sobota, 19 lutego 2011

„TROCHĘ” STRASZNA BAŚŃ


CORMAC MCCARTHY
„W CIEMNOŚĆ”
(TŁ. MACIEJ ŚWIERKOCKI)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011 

Przeczytałam tą książkę, a raczej wpadłam w nią po uszy. Zamknęłam oczy, a litery same wchodziły wszystkimi częściami ciała – czytałam rękoma, czytałam uszami, czytałam nosem… Tylko, że czuję się tak bardzo głupia… W tej książce jest tyle symboli, tyle odwołań, tyle motywów i toposów, że można czerpać pełnymi garściami, rwać, zaciskać w pięściach, wyciskać soki i pić… A ja wobec tego wszystkiego jestem tak mała. I mogę sobie tylko wyobrażać, że coś z tej książki zrozumiałam.
Fabuła jest jak wątek baśni. Tylko, że baśni wywołującej niepokój.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to okładka. Przybrudzona, gorzka w smaku, zimna. To albo świt, gdzie noc dopiero zamyka oczy, albo koniec dnia, gdy ciemność otrząsa się z całodziennego snu. W każdym wypadku – mrok. W każdym wypadku – zamieranie. Nie-ruszanie. I trochę umieranie. Może na chwilę, może takie umieranie ze zmartwychwstaniem, ale jednak chwilowa nieżywość. Patrzę na okładkę, szczelniej otulam się kocem. Na karku czuję chłód. Dopiero po paru chwilach dociera do mnie, ze na okładce, niemal w centralnym punkcie, jest człowiek. Dreszcz przebiega szybko, prawie niezauważony.
Ja widzę w tej postaci Druciarza. Ale można w niej rozpoznać Brata. Albo Herszta Bandy. Lub Ślepca. Każdego napisałam z dużej litery, bo każdy jest dla mnie imieniem i symbolem (zresztą imiona padają rzadko w tej powieści), każdy mianem i charakterem. Bo to taka właśnie bajka…
O rodzeństwie. 
Rinthy w ciemnościach starej chaty rodzi chłopca. Jej Brat Culla zabiera go, niemal spomiędzy jej nóg, wynosi do lasu (czy to również jego syn?) Siostrze mówi, że chłopiec umarł. W rzeczywistości zostawił go pod drzewem, a potem wykopał grób, gdzie zaprowadził Rinthy. Dziewczyna rozdrapuje ziemię paznokciami i wie już, że to grób nieprawdziwy. Domyśla się, że niemowlę zabrał Druciarz, który przechodził obok w dzień porodu. Wyrusza w swoją podróż, by odnaleźć skarb. Jej skarbem jest dziecko, bo to pierwsza „rzecz”, jaka w życiu należy do niej. 
Swojego skarbu szuka też Culla. Jego skarbem jest siostra, która uciekła w świat, bo to z kolei jedyne, co posiada on. 
Nieskończone drogi, plączące się po tej dziwnej, ospałej, biednej Ameryce przełomu wieków – są jak nitki, które w zabawie przekładają między sobą dzieci. Drogi Rinthy i Culli przecinają się z drogami wszystkich stworów, które zwykle wychodzą ze złych snów. Jest banda rzezimieszków, którzy kradną Holmowi buty, jest Ślepiec, Zaklinacz węży, Demoniczny duchowny, Kłócące się małżeństwo, Lekarz, co przywraca nadzieję. Plejada bezzębnych lub bezokich, powykrzywianych, brzydkich ludzi nie-ludzi. Potwory i kilku dobrych pomiedzy tą rzeką jadu. 
Ale prawie żadna ze scen nie toczy się w nocy (prócz oddania dziecka długogałęznemu lasowi). Tak, jakby nocą wszyscy odpoczywali, jakby zrzucali z siebie swoje role, zwijali się w kłębek i szli spać. Jakby porzucali misje. Jakby noc brała ich w siebie i koiła. Paradoksalnie jakby „w ciemność” to było w „bezpieczeństwo” – wyszczerbiona, zupełnie odwrotna Ameryka.
I choć cała książka jest mroczna, dreszczotwórcza, to wchodzi się w nią z ciekawością, niemal perwersyjną – podgląda się broczącą mlekiem Rinthy, bosą, w poszukiwaniu swego skarbu; umęczonego Cullę, który maluje dach zieloną farbą; huśtających się na drzewie wisielców.
I każdy z nich z garścią znaczeń w kieszeni.
O ile kieszenie są im dane…

Moja ocena: 5/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]

czwartek, 17 lutego 2011

Z SZYBKOŚCIĄ ŚWIATŁA

Powiem tak na szybko słów parę zanim złożę mą głowę na poduszce (pierwszy dzień w pracy po urlopie – wykańczający!)

Chciałam zwrócić Wam uwagę na Książkową Nagrodę Blogera, którą postanowiła stworzyć Agnieszka.

Myślę, że to ciekawa idea i byłoby cudnie, gdyby się udało…

A przy okazji chcę się pochwalić moim pól kilogramem książek, w których posiadanie weszłam ostatnio. Od Męża dostałam pierwszy tom opowiadań Cortazara, w którym są „Opowieści o kronopiach i famach”, a w bibliotece ostatnio całkiem przypadkiem za 3 złote (sic!) kupiłam sobie trzy książki – „Szczenięce lata” Wańkowicza, ”Opętanie” Byatt i „Magiczny sklep z zabawkami” Carter. Zawyłam do księżyca (i do Męża!) z wdzięczności…

środa, 16 lutego 2011

NIBY GORZKO, A MDLI


LESLEY LOKKO
„GORZKA CZEKOLADA”
CZYTA MARIA SEWERYN

Po tę „książkę na uszy” sięgnęłam dlatego, że była długa, a ja miałam ochotę na coś długiego, coś, na co będę czekać. A moja Przyjaciółka poznała wersję papierową i powiedziała, że niegłupia.
A ja sądzę, że głupia…
To historia trzech dziewcząt. Jest Laura, pół-biała i pół-czarna, która mieszka w dużej, ale zaniedbanej rezydencji na Haiti. Opiekuje się nią babka, bo matka została z domu wygnana – jej „grzechem” było zajście w ciążę z czarnuchem i zanieczyszczenie krwi. Wraz z Laurą mieszka Ameline – dziewczyna do towarzystwa. Jest czarna i nie ma praktycznie żadnych perspektyw na inną przyszłość, niż dotrwanie do śmierci w podupadającej rezydencji. Laurę i Ameline łączy wielka, głęboka przyjaźń, ale niestety muszą się rozstać – Laura zachodzi w ciążę i musi wyruszyć do Chicago, do swojej wyklętej matki. Ameline zaś zostaje na Haiti.
Jest jeszcze trzecia – Melanie, zagubiona siedemnastolatka, która żyje z matką i ojczymem w Londynie. Nieustannie zabiega o miłość i zainteresowanie ojca – gwiazdy rocka. Wdaje się w romans z ojczymem i musi wyjechać do Los Angeles, aby matka miała czas, by jej wybaczyć.
Losy wszystkich trzech przeplatają się w powieści, tworząc gruby węzeł. To kilkanaście lat z życia każdej z nich - lata słodkie i stąd czekolada i lata niełatwe i stąd chyba gorzka. Oczywiście na końcu drogi wszystkich zejdą się w jednym miejscu, ale generalnie powieść toczy się trójtorowo. 
Dla mnie te bohaterki są sztuczne, nieprawdziwe, są papierowe. Albo po prostu mają kompletnie inną mentalność, niż ja. Niby żadnej z nich nie zależy na pieniądzach, są antymaterialistkami w świecie wielkiej kasy, ale gdy pieniądze posiadają są od razu piękniejsze, pewniejsze siebie, mądrzejsze. Najbardziej widać to po Ameline która przeobraża się zupełnie baśniowo. Odkrywają nagle swoje talenty i mocne strony – cały czas mówiąc, że pieniądze nic nie znaczą.
A faktycznie cała powieść to fascynacja modą, bogactwem, wielkim światem, sławą. Światem, jaki dla mnie nie istnieje, albo zwyczajnie nie interesuje. 
Fakt, że ta książka wciąga, że niby wątki zaskakują, ale każdy kolejny, który się pojawia, dąży do banalnego zakończenia. Momentami jest niesamowicie naiwna, język to zlepek kolokwializmów, powiedzonek, wszelkich „zimna jak lód”, „dreszcz rozkoszy”, „serce biło jak młotem”, a „zrobiło jej się nie dobrze” padło chyba jakieś 70 razy.
To co mnie urzekło, to opisy Ghany i Haiti. Fascynujące są fragmenty, gdy Laura zwiedza ghański targ, ogląda tkaniny, gdy poznaje zwykłych, prawdziwych ludzi. Widać w tych fragmentach miłość autorki do tej ziemi, do ludzi, którzy tam mieszkają, do folkloru, do zwyczajności, która jest sztuką. Aż mi brakowało odgłosów – nawoływań właścicielek kramów, głosu szyjącej maszyny, śpiewów ulicznych grajków…
Kilka razy chciałam przerwać słuchanie i wziąć na uszy inną powieść, ale byłam zahipnotyzowana interpretacją Marii Seweryn. Od zawsze ceniałam jej talent, lubiłam ją na ekranie, a teraz po prostu zakochałam się w jej głosie czytającym mi przez kilkadziesiąt godzin „Gorzką czekoladę”. Jest ekspresyjna, czyta ze zrozumieniem, widać, że poznała powieść wcześniej po to, by wiedzieć, co przedstawia słuchaczom. 
Sprawdziłam, że czyta jeszcze „Dziewczynki ze Świata Maskotek” i „Karolcię”. Na pewno wysłucham.


Moja ocena: 3,5/6 za treść, 5,5/6 za interpretację

próbka interpretacji według M.Seweryn

wtorek, 15 lutego 2011

WYOBRAŹ SOBIE, JAK PACHNĄ SOSNY


MARIA ULATOWSKA
„SOSNOWE DZIEDZICTWO”
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2011 

Urzekła mnie okładka. 
Od razu przypomniałam sobie swoje urlopy na Mazurach – choć akcja powieści tym razem z Mazur „przenosi się” na Kujawy. Zrobiło mi się trochę cieplej i mniej zimowo. Wzięłam ogromny kubek herbaty z cytryną, postawiłam w zasięgu ręki miseczkę z domowymi ciasteczkami od cioci H. i utonęłam w „Sosnowym dziedzictwie” na cały dzień.
Bo w istocie przeczytałam książkę szybko, „za jednym razem”.
To bajka. 
Anna Towiańska, dziewczyna tuż po trzydziestce, która niemało w życiu przeszła, cudem i dziwem dziedziczy dworek na Kujawach. Jedzie tam, ląduje w maleńkim miasteczku niczym przybysz z innej planety, remontuje dom i podbija serca wszystkich mieszkańców bez wyjątku. Dużo, straszliwie dużo tu idealizmu – pieniądze na remonty są, ekipa remontowa jak marzenie jest, przystojniaczek jest, pies do kompletu jest, jest jezioro, poziomki, grzyby i ryby. Jest miód i wspaniała gosposia (Irena Malinka – czyż to nie przewspaniałe imię i nazwisko???) Trochę to wszystko zatykające swą słodkością… Bo nikomu się tak nie udaje. Bo nikt nie mówi „moja przyjaciółka” o poznanej dwa dni wcześniej właścicielce kawiarni. I żadna właścicielka kawiarni nie stawia pierwszego śniadania swojemu gościowi.
Jednak w tej książce większą wartością była dla mnie historia. 
Bo narracja jest prowadzona dwutorowo – od czasów wojny, gdy urodziła się Anna Towiańska – mama Anny od dworku (a urodziła ją Anna Towiańska babcia tej od dworku). Zawiłe, prawdziwe mocno losy Anny matki są dla mnie największą siłą tej książki. Mocno zaskakujące, niewesołe, a przez to życiowe, osadzone w czysto polskich realiach. I ta historyczność miesza się z remontami, kolacjami i zakochaniami tej Anny od dworku, tej współczesnej. Z jej dobrocią wobec nieznajomych obdartusów (które oczywiście wychodzi jej na dobre) i wobec zbłąkanych psów. 
A tajemnica sejfu i paprotki – w pierwszej chwili parsknęłam śmiechem, a potem stwierdziłam, że to historia wyjęta z Historii, że przecież „tak mogło być” i tak wiele razy na pewno było.
Ja na idealizm tej książki klęłam. Klęłam też na sposób narracji, powtarzalność niektórych scen, uładzoność, brak dosadności. Ale z drugiej strony chylę czoła autorce i podziwiam, że zamiast narzekać na to, że nie ma swojego wymarzonego dworku w lesie, obok jeziora, taki dworek sobie stworzyła, uczyniła swoim i do niego zaprasza. I że napisała tę książkę niejako sobie – na przekór deszczom i słotom, żeby mieć gdzie uciec. A przy okazji otwiera drzwi tym wszystkim, którzy wrócili z mazurskich rozlewisk i mają nadzieję spędzić teraz kilka chwil w nowym miejscu. Mam wrażenie, że zawarła tu dużo swoich marzeń, swoich „bujań w chmurach” i dlatego to wszystko takie idealne, lukrowane. Bo przecież nikt nie marzy o burzach, o braku funduszy, o złych, smutnych ludziach i krętych ścieżkach, po których nie można dojść do celu…?
Wróżę jej ogromny sukces, a także wszystkim kolejnym częściom (wiem, że na pewno powstanie druga, bo na okładce jest jej zapowiedź). Wróżę trochę ze znaczonych kart, bo sama swój egzemplarz już wysyłam Mamie, która na pewno chętnie z tą książką odpocznie i wejdzie do swojego własnego dworku, zjeść swoje własne poziomki.

Moja ocena: 3,5/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]

poniedziałek, 14 lutego 2011

POWIEDZIEĆ WSZYSTKO, CO SIĘ WIE


HENRY HOBHOUSE
„ZIARNA BOGACTWA. PIĘĆ ROŚLIN, DZIĘKI KTÓRYM POWSTAŁY FORTUNY”
(TŁ. WOJCIECH GÓRNAŚ)
MUZA SA, WARSZAWA 2010 

Ciekawe ilu z Was odgadłoby o jakie rośliny może chodzić? Ja dobrze wytypowałam trzy. 
Do roślin, które rozrastają się w dolary i euro należą: kawa (punkt dla mnie), kauczuk (bez punktu), winorośl (punkt! - roślina, która przyszła mi na myśl, jako pierwsza), drewno (może drewna nie można nazwać rośliną, ale niech tam – bez punktu), tytoń (punkt, ja tu jeszcze dodałam nieco inną roślinkę).
Czekałam na tę pozycję z niecierpliwością. Spodziewałam się pozycji lotnej, pełnej przystępnie napisanych ciekawostek, śledzenia drogi każdej z roślin od ziarnka (…do ziarnka) i zapierających dech w piersiach historyjek. 
A potem brnęłam przez nią mozolnie… Bo owszem, wiedzy w tej książce jest ogromna ilość. Tylko po pierwsze nie zawsze wiedza to na temat (no bo na przykład dowiedziałam się skąd się wzięło słowo hooker (pol.prostytutka) w języku angielskim, ale nie ma to nic wspólnego z kauczukiem, o którym była mowa).
Po drugie napisana była językiem, który mi nie odpowiadał – suchym, oschłym, piaszczystym, trochę jak podręcznik (tylko nie bardzo umiem powiedzieć czego – historii?, geografii?, botaniki?, a czasem jak poradnik dobrego ogrodnika).
Jest tu wszystko – trochę historii, skąd, z jakiego obszaru dana roślina pochodzi, garść informacji o uprawie (nawet kilka akapitów o pasożytach, które zagrażają winorośli), odmianach, wpływu rządu na rozwój handlu (albo kościoła – bo w przypadku winorośli obrządek chrześcijański i użycie wina we mszy jest nie do przecenienia), gdzieś pomiędzy historia niewolnictwa, kto i dlaczego ma zyski z upraw oraz historia ekspresu do kawy i fermentacji drożdży.
Ta książka przypomina krajobraz – raz przewijające się za oknem równiny, które każą przymknąć oczy choćby na chwilę, a raz piękne, monumentalne góry, które się fotografuje na pamiątkę.
Bo są tu maleńkie klejnociki, rozsiane po tekście.
Czasem to oczywistości, które mi nie przyszły do głowy – jak fakt, że w XVIII w. w Dorzeczu Amazonki używano kauczuku do wyrobu świec – tamtejsze zwierzęta nie potrzebują grubej warstwy tłuszczu i nie było skąd wziąć łoju, by świece wytopić. Albo prosty fakt wykorzystania kauczuku w elektryce, który mnie oświecił jak piorun (no bo do tej pory jakoś nie uświadamiałam sobie, że przewody są osłonięte!).
Albo to, że wino nie było wytwarzane, zanim nie wymyślono glinianych naczyń (wcześniej przechowywano napoje w kozich skórach, w których na pewno dobrze by nie sfermentowały). 
Albo, że wino było tak bardzo cenione w dawnych czasach, bo picie wody było zbyt ryzykowne (a proces powstawania wina, czy piwa zabijał wszelkie drobnoustroje).
Zadziwił mnie fakt, że ponad 50 % całej wytwarzanej na świecie kawy pochłaniają Arabowie – a to dlatego, że nie uznają alkoholu (a widać każdemu człowiekowi jest potrzebna jakaś używka). Że najwcześniejszy udokumentowany sposób korzystania z kawy, to było żucie jej liści bądź ziaren, albo jedzenie jej w formie deseru: tłuczonych świeżych ziaren ze zwierzęcym tłuszczem (sic!)
Że hodowla tytoniu tak bardzo wyjaławia ziemię, iż można przez rok lub dwa zbierać plony, a potem musi 20 lat leżeć odłogiem, by się zregenerować. I że Niemcy potrafili ponoć odróżnić narodowość aliantów po zapachu dymu papierosowego (każdy miał swoją markę), a w armiach dostawali ogromne ilości papierosów, bo palenie tytoniu zmniejsza apetyt. A pół wieku temu w reklamach namawiano, by sięgnąć po papierosa, zamiast po cukierka, by zachować smukłą sylwetkę.
I świetnie mi się czytało o tym skąd pochodzi nazwa szkielet balonowy (przy budowie budynków) i że na skutek konfliktów Francji z Anglią Francuzi zawierali sojusze z Indianami i płacili za każdy skalp angielskiego drwala, więc Anglicy musieli oni chodzić do lasu z ochroną. Pogubiłam się natomiast dochodząc źródła tego konfliktu. I mniej przyjemnie czytało mi się, że metr sześcienny wejmutki był cztery razy droższy od drzew liściastych.
Musiałam w tej książce WYSZUKIWAĆ to, co może mnie zainteresować i to było naprawdę męczące.
Autor połknął chyba jakąś pigułkę wiedzy (bibliografia jest imponująca), ale w pewnym momencie przestał kontrolować swój strumień świadomości.
Lepiej więc czasem pohołdować starej, znanej prawdzie: mowa jest srebrem…
Chciałabym kiedyś wrócić do tej książki, gdy będę miała więcej cierpliwości do przekopywania się przez rządowe konflikty i zawiłości akcyzy. Na chwilę obecną mam zielonym fluorescencyjnym mazakiem zakreślone ciekawostki, które mnie urzekły i które czytałam na głos mojemu Mężowi podczas długiej podróży samochodem.

Moja ocena: 3/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA SA]

piątek, 4 lutego 2011

FALSTART. NA 8 MARCA


CRISTINA DE STEFANO
„NIEPOKORNE. KOBIETY, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT”
(TŁ. JOLANTA SAS-WYDRO)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011

Ja wiem, że o kobietach nie powinno się tylko tego dnia, ale to byłby idealny prezent dla każdej kobiety jako księga inspiracji, cegiełka w budowaniu poczucia własnej wartości, ziarenko pieprzu – ta zdrowa zazdrość, która popycha do działania. 
A dla mężczyzn jako miniaturowy ołtarzyk, który można wyjąć w pociągu i w tramwaju, w poczekalni u dentysty i w parku i pomodlić się czytając kolejne kobiety.
Jest ich 20.
Co kilkanaście stron po lewej małe czarno-białe zdjęcie. Pozornie zwykłych kobiet. Jedna w wannie, Inna z aparatem. Jeszcze inna oparta o nie pomalowaną kamienną ścianę. Uśmiechnięte, zamyślone, śmiejące się w głos, tak, że z małego zdjęcia słychać wyraźne „ha, ha, ha”. 
Większość z tych kobiet to dla mnie komety – z długimi, lśniącymi ogonami – zahaczyły każdego, musnęły, słyszałam nazwisko, ale nie wiedziałam, kim jest, jak wygląda, co robiła…
Nie lubię biografii, czytuję je bardzo rzadko, ale ta książka jest wyjątkowa. To zarys, błysk flesza, wyryte na ławce „TU BYŁAM” tak jakby samo imię i nazwisko niosło za sobą legendę.
Nie lubię biografii, ale ta książka jest inna, wywoływała we mnie dreszcze, łzy, gulę w gardle, uśmiech – wszystkie emocje, wszystkie wybuchy od śmiechu po płacz. 
To według mnie hołd dla wyobraźni, dla nieograniczonych możliwości, intuicji, determinacji, dla sięgania zawsze dalej i wyżej – tym dobitniejsze, że te kobiety były prekursorkami w swoich dziedzinach – jedna jako pierwsza kobieta wystawiła musical na Brodway’u, a inna jako pierwsza przeleciała nad Atlantykiem.
To krótkie, kilku-kilkunasto stronicowe teksty. Bez „żyła, jej rodzice…, jej mąż…, jej zięć…, jej wydawca…, umarła”. To książka skrząca się małymi diamencikami. O tym, że Rachel Garson „wieczorami taszczy pod pobliską szopę gramofon, by słuchać koncertu skrzypcowego Mendelssohna.” [s.32] Że Dorothy Draper „zarządcę folwarku zmusza do zmiany rasy krów na pastwisku, by lepiej komponowały się z nowo powstającym luksusowym wiejskim kurortem.” [s.68] Że Lee Miller „przyrządza niebieską rybę na cześć Miro i jego obrazów, płucze szpinak w pralce(…).” [s.123] Albo, że w domu Tashy Tudor „organizowane są amatorskie teatrzyki, jada się domowe wypieki, doręcza listy adresowane do lalek, zażywa kąpieli w ogrodzie, zapala naftowe lampiony. Nie istnieje ani radio, ani telewizja(…).” [s.200] 
Dziś mój Mąż zapytał, czy moim zdaniem można kogoś podziwiać, doceniać za to, że ma pasję. Oczywiście! A te 20 sylwetek kościstych i krągłych, kołyszących biodrami i ukrywających biodra w zbyt szerokich spódnicach jest tego dowodem. Gdyby nie ich zainteresowania świat zmieniłby się trochę inaczej, albo boleśnie by się nie zmienił (tu przychodzi mi na myśl Margaret Sanger, która walczyła o rozpropagowanie antykoncepcji wśród kobiet).
Każda z tych kobiet czymś mi zaimponowała, każda wywołała emocje. Największe Tasha Tudor – swoim bajkowym domem, bajkowym światem, bajkowym wyglądem dobrej wróżki, bosymi stopami, hodowlą kóz i wyrabianiem własnoręcznie świec z wosku. Urzekły mnie zdjęcia Berenice Abbott, których wcześniej nie znałam, zdruzgotały doszczętnie zdjęcia Dorothei Lang. Zaciekawiła mnie najbardziej Mary Frances Kennedy Fisher – pionierka food writingu (chciałabym przeczytać jakąś książkę jej autorstwa, ale mimo, że napisała ich chyba 27 żadna nie jest przetłumaczona na polski). Swoim stylem zachwyciła mnie Dorothy Draper. Bezgraniczne współczucie wzbudziła Lee Miller, o której ciągle w kółko myślę. 
Bardzo dużo wzięłam dla siebie z tej książki, przede wszystkim te kiełki, które mogę zasiać w swojej głowie, które są zaczątkami roślin – wielopędowych, wielolistnych poszukiwań (już przekopałam kilkadziesiąt stron szukając zdjęć, wierszy, książek…).
Piękna książka, która mnie odnalazła (nie zamawiałam jej, a któregoś dnia pojawiła się w mojej skrzynce pocztowej).

Berenice Abbott (fotograf), Ruth Benedict (antropolog), Rachel Carson (biolog, kobieta, która jako pierwsza zwróciła uwagę na szkodliwość pestycydów), Caresse Crosby (żona i współpracownik Harry’ego Crosby’ego) , Dorothy Dandridge (aktorka), Hilda Doolittle (poetka, pisarka) , Dorothy Draper (projektantka wnętrz), Amelia Earhart (pilot), Mary Frances Kennedy Fisher (prekursorka food writingu), Slim Keith (ikona mody), Dorothea Lange (fotograf), Lee Miller (modelka, fotograf), Josephine Nivinson (malarka), Sister Parish (dekoratorka wnętrz), Dorothy Parker (poetka, satyryk), Margaret Sanger (lekarz, pionierka współczesnych metod antykoncepcji), Anne Sexton (poetka), Kay Swift (muzyk, jako pierwsza w historii kobieta skomponowała musical), Tasha Tudor (ilustratorka), Mae West (aktorka, reżyser, scenarzystka)

Moja ocena: 6/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego]


poniedziałek, 31 stycznia 2011

OPOWIEŚCI ZMARŁYCH


BELINDA BAUER
„SZCZĄTKI”
(TŁ. AGNIESZKA BARBARA CIEPŁOWSKA)
PRÓŚZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2010

Gdy przeczytałam opis tej książki to od razu wiedziałam, że chcę ją poznać. 
Steven ma dwanaście lat. Steven ma mamę, babcię i brata – ale to tylko pozory. Babcię i mamę stracił wiele, wiele lat przed swoim narodzeniem. A było to tak. Billy – syn babki, wujek Stevena, gdy był chłopcem wyszedł z domu. W swoim pokoju budował właśnie stację kosmiczną z klocków lego. Zaszedł do sklepu, kupił sobie drażetki czekoladowe…i zniknął. Od tego czasu, kilkanaście już lat, babka siedzi w oknie i czeka na syna. 
Jakiś czas później Arnold Avery zostaje aresztowany za molestowanie i zabójstwo kilku dzieci. Co prawda nie przyznaje się do tego, że zamordował Billy’ego, ale wszystko na to wskazuje. Babka jednak nie chce uwierzyć w stratę – wbrew rozsądkowi, wbrew faktom wygląda przez okno i czeka. I w pewien sposób niszczy rodzinę, która została. Niszczy córkę, która zostaje samotną matką, niszczy wnuka, który zbyt mało przypomina Billy’ego… Więc Steven postanawia zasłużyć na jej miłość i uwagę. Przekopuje metodycznie, od trzech lat, odkąd dowiedział się o losie swojego wujka, Park Narodowy Exmoor, gdzie znaleziono zwłoki pozostałych dzieci. Dołek przy dołku. Jedno zgrzytnięcie łopaty obok drugiego. Rozmiękłe kanapki i pot lejący się po plecach. Wszystko po to, by odnaleźć zwłoki i sprawić, by babcia odwróciła spojrzenie od okna i dostrzegła jego oczy.
„Szczątki” to dla mnie tytuł wieloznaczny. To nie tylko zwłoki których poszukuje mały chłopiec. To także kawałki rodziny – poobijanej o tragedię sprzed lat, rozsypanej, niespójnej. To też resztki kobiety, jaką dawniej była babka, od tamtego czasu nazywana przez wszystkich nie inaczej, jak „biedna pani Peters”. Resztki kobiety, jaką była kiedyś córka – dziewczyna żyjąca najpierw w cieniu brata, a potem w cieniu jego zniknięcia, dokonująca złych wyborów trochę na przekór, a trochę dlatego, że nie ma jej kto prowadzić. To pozostałości bezpiecznego miejsca – Steven zastanawia się po jak wielkiej ilości kości, zakopanych i zapomnianych chodzi cała ludzkość.
Akcja powieści toczy się dwutorowo – jedne myśli należą do Stevena, a drugie do Arnolda Averego – bezwzględnego, bezdusznego monstrum, siedzącego od 18 lat za kratkami. Od 18 lat robi wszystko by wyjść na wolność za dwa lata - uczestniczy we wszystkich programach terapeutycznych, w kursach i zajęciach, nie skarży się, czeka. Czeka, by zamknęły się za nim ciężkie drzwi, a on znów ruszy na łowy…
I obydwa tory muszą zaprowadzić w jedno miejsce – do Parku Narodowego Exmoor. 
Książkę przeczytałam właściwie w jeden dzień. Pisana wartkim językiem, czyta się sama, wciąga. W ostatnich chwilach zaciskałam bezwiednie dłonie na kocu. Bałam się. 
Ale zakończenie przyszło zbyt nagle, zbyt łatwo rozplątały się wątki, zbyt gładko przeszło do uśmiechu. Zaskoczyło mnie to i pozostawiło niedosyt, niedomrok. 

Moja ocena: 4,5/6

[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka]