nimb światłą wywoływał u Ya-Ya jeszcze głębszą zadumę. Zadumę, która została w ich ciałach nawet, gdy już dorosły.
Kiedy po latach ludzie spotykali je z dziećmi wspartymi na biodrach(…) wyczuwało się, że te kobiety łączy sekretna laguna wiedzy. Tajemne szyfry, doświadczenia i język, biorące początek z tych płynnych czasów, zanim klimatyzacja wysuszyła bogatą, ciężką wilgoć, jaka wisiała nad werandami Luizjany, nasączającą bawełniane bluzki, kiedy kropelki potu spływały po skórze, każąc ludziom zwolnić tempo, a świat wtapiał się w nich nieśpiesznie. Gęsty gulasz z życia sączący się w samą krew, ekscentryczne, rozmarzone myśli drzemiące w środku. Myśli, które nie pojawiły się już nigdy więcej po zamknięciu werand, po wprowadzeniu kontroli klimatu, po szczelnym zasłonięciu wszystkich okien i po zagłuszeniu odgłosów okolicy przez zgiełk telewizorów.”
(s.95)

Urzekł mnie ten fragment, zaczarował i dlatego przytoczyłam go tutaj, choć jest dość długi.

Podsumowując - to piękna książka o sile kobiet, ale i o tym, że by być silną, kobieta zawsze potrzebuje drugiej kobiety.

Moja ocena: 5/6

wtorek, 26 stycznia 2010

MAŁA DOROSŁA


RAYMOND QUENEAU
„ZAZI W METRZE”
(TŁ. MARYNA OCHAB)
PIW, WARSZAWA 2005

(s.18-19)
- Ja będę chodzić do szkoły do sześćdziesiątki – oświadcza zdecydowanie Zazi.
- Jak to do sześćdziesiątki? – pyta Gabriel cokolwiek zdziwiony.
- A tak. Chcę być nauczycielką.
- To nie jest zły zawód – mówi łagodnie Marcelina. – I dostaje się emeryturę. (…)
- Mam gdzieś emeryturę – mówi Zazi. – Nie po to chce być nauczycielką, żeby dostać emeryturę.
- No oczywiście, że nie po to, domyślamy się – mówi Gabriel.(…) - No to dlaczego chcesz zostać nauczycielką?
- Żeby dopieprzyć gnojkom – odpowiada Zazi. – Tym, którzy będą w moim wieku za dziesięć lat, za dwadzieścia, za pięćdziesiąt, za sto i za tysiąc. A niech się zesrają!
- No, no – mówi Gabriel.
- Będę się nad nimi pastwić. Każę im lizać podłogę. Każe im zeżreć gąbkę do tablicy. Wpakuje im ekierkę w tyłek. Będę ich kopać w dupę. Bo będę nosić botki. W zimie. O, takie długie (gest). Z ostrogami, żeby ich dźgać w zadek.
- Wiesz co – mówi spokojnie Gabriel – sądząc po tym, co piszą w gazetach, dzisiejsza oświata zmierza w zupełnie innym kierunku. Wręcz w przeciwnym: łagodność, wyrozumiałość i życzliwość, ot co. (…)
- Zresztą – podejmuje Gabriel – za dwadzieścia lat nie będzie nauczycielek. Zastąpi je kino, telewizja, elektronika, te rzeczy. (…)
Zazi przez chwilę wyobraża sobie te przyszłość.
-W takim razie zostanę astronautą – oświadcza.
- No właśnie – Gabriel kiwa głową z aprobatą. – Trzeba kroczyć z postępem.
- Tak, będę astronautą, żeby dopieprzyć Marsjanom.

To właśnie mała Zazi… Mała, chociaż tak naprawdę w książce nie określono ile ma lat. A zachowuje się czasami jak dziecko, niesforne, niegrzeczne i zdecydowanie nadużywające zwrotu „Mam to gdzieś”, a czasami jak dorosła, w pełni świadoma życia kobieta.
Niemniej jednak wymaga opieki – jej matka, chcąc spędzić romantyczny weekend w Paryżu ze swoim nowym mężczyzną, podrzuca Zazi na dwa dni swojemu bratu Gabrielowi. Gabriel jest tancerzem w gejowskim klubie, gdzie odtwarza jednoosobowo „Jezioro łabędzie”. Odbiera siostrzenicę z dworca, przywozi ją do domu i idzie spać (prowadzi raczej nocny tryb życia), a znudzona mała Zazi wybiera się na podbój Paryża. Spotyka coraz to nowe osoby, które są dziwnymi przewodnikami w świecie absurdów. Wdowa, zakochująca się w każdym napotkanym mężczyźnie, policjant udający stręczyciela, barman z papugą Zieleniną, powtarzając w kółko zdanie: „Gadasz, gadasz, tylko to potrafisz”, wycieczka zagranicznych turystów… i kilku innych osobników.

Queneau to jeden z prekursorów francuskiego modernizmu, zafascynowany potoczną francuszczyzną (argotem), co bardzo mocno w książce się uwidacznia. Bawi się stylami i konwencjami, bawi się słowem i jego głębią, widać, ze kocha język. Są tam zdania , które mnie ubawiły i zachwyciły typu:
(s.22)
Nie wolno być aż tak nieinteligentnym!
albo
(s.29)
Turandot nie odpowiada. Włącza mała tiwi, którą ma pod czaszką, żeby w swoich prywatnych wiadomościach raz jeszcze obejrzeć przeżytą scenę: o włos nie wszedł przez nią jeśli nie do historii, to do kroniki wypadków.
Ale najwięcej chyba w „Zazi…” jest surrealizmu. Najpierw zachwycającego, a potem coraz bardziej duszącego. Początkowo książkę czytało mi się świetnie, bawiłam się dobrze razem z Zazi, ale potem styl, absurd i nierealistyczne postacie zaczęły mnie męczyć. Przestałam się uśmiechać i zaczęłam nerwowo liczyć strony, jakie pozostały mi do końca. Zazi zresztą też na koniec książki zasypia – jest zmęczona i znużona całym dniem.
Ciekawa jestem ekranizacji. Plakat filmu jest rewelacyjny.

Może obejrzę, ale dopiero za jakiś czas. Jeśli tak - powiem, która Zazi wywołała więcej uśmiechów.

Moja ocena:3,5/6

poniedziałek, 25 stycznia 2010

ODKRYŁAM SEKRET


JODI PICOULT
„PRZEMIANA”
(TŁ.KATARZYNA KASTERKA)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2010


No więc zgadzam się z Aerien , która wczoraj recenzowała „Przemianę” – w stu procentach.
Z tym, że mi akurat przy czytaniu najnowszej książki Picoult od razu na myśl przyszła książka „Zielona mila”. Czytałam Kinga, zachwycona byłam, zryczałam się i dech mi zapierało. A film nie zrobił na mnie wrażenia, ponieważ obejrzałam go tuż po przeczytaniu książki. Być może to był właśnie ten błąd. Postacie żyły i tańczyły jeszcze we mnie, a zostały brutalnie stłamszone choćby przez Toma Hanks’a, który nijak mi nie chodził po głowie podczas lektury.
W każdym razie zgadzam się z Aerien, że cały wątek więzienny u Picoult jest wtórny i King mógłby się pokusić o proces za łamanie praw autorskich.
Bo rzecz cała jest o tym, że Shaw, osadzony z celi śmierci, zabił Kurta i Elizabeth - męża i córeczkę June. Z premedytacją. Kurt stanął w obronie molestowanej przez Shaya pasierbicy (Elizabeth nie była jego córką – Kurt jest już drugim tragicznie zmarłym mężem June). I obydwoje zginęli. Książka zaczyna się od sprawy sądowej, na której zapada wyrok śmierci dla Shaya. A Shaw osadzony w celi śmierci czyni cuda i wieszczy gnostycznymi tekstami.
June ma też drugą córeczkę, która nie poznała siostry i ojca, ponieważ zostali pozbawieni życia jeszcze przed jej narodzeniem. A Claire z kolei jest chora na serce i potrzebuje przeszczepu…
I tu znów pewna ukryta wtórność. Jeśli ktoś ogląda serial „Chirurdzy” i widział odcinki 12 i 13 sezonu 5, to już będzie wiedział, o czym książka Picoult jest. W polskiej telewizji emitowane były stosunkowo niedawno, a że zrobiły na mnie wtedy ogromne wrażenie, miałam je mocno osadzone w pamięci. I czytając „Przemianę” pomyślałam – oj, Jodi chyba też ogląda ten serial…
A poza tym już od początku dokładnie wiedziałam co się stanie. Jeśli ktoś jeszcze nie zna książek Picoult ma szansę, że zakończenie go zaskoczy. Mnie w ogóle. Dokonałam odkrycia, że chyba już nie mogę czytać jej książek. Chyba zaczęłam doskonale poruszać się w jej misternych sieciach i wiem, jakim tropem pójdzie. I dokonałam odkrycia, że jej książki przestały mnie zachwycać odkąd Prószyński zaczął je wydawać w małych formatach – czyżby mniejsze duchem były?
Owszem książkę czyta się jak zawsze dobrze, jak zawsze jest zajmująca. To trochę traktat religijny, trochę głos w sprawie kary śmierci. Jak zwykle dużo szczegółów i parę naprawdę rewelacyjnych fragmentów dotyczących religijności, wiary, kościoła – momentami bardzo kontrowersyjne, ale mnie przypadły do gustu.
Zakończenie kiczowate strasznie!
No i coś, do czego trochę się przyczepię się znów – tytuł. Po polsku „Przemiana”, a po angielsku „Change of heart”, który w tym wypadku jest tak wieloznaczny – odnosi się do płaszczyzny medycznej, religijnej oraz do losów bohaterów, do ich zmian, decyzji, dojrzewania… Słowo przemiana nie oddaje tego, co niesie za sobą oryginalny tytuł.

Moja ocena: 4/6
(przede wszystkim za te wątki religijne no i mimo wszystko jest to tytuł dobry i jeśli ktoś nie zna Picoult uważam, że może się mu spodobać jej pisanie. Ale jeśli ktoś zna – Jodi uważam, że stać Cię na dużo więcej!!!)

niedziela, 24 stycznia 2010

W OKU AGLAJI


AGLAJA VETERANYI
„DLACZEGO DZIECKO GOTUJE SIĘ W MAMAŁYDZE”
(TŁ. ALICJA ROSENAU)
WYDAWNICTWO CZARNE, WOŁOWIEC 2003

O tej książce dużo czytałam i bardzo chciałam ją samą przeczytać, ale to nie takie proste, bowiem nakład już jakiś czas temu się wyczerpał, w bibliotekach jest rozchwytywana, więc ciężko ją dostać. Ale ja znalazłam ją na Allegro na aukcji Outlet Wydawnictwa Czarne, gdzie idzie jak przysłowiowe świeże bułeczki.

To książka niezwykła…
To trochę zapis myśli, trochę pamiętnik, trochę wołanie o pomoc, trochę poezja, trochę brutalna dosadna proza, trochę makabreska, groteska, a trochę dramat.
Aglaja Veteranyi urodziła się w Bukareszcie w rodzinie cyrkowców. Jej ojciec była klaunem, a matka akrobatką. Rodzina uciekła z Rumunii i otrzymała status uchodźców. Aglaja razem z siostrą żyły w cyrku. Już jako trzylatka dziewczynka występowała przed publicznością, popisując się sztuką żonglerską. Ale nie umiała czytać i pisać, nauczyła się tego dopiero jako kilkunastoletnia dziewczyna w szkole z internatem.
I o tym właśnie jest „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze”. O małej, zagubionej dziewczynce, która rozumie lepiej cyrk, niż całą resztę świata, o dziewczynce, która obsesyjnie myśli o śmierci swojej matki, bojąc się tego i słuchając opowieści siostry o tym, jak dziecko gotuje się w mamałydze, po to, by bać się czegoś jeszcze mocniej i by przepędzić strach o matkę.
Ale to nie jest zwykła autobiografia.
To poemat o samej sobie, o lękach i potworach.
Czasami na jednej stronie pojawia się tylko jedno zdanie, ale może to być zdanie w rodzaju: „ŚNI MI SIĘ, ŻE MOJA MAMA UMIERA. ZOSTAWIA MI PUDEŁKO Z BICIEM SWEGO SERCA.” (s.93)

Tę książkę trzeba czytać z ulubionym brązowym długopisem w ręku, albo z niebieską kredką. I podkreślać zdania-perły, a potem połykać je i niech nam zostają w duszy na zawsze. Tym bardziej, ze puste przestrzenie, które pozostawia Aglaja, pisząc czasem jedna zdanie na stronę, są jakby zaproszeniem do tworzenia tej książki razem z nią, do dopisania własnych przemyśleń, analizy, albo zachwytu.
Zgadzam się z Dorotą Masłowską, która powiedziała o twórczości Veteranyi w „Wysokich obcasach”: „Ja jestem wrażliwa i podatna na tego typu dziwne książki, które zmieniają sposób myślenia. Potem myśli się takimi rzadkimi rozstrzelonymi zdaniami. Albo dużymi literami. Jak w zeszytach z podstawówki.” (z okładki książki)

Ukazały się jeszcze dwie książki autorstwa Aglaji: Regał ostatnich tchnień, Uprzątnięte morze, wynajęte skarpety i pani Masło, a także książka złożona ze zdjęć, notatek, pocztówek, wywiadów zebranych przez Katarzynę Leszczyńską Kto znajduje, źle szukał.
[Na pewno będę chciała przeżyć wszystkie – przeczytać to za małe słowo.]

Niestety Aglaja nic już nie napisze. Nocą z 2 na 3 lutego 2002 popełniła samobójstwo. Chorowała na depresję, miała obsesję swojego ciała – bała się luster, bo wydawało jej się, że starzeje się niemal z minuty na minutę.
I pewnie to wszystko gdzieś się łączy, pewnie cyrkowe sztuki wyssały z niej życie. A co by było gdyby nie zastanawiała się „JAK PACHNIE BÓG?” (s.11), ale może gdyby była zdrowa, nie pisałaby w ten fantastyczny, metaforyczny, zjawiskowy sposób.

Moja ocena: 6/6

sobota, 23 stycznia 2010

BUT W JASKINI


CAMILLA WAY
„OFIARY LATA”
(TŁ. BEATA MISIEK)
WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE, WROCŁAW 2008

- Wiesz o tym – powiedział ni stąd, ni zowąd Kyle – że gdyby dwoje ludzi trzymało się za ręce przez wiele lat, nigdy nie puszczając (nie musieliby jeść, chodzić do szkoły i tak dalej, tylko trzymaliby się przez cały czas za ręce) – ich skóra w końcu by się zrosła i połączyliby się na zawsze?
(s.41)

„Przed końcem tego lata troje z nas nie żyło” (s.9)
Tak zaczyna się ta niepozorna powieść. To zdanie przykuwa uwagę i nie pozwala odłożyć książki aż do samiutkiego końca. Kolejna noc, gdy do 2 nad ranem zgłębiałam losy bohaterów, bo nie mogłam nie poznać zakończenia. Nie mogłabym zasnąć.
Historia trzynastoletniej Anity nie jest prosta, łatwa i przyjemna. Anita straciła matkę, istotę, którą kochała najbardziej na świecie. Po jej śmierci cała rodzina przeprowadza się do ubogiej dzielnicy Londynu, żeby tam rozpocząć nowe życie. Jest końcówka roku szkolnego. W szkole są już zacieśnione kręgi znajomych, a do tego Anita jest pochodzenie arabskiego, więc nie łatwo jej znaleźć przyjaciół. Jedyne wolne miejsce w klasie jest obok Denisa – zostaje przydzielone Anicie. Denis jest trochę opóźniony w rozwoju, ma problemy z nauką, co oczywiście również nie przysparza mu wielu znajomości. Ale Denis ma jednego przyjaciela Kyle’a.
Kyle również jest nieakceptowany. Jest wybuchowy, małomówny, cechują go niepohamowane wybuchy agresji. Otoczenie tłumaczy sobie jednak jego zachowanie faktem, iż kilka lat wcześniej zaginęła jego młodsza siostra, a cała rodzina posypała się bez niej jak przysłowiowy domek z kart.
Cała trójka, właściwie chcąc nie chcąc, zaprzyjaźnia się ze sobą. Całe lato przed nimi. Włóczą się po ulicach Londynu, chodzą nad rzekę i wciąż próbują odnaleźć jaskinie piaskowe, które są wielką pasją Kyle’a. (Wciąż myślałam o symbolice jaskiń, kiedy czytałam tę książkę, o schodzeniu pod ziemię, o tym, że Denis bardzo bał się wszelkich przejść podziemnych i dlaczego mogło się tak dziać.)
No ale już wiemy, że troje z nich…
Historia jest opowiedziana przez Anitę, jest to zapis sesji terapeutycznych z doktorem (prawdopodobnie z psychologiem). Anita z perspektywy czasu (minęło siedem lat) opowiada o tym lepkim, gorącym lecie, próbując dociec co się tak naprawdę stało i dlaczego. My dowiadujemy się o tym dość szybko. Ale lektura nie staje się przez to ani trochę mniej atrakcyjna. (ja nie powiem, bo warto samemu zajrzeć na strony tej książki).
To książka psychologiczna. Czytając ją wciąż miałam w pamięci „Musimy porozmawiać o Kevinie”, którą czytałam jakiś rok temu.
Ale jest to też kryminał z bardzo dobrym, mocnym zakończeniem.
Język mnie po prostu uwiódł. To połączenie pospolitego, momentami wręcz rynsztokowego słownictwa, z pięknymi poetyckimi zdaniami, jakby wyciągniętymi z tomu z bajkami. To pewnie dlatego, że w głowie trzynastolatki faktycznie może znajdować się taki zlepek poezji z prozą.
Polecam, jako dobry kawałek literatury z elementem zaskoczenia.

Moja ocena: 5/6

[Jedno małe ale: Ostatnie zdanie książki agent Kamilli Way powinien wykreślić (może po prostu zapomniał a potem było już za późno?). Ociera się o kicz – nie pasuje i dla mnie jest jak dodane na siłę, żeby złagodzić wydźwięk całej książki.]