czwartek, 29 listopada 2012

I JESZCZE JEDNO ZAPROSZENIE

Dziś mija dwa miesiące od chwili, gdy moje oczy po raz pierwszy ujrzały Majkę - moją Córkę.
Z tej okazji postanowiłam założyć dla Niej bloga - o książkach dla Dzieci, o Dzieciach...
O Niej, o Nas...
Zapraszam, bo literatura dziecięca jest nawet piękniejsza od tej Naszej, dorosłej...





KONKURS W PRÓSZYŃSKIM

Przyznam, że mam ochotę na czytnik e-booków, przydatny głownie na wyjazdy, gdy stoję zawsze przed półeczką i piętnaście razy przekładam, odkładam, wkładam do torby i wyjmuję książki.
Przyznam też, że w domowym zaciszu wolę papier, dotykanie gładkiej albo szorstkiej faktury, ilustracje, któe wychodzą do mnie z kartek, szelest, zapach...
Ale nie pogardziłabym wygraną w konkursie...



Wymyśl nazwę nowej kryminalnej serii i wygraj czytnik ebooków!

Powieść „Tutto bene” Manuli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego rozpoczyna nowy cykl kryminałów obyczajowych Prószyńskiego i S-ki. Zaproponuj nazwę dla tej serii, a w nagrodę możesz otrzymać kultowy czytnik ebooków - Amazon Kindle 4!

Rozpisana z temperamentem intryga, soczyste tło obyczajowe i lekkość pióra to znaki rozpoznawcze książek, które będą się w tej serii ukazywać. Jej symbolem jest ślad po kuli, która przestrzeliła książkę. Zaproponuj nazwę nowej serii kryminałów Prószyńskiego i S-ki, a w nagrodę możesz stać się posiadaczem czytnika ebooków Amazon Kindle 4 i egzemplarzy książki „Tutto bene”.

Aby wziąć udział w konkursie należy zapoznać się z jego regulaminem i do 10 grudnia na adres: redaktor@proszynski.pl przesłać swoją propozycję nazwy serii. W treści maila należy podać swoje imię i nazwisko oraz adres mailowy, a w temacie wiadomości hasło: Tutto bene.

Spośród nadesłanych propozycji organizator wybierze 3 najciekawsze, a zwycięzcę wyłonią Internauci w ankiecie na fanpage’u Prószyńskiego i S-ki: www.facebook.com/Proszynski.
Nagroda główna:
Czytnik ebooków Amazon Kindle 4

Wyróżnienia:
10 egzemplarzy książki „Tutto bene

Szczegóły i regulamin konkursu dostępne na stronie: www.proszynski.pl

poniedziałek, 26 listopada 2012

...A JA SŁONIE DARZĘ UWIELBIENIEM (SŁOŃ JAKO ISTOTA PROZY MURAKAMIEGO)


HARUKI MURAKAMI
„ZNIKNIĘCIE SŁONIA”
(TŁ. ANNA ZIELIŃSKA-ELLIOTT)
MUZA SA, WARSZAWA 2012

Czy znacie to uczucie, gdy macie słonia na własność? Jest tak nieprawdopodobny, że wierzycie w jego „na-zawsze-z-wami-bycie”. I nagle słoń znika. Słonia niestety nie ma. To tak, jakby w pokoju, do którego wchodzi się po wieczornej kąpieli, by zażyć trochę snu, w miejscu łóżka znaleźć dziurę. Coś boli. A moim słoniem była proza Murakamiego... Nie myślałam, że kiedykolwiek napiszę o nim coś, co nie jest poematem pochwalnym. Nie myślałam, że zamknę książkę jego autorstwa z jakimś poczuciem ulgi i dziwnego zażenowania. Nie myślałam, że nie uśmiechnę się z zachwytem nad czymś, co wyszło spod jego pióra.
A tymczasem czytając „Zniknięcie słonia” czułam w sobie coraz większą pustkę. Taką, w której zmieściłyby się nawet dwa łóżka, albo trzy...
Miałam ochotę włożyć głowę do tej książki jak do studni i krzyczeć w jej czeluść „Murakami, gdzie jesteś?”.
Te opowiadania to w większości tłumaczenia ze zbiorów dzieł Murakamiego, które wyszły w latach 1979-1989. I tu pomyślałam po raz kolejny w swoim życiu, że lepiej jest poznawać wszystko od początku do końca, a nie w odwrotnym kierunku. Bo znając najpierw „TV People” (jak bardzo przypomnieli mi się ludzie z „IQ84” - jakby TV People byli jakąś niedoskonałą ich wersją, którą Murakami musiał zmiękczyć i przerobić na wersję doskoalszą, bardziej przerażającą, mroczniejszą...), „Komunikat kangura” i „Milczenie” widziałabym, jak Murakami się rozwija – jak kwiat. No i nikt nagle nie zabrałby mi słonia -wręcz przeciwnie, czułabym się pewnie, jakbym miała dwa...
Brakowało mi tej nonszalancji, z jaką Murakami biega po światach równoległych. Tego poczucia absurdu tak wielkiego, że wzrusza się ramionami i przyjmuje Little People, Człowieka-Owcę i skręcającą windę za coś oczywistego. Za coś, co dzieje się za ścianą.
Ten zbiorek to dla mnie jakieś szkice, z których potem można rozbudować inne światy. Jakieś wprawki, na których można dorysować kilka gałęzi. Coś, co pisze się na serwetce w kawiarni w oczekiwaniu na swoje latte, ot tak, dla wprawy, dla zapamiętania, po to, by potem napisać kilka dzieł genialnych i by można te serwetki pozbierać i wydać, gdy się będzie już sławnym.
Nie przekonał mnie młody mężczyzna, koszący trawniki w „Ostatnim trawniku popołudnia”, nie zadziwiła opowieść o rozstaniu rodziców w „Lederhosen”, rozczarowało zakończenie w „Spaleniu stodoły”. W umiarkowanym stopniu chwycił mnie za serce facet, któremu przyśnił się tańczący karzeł – tu podmuch Murakamiego, którego kocham orzeźwił mi twarz. Trochę też przykuła moją uwagę para z „Ponownego napadu na piekarnię” - to małżeństwo, które w środku nocy zaczyna odczuwać ogromny głód. Nie mają nic do jedzenia w lodówce, więc wyruszają do miasta odczynić „głodową klątwę”. No i na szczęście ostatnie było opowiadanie tytułowe, które dało jakąś iskierkę, jakiś cień Harukiego na mojej ścianie, jakiś błysk jego oczu w ciemności: to historia mężczyzny, który w codziennej gazecie znajduje informację, że z miejskiego zoo zniknął słoń – stary i niezbyt już ruchliwy, wydostał się z łańcucha na nodze i z dobrze strzeżonej słoniarni. Co więcej, nie ma też człowieka, który słoniem się na co dzień zajmował. A bohaterowi coś nie daje spokoju, jakaś myśl, jakieś przeczucie... (a gdzieś w internecie znalazłam informację, że to opowiadanie było wystawiane nawet na deskach teatru – z chęcią zobaczyłabym tego słonia, którego już nie ma, bo zniknął...).
Mimo wszystko cieszę się, że przeczytałam ten zbiorek. Po pierwsze dlatego, że jestem zachłanna i nie potrafiłabym sobie wybaczyć ominięcia czegokolwiek, w czym maczał palce mój mistrz. A po drugie dlatego, że w każdym zniknięciu słonia jest przecież słoń. No i nadzieja, że kolejnym razem się znajdzie.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

sobota, 3 listopada 2012

GUINNESS W WERSJI DLA KOBIET


LUCYNA OLEJNICZAK
„JESTEM BLISKO”
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2012

Niedawno słuchałam w radiu rozmowy z Krzysztofem Kotowskim, polskim autorem kryminałów, który stwierdził, że czyta właściwie tylko książki naukowe i popularnonaukowe, ponieważ książki z cyklu – ktoś ginie, a na końcu ktoś na mówi dlaczego i kto go zabił, kompletnie go już nie pociągają. A chwilę później wpadła w moje ręce „Jestem blisko”. I od razu przypomniały mi się słowa Kotowskiego. Zasiadłam więc trochę sceptycznie nastawiona, choć lubię dobre kryminały.
I właściwie tę książkę połknęłam, bo czyta się ją tak, jak się zjeżdża z górki na sankach, szybko, łatwo i dość przyjemnie.
Lucyna i Tadeusz, sympatyczna, inteligentna i oczytana para pięćdziesiąt plus, jedzie do Irlandii w odwiedziny do przyjaciółki. Chcą pozwiedzać, pobuszować po zapomnianych irlandzkich cmentarzach, wziąć udział w Bloomsday czyli obchodach na cześć Joyce'a i jego „Ulissesa”, a wieczorami w irlandzkich pubach pić guinnessa i gadać, gadać, gadać. Plan wygląda pięknie i zaczyna się wszystko według planu – przyjaciółka Marta i jej córka Małgosia, opowiadają gościom historię dziewczyny, która niegdyś mieszkała w ich domu i została zabita przed odrzuconego zalotnika. Z tym, że zalotnik zaklinał się, iż tego nie zrobił, a dowody przeciwko niemu, które odnalazły w archiwach kobiety, są zbyt wątłe. Na podstawie nich został jednak stracony. Wszyscy postanawiają zając się tą sprawą i oczyścić chłopaka z zarzutów – mimo że pośmiertnie, postanawiają przywrócić honor jego imieniu. Jednak od pierwszej nocy Lucyna zasypiając słyszy głosy „guilty, guilty” - szepczą tajemnicze głosy...
Tymczasem Małgośka, która na dobre przejęła się sprawą, nagle znika. I trzeba szukać już nie tylko dowodów w obronie niesłusznie skazanego chłopaka sprzed kilkuset lat. Trzeba szukać jak najbardziej współcześnie zaginionej Małgośki.
Na okładce widnieje zachęcające „irlandzkie piwo, polski humor i kryminalna intryga”. Irlandzkie piwo – jest. Opisane tak sugestywnie, że miałam w ustach nadprodukcję śliny. A piwo to symbol. Bo wraz z nim idą runy, tajemnicze zjawy, banshee, które wyją nocami pod oknami, legendy, cmentarze i na tych cmentarzach celtyckie krzyże z charakterystycznym kołem. To była dla mnie kwintesencja tej książki, to, co w niej najważniejsze, co najbardziej ciekawiło.
Kryminał – nie do końca. Owszem jest intryga, są porywacze, jest śledztwo, jest nawet irlandzka policja, ale to raczej powieść obyczajowa.
Polski humor zaś wyszedł najgorzej – toporny, rubaszny, niski i dla mnie wcale nieśmieszny. Wiązał się głównie z Władysławem i Michaliną – starszym małżeństwem, przyjaciółmi Lucyny i Tadeusza, którzy przypadkiem też znaleźli się w Irlandii i przypadkiem też w tym samym mieście i przypadkiem też biorą udział w śledztwie. A przypadkiem Władysław ma nadprzyrodzone zdolności, posługuje się wahadełkiem i runami i twierdzi, że potrafi zorganizować seans spirytystyczny. A autorka bezlitośnie się z niego nabija, pozwala na to wszystkim innym i czyni go, oraz panią Michalinę i ich związek przerywnikiem i wykrzyknikiem, który ma nadać powieści nutkę uśmiechu. Mnie kąciki ust wykrzywiały się w zupełnie inną stronę - drgały raczej w nerwach i irytacji.
Nie mniej jednak w Irlandii Lucyny Olejniczak było całkiem przyjemnie. Lekko gorzkawo i lekko słodko – to jak pić guinnessa w wersji dla kobiet, z porzeczkowym sokiem. Smaczne.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]

wtorek, 23 października 2012

JAK SMAKUJE ZIEMIA?


KRISTIN KIMBALL
„BRUDNA ROBOTA. ZAPISKI O ŻYCIU NA WSI, JEDZENIU I MIŁOŚCI”
(TŁ.ALINA PATKOWSKA)
CZARNE, WOŁOWIEC 2012

Tak, to w pewnym sensie książka z serii „zmieniam całe swoje życie pod wpływem impulsu, wyjeżdżam na mała farmę/do małej winnicy/do innego państwa i tam doznaję cudu objawienia”.
Jest ona, Kristin – typowa Amerykanka z Nowego Jorku, która nie wie, czy jej piekarnik w ogóle działa, bo nigdy go nie używała, a jedną z półek w lodówce zajmuje książka telefoniczna. Posiłki jada głównie poza domem. Lubi ładne ciuchy i klimatyczne knajpki.
I jest on, Mark – przeciwieństwo nowojorczyka– farmer, który stwierdził, że aby było go stać na dobre jedzenie, musi je sam wyhodować. Mężczyzna, który nosi ciuchy raz na lewą stronę, a raz na prawą, żeby się zużywały równomiernie, który trzyma kłębek zużytej nici dentystycznej, bo może kiedyś będzie chciał zaszyć nią spodnie i który marzy o tym, by w przyszłości wytwarzać samemu szczoteczki do zębów z sierści dzika.
Spotkali się na farmie, na której pracował Mark – Kristin pojechała tam zrobić reportaż na jego temat. Spodziewała się sielankowego wiejskiego życia, z konikiem w tle. Tymczasem została od razu zagoniona do pracy, ubrudziła piękne, miejskie ubrania, sterała swój kręgosłup, nieprzyzwyczajony do pozycji, jakiej wymaga ziemia i przy okazji zakochała się w Marku, pracy i gospodarstwie.
I tak powstało wielkie marzenie – własna farma, z innowacyjnym systemem – wytwarzanie wszelkiej żywności potrzebnej człowiekowi do życia, ekologicznej, czystej, lokalnej i sezonowej, w którą zaopatrywaliby wszystkich chętnych, którzy zgodzą się złożyć zamówienia i zapłacić. Z jednej strony wielkie marzenie, ale z drugiej zaś ogromna połać ziemi, zaniedbana, nieuprawiana, z zaszczurzonymi budynkami, gołębiami, robiącymi na głowę i brak jakichkolwiek maszyn i zwierząt. Czysta karta, którą trzeba zapisać piórem większym od człowieka, trzymając je oburącz i na pewno nie samemu. Ale jak wiadomo, przy realizacji marzeń, człowieka napędza jakaś nieznana siła i determinacja, która graniczy z nadludzką mocą. Więc farmer, który chce zbudować dom bez użycia gwoździ i ma w sobie ogromne pokłady wiary w ludzi i dobrą wolę i nowojorska dziewczyna, która ma zapał, sterty podręczników na temat prowadzenia farmy i hodowli zwierząt oraz jedwabny sweter, stają na ziemi i czynią ją sobie poddaną.
Piszę, że to książka w pewnym sensie o cudownej przemianie, bo to książka, która nie ma w sobie właściwej takim pozycjom porcji lukru. Jest realizm. Jest pot. Znój. Sianokosy i łzy wylewane do mleka prosto od krowy. Są ucieczki zwierząt. Są klęski nieurodzaju. Są obawy. Lęki. A nie ma możliwości pójścia na obiad do domu bogatej ciotki jak Thoreau... Jest wóz albo przewóz, bo na koncie pozostało 50 dolarów i wszystko zależy od główek kapusty, sałaty, ziemniaków i serów.
Ta książka jest ziemista, w ciężkim brunatnym kolorze, pełna poranionych dłoni, rozprutych brzuchów krów i cierni w kopytach koni. Jest duszna zapachem kompostu, rozkładających się resztek roślin i wnętrzności zielonych gąsienic, wgniatanych w ziemię obutą stopą. Jest mięsista, krwista, nieładna. Jest prawdziwa do zdartych w ciężkiej pracy paznokciach.
Wynika to z faktu, iż „farma to manipulantka. Nie ma tu pojęcia 'gotowe'. (…) Presja, którą farma na ciebie wywiera i która zmusza cię do pracy, dopóki nie padniesz, sprowadza się do następującej zasady: musisz to zrobić już, bo inaczej jakaś żywa istota zwiędnie, będzie cierpieć lub umrze. W gruncie rzeczy jest to szantaż.” [s.150]
Ale ta opowieść pachnie też nieśmiało, acz nader intensywnie gorącą, nagrzaną słońcem ziemią. Zielonym groszkiem łuskanym wprost do otwartych ust, świeżą marchewką, wyjmowaną z ziemi, mlekiem i serem. I zwycięstwem. I miłością. Sprawiwa, że chce się zanurzyć dłonie w ziemi po nadgarstki, ubrudzić je czernią, za paznokciami zobaczyć maleńkie drobinki i kamyki. Sprawia, że na języku czuć wszystkie smaki mleka, o których pisze Kimball – te letnie i te zimowe, te, gdy krowa je trawę i te, gdy je siano, te od krów czarno-białych i te od rasy jersey... I chciałoby się nawet ubrudzić ulubiony sweter, byle tylko poczuć satysfakcję z własnych rąk, że są przydatne, ważne, nawet niezastąpione, byle tylko poczuć, jak naprawdę smakuje ziemia.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne]

środa, 17 października 2012

TRZY


MAŁGORZATA KALICIŃSKA, BASIA GRABOWSKA
„IRENA”
W.A.B., WARSZAWA 2012

Nie znoszę wyliczania bohaterów na okładkach. Tych wszystkich: dwie matki i jedno dziecko, dwóch mężczyzn i jedna kobieta, pięć domów i trzy sekrety, dwa koty i jeden pies. Dlatego zjeżyłam się, czytając na okładce „trzy kobiety, jedna tajemnica”... Ale muszę przyznać, że tutaj ta formułka sprawdza się doskonale. Bo to książka o tym magicznym zupełnie porozumieniu/nieporozumieniu, jakie może powstać tylko między kobietami. To coś, co je do siebie zbliża, ale też to, co sprawia, że odskakują od siebie znacznie dalej, niż na wyciągniecie dłoni. I potem trudno jest znów siebie dotknąć.
Tak daleko są teraz od siebie Jagoda i Dorota.
Matka/córka. Kobieta/kobieta. Każda to inne życie. Inny świat. Inny pogląd.
Dorota – troszkę szalona, rozedrgana, emocjonalnie na wierzchu, rozbiegana myślowo, życiowo, uczuciowo. Ma cudownego męża, początki menopauzy i problemy z pęcherzem, ma własną firmę, sprowadzającą z Indii biżuterię, ma talent kulinarny i ma wielką tajemnicę z przeszłości – maleńkiego Kubusia, synka wyczekanego, który umarł „śmiercią łóżeczkową”. Ma też córkę Jagusię, którą sprawiała sobie niejako na zastępstwo. Ale Jaga nie do końca spełniła oczekiwania, nie do końca wpasowała się w mit maleńkiej, różowej dziewczynki, śpiewającej, tańczącej i uśmiechającej się po aniołkowemu.
Jaga to niezależna młoda, korporacyjna lwica, która nie umie tańczyć, śpiewać ani rysować. Mieszka sama, jada sama, pracuje sama, zasypia sama. Od czasu do czasu uprawia seks z kolegą z pracy – po cichu, po znajomemu, według schematu, żeby zaspokoić żądzę. Nigdy nie zostają ze sobą na noc. Zawsze wraca do siebie i sama budzi się rano w łóżku. I mimo że spełnia się w swojej pracy, to spełnienie nie sięga poza mury korporacji. Nie do końca jeszcze zdaje sobie z tego sprawę, ale jest nieszczęśliwa. Nie potrafi określić, co ją cieszy, a w wolny dzień nie potrafi znaleźć sobie rozrywki, dzięki której będzie się śmiała do samego wnętrza. Jedynym pewnikiem w jej życiu jest to, że jakoś zawiodła matkę. Nie wie jak, jaka jest jej wina i czemu brak zasług, ale zdaje sobie sprawę, że „dla mojej ekologicznej Matki Poli(...) cała jestem fuj – ubłocony kociak, którego może i byś przytulił, ale się jednak boisz, że cię upaprze”. [s.166]
Miotają się, obijają o ściany, Kubuś wisi nad łóżkiem w postaci trzydziestu aniołków, po jednym na każdy rok nie-życia. Ale Jagna nie wie, co oznaczają aniołki, nie wie, że miała brata, że ktoś przed nią skradł matczyne serce i trzyma je zbyt kurczowo, żeby biło, jak należy.
Na włosku to się wszystko trzyma, ta rodzina. Tym włoskiem jest w dużej mierze
Irena. To przyszywana ciotka, mądra, zaradna, wspaniałą kobieta, która na samym początku książki traci męża. Od Felusia się zaczyna – Felusia już nie ma i można przestać udawać co nieco – Irena nie nabiera się na coś czego nie ma. A między matką i córką już od dawna nie ma „dobrze”.
Ujęła mnie ta książka, czasem rzucała mną o ściany, czasem się wkurzałam na język – zbyt współczesny, zbyt durnowaty, zbyt płaski, a czasem się uśmiechałam, a czasem płakałam. Ta książka jest „cała na wierzchu” - matka i córka żyją obok siebie, ale obok siebie tęsknią do oczyszczenia, do przytulenia, do miłości, do tego, by iść razem za rękę. Obok siebie wylewają łzy, tak, żeby jedna nie widziała, co myśli i czuje druga. Ale przed nami nie ukrywają ani kropelki. Wsiąkały we mnie te łzy, wsiąkały i nie pozostawałam obojętna. Nie umiałam się zdystansować, weszłam w tę powieść i nie myślałam przy jej czytaniu, a jedynie czułam - wszystkimi odsłoniętymi nerwami.
Ta zapowiedź o trzech kobietach pasuje też dlatego, że książkę napisał duet - Małgorzata Kalicińska wraz ze swoją córką Basią Grabowską. Nie wiem, jak ją pisały – czy każda po trochu, każda po cichu, każda osobno. W mojej wyobraźni Basia mówi Jagną, Małgorzata zaś pisze Dorotę. Przeplatają się ze sobą, plączą wręcz, czasem wszystko toczy się na oślep, po wariacku, nieprzemyślanie, jak w życiu. A czasem obgadują fabułę przy gołąbkach i serniku.
A Irena?
Irena jest taką kumulacją pragnień. Każdy chciałby mieć dla siebie, prywatnie zupełnie, taką Ireną. Kogoś najmądrzejszego, gdy samemu jest się głupim. Kogoś szorstkiego, ale miłującego. Kto przytuli, gdy będzie naprawdę potrzeba. Kogoś, kto zawsze ma radę – mądrą życiowo, doświadczalnie, przeżyciowo, a nie mądrością spomiędzy kartek encyklopedii. Taką babcię/ciocię, która zawsze jest. Nawet, gdy umiera jej ktoś najbliższy wiadomo, że można zapukać i powiedzieć wszystko to, co niewypowiedziane w czyjeś inne ucho. Każdy chciałaby wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto założy fałszywy gips na rękę, żeby pogodzić matkę i córkę... Irena.


[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.]

niedziela, 14 października 2012

FURTKA NA ZAWIASACH


JOANNA MISZCZUK
„ZALOTNICE I WIEDŹMY”
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2012

Asię poznaliśmy rok temu w „Matkach, żonach, czarownicach”. Nie polubiłam jej wtedy. Wręcz warczałam na nią całą książkę. Byłą trochę głupia, trochę zarozumiała, trochę niezaradna, a trochę po prostu niesympatyczna. Teraz jest trochę inaczej. Asia chyba trochę dojrzała. Lat trochę minęło – nie wiem, czy powieściowe liczą się jak psie, razy siedem - ale w głowie jej się poukładało, jakoś wyciszyła się, wydoroślała, wykobieciała. I dzięki temu mogłabym ją teraz zaprosić na kawę. Mimo jej irytującego szczebiotu i głupich powiedzonek. Bo kolejny raz, dokładnie tak samo, jak przy części pierwszej miałam wrażenie dwoistości. Jakby Miszczuk napisała dwie powieści – jedną latem, gorącym, parnym, dusznym, ciężkim od zdarzeń, od bzyczenia pszczół, od soku w owocach. To ta część z przeszłości. Trzeba bowiem przypomnieć, że poprzednio Asia odziedziczyła majątek – dworek po swojej prababce Lavernie. Odziedziczyła też piękną rzecz – zapiski dotyczące kobiet, których krew płynie w jej dłoniach, stopach i ustach. To pamiętniki, listy, testamenty, zielniki i pierścień przebaczenia i miłości, który teraz zdobi palec Joanny. W tym pierścieniu chadzały wszystkie jej antenatki (no prawie wszystkie) i przekazywały go kolejnym kobietom na chwałę miłości prawdziwej. W tych zapiskach tonęłam – to minihistorie, które emanują jakąś siłą, jakimś pięknem i mocą. Miszczuk zręcznie wplata w przeszłość Asi historię – tym razem sięga po papieżycę Joannę, po Nostradamusa, po papieża Innocnetego X... To oczywiście jakaś mgła, przez którą się przebija, dotykając, muskając zaledwie te postaci, ustawiając je w tej mleczności i dając im tylko trochę głosu. To legendy, które dopasowuje do swojej wartkiej opowieści, robi to zręcznie i w taki sposób, że można by pomyśleć, iż tak było naprawdę...
To, co mi się podobało bardziej, niż za pierwszym razem – pokazała też kobiety złe, wyrachowane lub głupie i puste. Poprzednio była tylko miłość, słodkość, mądrość i wartość – teraz jest też pustość serca i brak zasług, by nosić pierścień miłości i przebaczenia. Nie każda rodzina jest w pełni dobra, w pełni mądra i w pełni szlachetna – i w końcu to widać. Widać różnorodność uśmiechów i rysów twarzy, widać różnorodność charakterów i kolorów włosów... choć większość z tych kobiet wciąż jeszcze jest ruda.
Druga powieść to ta współczesna, ta, która rozwija się pod stopami Asi. W tu i teraz (no w dwa lata wcześniej, bo Asia z „Zalotnic i wiedźm” to Asia z roku 2010). I tu już jest gorzej. Zostaje przekreślone całe szczęśliwe zakończenia z poprzedniej powieści. Okazuje się, że było iluzją. Teraz Joanna potrzebuje znów czegoś innego, miłość ja ominęła, a ona by chciała, żeby wyrosła u jej stóp jak kwiaty choć wciąż się jej boi po rozstaniu z mężem numer dwa – bolesnym i trudnym i po rozstaniu z mężem numer jeden, które było po prostu brudne i trochę brudu za paznokciami pozostawiło chyba już na zawsze. Asia stara się układać sobie życie w Berlinie, dokąd przeprowadziła się „za chlebem”. Ma świetną pracę, nie ma mężczyzny, ma córkę, która jest dla niej najważniejsza i byłego męża, z którym wciąż jeszcze się „przepychają”. I nagle wali się świat – kolejny raz – bo umiera właściciel firmy, w której pracuje Asia, a na horyzoncie zupełnie nieoczekiwanie pojawia się znów Julek – mąż pierwszy, który chce wywrzeć na Asi srogą zemstę za przeszłość. I tu zaczyna się ta nudna, zimna, ciągnąca się, mokra od deszczu powieść w kolorach brudnej jesieni. Jak dla mnie za dużo rozważań na temat niemieckich emerytur i świadczeń socjalnych, które w ogóle mnie nie interesują. Za dużo korporacyjnych przepychanek. Za dużo niemiłych (i miłych) zbiegów okoliczności. Pojawia się też tajemniczy Kemal, który rozmiękcza trochę Asię, uczłowiecza ją, jakoś oswaja, ociepla, rozświetla uśmiechem. Przyjemny wątek,choć trochę zbyt bajeczny.
Mimo wszystko czekam na odpowiedź na pytanie, które padło na końcu książki. Miszczuk, inaczej niż w pierwszej części, zostawiła furtkę wątku szeroko otwartą, zapraszająco chyboczącą w jedną i drugą stronę. Przejdę przez nią za kolejny rok, gdy Miszczuk zaprosi błyskiem pierścionka.

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]