poniedziałek, 18 października 2010

„OBOJĘTNOŚĆ OZNACZAŁA NIE BRAK, LECZ ODMOWĘ WSZELKICH UCZUĆ.” (s.175)


TAHAR BEN JELLOUN
„TO OŚLEPIAJĄCE, NIEOBECNE ŚWIATŁO”
(TŁ. MAŁGORZATA SZCZURE)
KARAKTER, KRAKÓW 2008

Pewnie większość tę książkę zna. Albo przynajmniej większość o tej książce słyszała. 
„’To oślepiające, nieobecne światło’ opowiada o torturach, jakie znosili przez 18 lat więźniowie obozu pracy w Tazmamart w Maroku.
Niemal dwudziestolecie spędzone pod ziemią, w celi wielkości grobu. Bez światła, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez nadziei na odzyskanie wolności. Z tej perspektywy przemawia Salim, narrator powieści. Skazany za udział w zamachu na króla Hassana II, podobnie jak jego towarzysze, żołnierze armii marokańskiej, został osadzony w tajnym więzieniu Tazmamart. Spośród kilkudziesięciu skazańców wolności dożyło czterech. Historia ta wydarzyła się naprawdę, a Tahar Ben Jelloun napisał swą powieść na podstawie autentycznej relacji jednego ocalałych.”
(cytat stąd.)
Stając w obliczu tej powieści ma się twardy orzech do zgryzienia. Właściwie zaczęłam się zastanawiać, czytając ją, po co to robię. 
Rozumiem, dlaczego ludzie piszą takie książki – to dla nich na pewno rodzaj autoterapii, ale dlaczego my, jako czytelnicy po nie sięgamy? 
Żeby powspółczuć? Tylko na co człowiekowi, który siedział 18 lat pod ziemią i który po 18 latach wyszedł, moje współczucie? 
Żeby się upewnić, że to złe? Przecież wiemy… 
Ku przestrodze? Tylko kogo ma to przestrzec – mnie, czy tego, kto zadaje ból i być może nigdy nie miał w ręku żadnej książki… 
Żeby…co właśnie? Dla sensacji? Tej niezdrowej, voyeurystycznej, której poddaje się każdy, a większość się jej wstydzi?
Ja przeczytałam kilka recenzji tej pozycji i pociągnęły mnie w jej stronę słowa: „inna”, „poetycka”, „piękny język”… Oczekiwałam jakiegoś objawienia chyba, a dostałam coś, z czym do końca nie mogę się oswoić i pogodzić.
Fakt, ta książka jest niezwykła. Pochodzi z nurtu literatury obozowej, ale ta, którą czytałam do tej pory charakteryzuje się dokładnością, jest ostra, dosłowna, reportażowa. 
Widzę to tak, że poprzez analizę szczegółów, przypominanie sobie (i czytelnikowi) z chirurgiczną precyzją strachów, zapachów, smaków, uczuć, można oswoić w jakimś stopniu i poradzić sobie z tym, co się przeżyło. 
Tu jest inaczej. Owszem, są opisy głodu, brudu, karaluchów, śmierci, ale są niejako obok. Najważniejsze dzieje się w głowie, najważniejsze dzieje się w słowach. Ważniejsze niż to, aby zjeść, wydaje się w opowieści Salima to, żeby przypomnieć sobie jakąkolwiek baśń tysiąca i jednej nocy po to, by opowiedzieć ją współtowarzyszom. Albo to, by ptaka, który wleciał przez przypadek pod ziemię, oddać na czas kolejnemu więźniowi, a nie przetrzymywać samolubnie tylko dla siebie. Salim mówi pięknym, wyszukanym językiem, zresztą nie tylko Salim, ale każdy z więźniów nosi w sobie poezję. Owszem, wiem, że to spisana przez pisarza relacja, upiększona baśń o niemożliwym, ale mimo wszystko wydaje się to takie inne, odległe od tego, co do tej pory znałam.
Jedno mi tylko bardzo bardzo przeszkadzało. Nie wiem, czy autor splótł ręce i nogi bohatera z żył i tętnic kilku więźniów, czy go wymyślił, czy opowiedział historię tylko i wyłącznie jednego z nich, ale trochę wpadł w pułapkę. Podjął trudny temat kary i winy. Bohater nie czuje się chyba do końca niewinny. Wciąż chce udowodnić swoją niewinność, wciąż powtarza, że on nie strzelał. Wygląda to tak, jakby za wszelką cenę chciał przekonać nas, ale przede wszystkim siebie o swojej czystości, że nie zasłużył na to, co go spotkało. Nieważne tak naprawdę, co ci ludzie zrobili – nie zasłużyli na karę, jaka ich spotkała, ale dla mnie powieść skonstruowana jest trochę ze strachu, że czytelnicy oskarżą go po raz drugi i powiedzą, że mu się należało, że powinien wrócić do tej jamy wykopanej dla niego pod ziemią. 
Pułapka polega też na tym, że Salim nieustannie mówi, iż był tylko pionkiem, że nic nie wiedział, że dostał rozkaz, że musiał iść na akcję, że tylko podejrzewał, co się szykuje, że to może być zamach stanu, że nie miał wyboru. Ale jednocześnie oskarża w jednym miejscu „kmandora”, dowódcę ich dziwnego więzienia, obrzuca go wyzwiskami, obwinia za swoje nieszczęście. Ale przecież nad nim też stał ktoś wyżej i też wydał mu rozkaz, że ma trzymać więźniów pod ziemią i karmić raz dziennie kromką chleba, a raz poić kawą. Usprawiedliwianie siebie nie podziałało dalej i nie dało Salimowi łaski przebaczenia. 

Nie mam problemu z czytaniem takich książek, naprawdę. Nigdy nie miałam. Dystansuję się i wyłączam. Nieprawdopodobieństwo okrucieństwa mnie chroni. Jest jakiś mur, który pozwala mi zerkać spoza i uśmiechać się niedowierzając. Problem dla mnie zaczyna się w momencie powrotu. Problem dla bohaterów takich historii też zaczyna się w momencie powrotu. Często o tym właśnie milczymy. Przychodzi mi tu jednak na myśl postać dobrze wszystkim znana – John Rambo. To postać fikcyjna, ale postać z tej strefy powrotów. Bohaterowie wojen, którzy wrócili, zostawiając za sobą najlepszy okres życia, często zdrowie, a zabierając pod powieki obrazy, które już nigdy nie wyblakną. Brak przystosowania, brak wiedzy, jak się przestawić i znów egzystować w szczęśliwym, kolorowym świecie z pralką i zmywarką do naczyń.
I w opowieści Salima to też było dla mnie najbardziej wstrząsające. Powrót. To, że nie umiał usnąć na łóżku, że nie zapomniał jak się je. Najkoszmarniejsza, najbardziej zapadająca mi w pamięć scena z tej książki to ta, gdy po 18 latach pod ziemią Salim dostaje pierwszą pomoc dentystyczną i gdy siedząc na fotelu zerka w lusterko i widzi swoją twarz – pierwszy raz po 18 latach (sic!)! Ten strach, ta gorączka, którą czuje to jest dla mnie kwintesencja traumy tego człowieka.

Nie oceniam, bo to nie jest książka do oceniania według mnie. Jak mam ocenić, kiedy nawet do końca nie umiem powiedzieć, dlaczego ją przeczytałam…?  

niedziela, 17 października 2010

ZASYPIAJĄC, ZAMIAST NIE ŚPIĄC


AUDREY NIFFENEGGER
„LUSTRZANE ODBICIE”
(TŁ. GRZEGORZ KONERSKI)
NOWA PROZA, WARSZAWA 2010 

W mojej pamięci wciąż obraz sprzed kilku lat (jakichś pięciu…): ciemna głęboka noc, mój Mąż śpi w Naszym jedynym wtedy pokoju, a ja zawinięta w koc, siedzę na niewygodnym stołku w kuchni i czytam. Uciekłam z sypialni, żeby nie raziło go światło, nieważne stało się to, że kolejnego dnia wczesnym rankiem muszę pędzić na zajęcia. Liczyło się tylko, aby poznać do końca losy Clare i Henrego z „Miłości ponad czasem” (inny, nowy tytuł to „Żona podróżnika w czasie”). 
Gdy dowiedziałam się, że Niffenegger wydaje nową książkę od razu trafiła ona na moją Listę do Przeczytania. Dorwałam, otworzyłam, zaczęłam czytać…
Dwie bliźniaczki – Valentina i Julia, dziewczęta, które są swoimi lustrzanymi odbiciami (Valentina ma na przykład serce po prawej stronie) – dostają w spadku po ciotce Elspeth dom w Londynie. Zdeklarowane Amerykanki, leniwe, bierne kobiety, dwudziestoletnie dzieci, które wciąż sypiają wyłącznie we własnych objęciach i nie uczą się ani nie pracują, otrzymują ogromny pięknie urządzony dom. Warunkiem przejęcia spadku jest to, żeby mieszkały w nim minimum rok, zanim nabędą praw do jego sprzedaży, oraz to, aby ich matka i ojciec nigdy nie przekroczyli progu owego domu. Przewodnikiem po życiu i mieszkaniu Elspeth ma być Robert, jej kochanek. 
Edie, matka dziewczynek, nie chce wyjawić im powodu tajemniczego zapisu w testamencie, choć domyśla się, co mogło skłonić Elspeth do podjęcia takiej decyzji. Z siostrą nie widziała się praktycznie od narodzin córek i nie wiadomo, co się wydarzyło w ich wspólnej przeszłości. Jedyne, co wiadomo to fakt, iż Elspeth i Edie były bliźniaczkami.
Tytuł „Lustrzane odbicie” nie odnosi się tylko do ciał dwóch pięknych dziewcząt, ale też do całej historii – to, co dzieje się między Valentiną a Julią ma do złudzenia przypominać relacje ich matki i ciotki. Mają zaplątać się w podobne zależności i podobne uzależnienia co one. Mają podobnie myśleć i podobnie czuć. W swoich oczach mają odbić to, co działo się kilkanaście lat wstecz, ale Elspeth najwyraźniej chce coś swoim zapisem w testamencie naprawić. Owszem – dowiadujemy się wszystkiego, właściwe cała tajemnica wychodzi na jaw, ale…
Po pierwsze motywacje każdej z postaci są dla mnie, delikatnie mówiąc, niejasne, nieprawdziwe, niewystarczające, dziwne, niepewne, podejrzane, naciągane… Każdy z bohaterów okazuje się potworem w ludzkim ciele, każdemu z nich powija się noga w tej opowieści i każdy ma jakieś lustrzane odbicie w sobie, które odbija samo zło. 
A po drugie im dalej w tę książkę brnęłam, tym bardziej czułam się, jak w kiepskiej telenoweli. Brazylijskiej na dodatek.
Kilka razy miałam ochotę odłożyć tę książkę, kilkanaście śmiałam się tam, gdzie z założenia powinnam czuć wzruszenia, albo zdziwienie. Ta książka wciągnęła mnie szybko, ale równie szybko wypluła.
Jednym z głównych motywów jest tutaj problem życia po śmierci, duchów, ich woli i ich widzenia świata. Przypomniałam sobie od razu rewelacyjnie się czytającą „Światła pochylenie”, która zaskoczyła mnie podejściem do tematu, formą i sprawnością w prowadzeniu fabuły. „Lustrzane odbicie” (kolejne nawiązanie do lustra – duchy nie odbijają się w lustrze, a Elspeth-duchowi tego najbardziej brakuje) jest w tym względzie kulawe i makabrycznie nieudane. Wszystko to jest na siłę i psu na budę.
Wyszłam z tego sensu spirytystycznego mocno, mocno rozczarowana i zakończenie uznałam za jedno z najmniej udanych zakończeń, jakie ostatnio czytałam.
Jedynym motywem, który do mnie w jakiś sposób przemówił w tej książce jest historia Marijke i Martina. Martin jest chory psychicznie (ma agorafobię, różnego rodzaju nerwice natręctw itp.). Od kilkunastu lat nie wychodzi z domu, a ze światem komunikuje się za pomocą internetu (jest twórcą krzyżówek, które wysyła mailowo) i swojej żony Marijke. Marijke jest całkowicie podporządkowana chorobie męża – musi wchodzić do sypialni zawsze prawą nogą, a jak wejdzie odwrotnie, to musi powtarzać czynność, nie może mieć wymarzonego kota – Martin boi się zarazków i nie widzi słońca, bo okna od lat są pozasłaniane gazetami. Marijke kocha Martina, ale nie ponad własne życie. Z jego chorobą spędziła kilkanaście lat i w końcu mówi „dość!”. A mówi to dlatego, że Martin nie chce się leczyć. Pewnego dnia przywiązuje do sufitu list i wyprowadza się do rodzinnego Amsterdamu. A Martin rozpoczyna walkę ze sobą. I najpiękniejsza w całej powieści jest dla mnie scena, gdy Martin stoi pod amsterdamskim mieszkaniem Marijke i zaprasza ją na spacer…
Ale to jedna jedyna jasna strona tej książki – reszta jest jak lustrzane odbicie w gabinecie luster – śmieszna, wykrzywiona, karykaturalna i w końcu taka forma się przejada i chcemy spojrzeć na czystą taflę szkła.
Nie polecam, nie podsuwam.

Moja ocena: 2/6

wtorek, 5 października 2010

WYKORZYSTAJ MNIE!

Dzisiaj o dwóch książkach, które widzę. Nie czytam, ale widzę. To książki, które po minimalnym wkładzie pracy są gotowymi scenariuszami – krzyczą „Wykorzystaj mnie! Daj mnie oczom!” Czytając obydwie przewijałam w głowie poszczególne klatki, dodawałam i odejmowałam. 

Pierwsza z pozycji to „Nakarmić wilki” M.Nurowskiej.


MARIA NUROWSKA
„NAKARMIĆ WILKI”
WAB, WARSZAWA 2010 

Ta książka „czytała mi się” podwójnie. Raz, że wilki są moją niespełnioną miłością od kilkunastu lat. Podziwiam te zwierzęta, są dla mnie piękne, mądre i wierne – wilki jako jedne z nielicznych gatunków zwierząt łączą się w pary na całe życie, a gdy jedno z pary umiera, drugie zostaje samo do końca życia. Piękne, prawda?
Dwa, że w tym roku po raz pierwszy w życiu zawitałam w Bieszczady. Widziałam te lasy, to drzewa, te pagórki, o których potem czytałam u Nurowskiej.
Bo to książka o tym, jak zakochana w wilkach kobieta jedzie w Bieszczady po to, by zawyć do księżyca razem z watahą. Kasia zatrzymuje się w centrum badawczym, gdzie stacjonuje już dwóch młodych chłopaków – Klunej (od Clooneya) i Olgierd. W iście pionierskich warunkach (brak łazienki, brak ogrzewania) przygotowuje pracę doktorską na ich temat. Olgierd i Klunej są dla niej jak starsi braci, trochę jak mentorzy, trochę jak wzory, do których Kasia dąży. Wtapia się w bieszczadzką przyrodę, zrasta ze światem, o którym do tej pory tak naprawdę nie miała pojęcia. Ziszcza swoje marzenia, wszystkie po kolei. Jest miłość, jest przyjaźń, jest człowiek, ale nade wszystko jest wilk. Dużo o nim, bardzo. Koleżanka, która czytała uznała za bardzo nudne i niepotrzebne fragmenty dziennika obserwacyjnego Katarzyny. Ale to wszystko jest bardzo potrzebne – pokazanie mistycznej więzi Katarzyny i wilków to stopnie, po których powieść biegnie do zaskakującego, wbijającego w fotel końca. Gdy zamknęłam książkę, czułam się, jakbym dostała przysłowiowym obuchem w łeb. Siedziałam jak zaklęta i brak mi było słów… Brak wszystkiego…
Ta książka jest czymś dotąd niespotykanym w polskiej literaturze – tak zapowiada wydawca i w sumie chyba ma rację. Nie czytałam do tej pory polskiej książki o takiej tematyce. Moją biblią w tym względzie jest „Nie taki straszny wilk” F. Mowata, kiedyś upolowałam ją w antykwariacie i cieszyłam się, jak głupia. Ale nie pamiętam w ogóle powieści o wilkach, które czynią te zwierzęta równoprawnymi bohaterami, właściwie pierwszoplanowymi.
Pięknie.
I jeszcze dwie rzeczy, które znalazłam zapowiedź książki w formie filmowej i film. Ten film to opowieść o projekcie badawczym dwóch pasjonatów – miałam go przed oczami czytając „Nakarmić wilki”. Dokładnie pamiętam, gdy pewnej wczesnowiosennej nocy natknęłam się na niego w internecie. Mój mąż już spał, więc założyłam słuchawki, żeby go nie obudzić. Ciarki na plecach – to wycie, które słychać gdzieś w tle, przenikało mnie do samego dna, do samych trzewi. To wycie miałam w głowie czytając o Kasi. I oczywiście o jednej pięknej, mistycznej scenie tej książki, gdy Katarzyna wyje wraz z watahą – chciałabym kiedyś przeżyć coś takiego…

Moja ocena: 5/6 


AMY BLOOM
„DALEKO STĄD”
(TŁ. AGATA KAROLAK)
MUZA SA, WARSZAWA 2009 

Druga książka to „Daleko stąd”. Zgoła odmienna tematyka, odmienny nastrój, odmienny język. „Nakarmić wilki” złożona z prostych, krótkich, dobitnych zdań. A „Daleko stąd” pisana pięknym, metaforycznym językiem, bardzo sugestywnym i zaczarowanym. 
Akcja książki zaczyna się tuż po pierwszej wojnie światowej, po pogromie białoruskich Żydów. Lilian straciła męża, rodziców i czteroletnią córeczkę Sonię. Sama cudem (naprawdę cudem) uniknęła śmierci. Nic już nie trzyma jej w rodzinnym Turowie, zachęcona ulotką wyjeżdża do Ameryki, gdzie ma kuzynkę Fridę. Tam zamierza rozpocząć nowe życie. I zaczyna. Uczy się języka, pracuje, zakochuje się, sprzedaje się, ustawia się, bawi się, ale wciąż, co noc budzi się z koszmarem pod powiekami, co noc we śnie krzyczy i nigdy nie zapomina Soni. Przez przypadek dowiaduje się, że dziewczynka nie zginęła, ale została zabrana przez sąsiadów i wraz z nimi pojechała na Syberię, gdzie w założeniu miał powstać raj dla Żydów. Jedno mgnienie, zero wątpliwości. Lilian zostawia wszystko – opierając się na mglistych przesłankach, pogłoskach i nadziei jedzie przez pól kuli ziemskiej, aby odszukać córkę. 
To niewątpliwie książka o miłości. To powieść drogi – drogi żmudnej i trudnej, drogi łez, ale też drogi siły, bo Lilian brnie przez tę drogę kilka lat, ale nigdy, nigdy się nie poddaje. To książka o tym, że gdy jedno się traci, zawsze, niezmiennie zyskuje się inne. 
Piękna, rewelacyjnie napisana, delikatna, choć to słowo kryje się na dnie – na pierwszy rzut oka jest ciężka, toporna i krwawa.

Moja ocena: 5,5/6

Te dwie powieści różnią się bardzo, ale obydwie w pewnym stopniu przemówiły do mnie w podobny sposób – filmowo.
Książka Nurowskiej dlatego, że jest skrótowa, pomija nieistotne fragmenty, ma opisy przyrody, które w prosty sposób można przełożyć na obraz, ale nie opowiada o niczym. Jeśli nie dzieje się samo ważne, to po prostu autorka o tym nie pisze. Czytając tę książkę nerwy miałam cały czas napięte, nie można było zaczerpnąć oddechu. 
A książka Bloom przez to, że dzieje się w niej tak dużo. I przez to, że autorka opowiada każdą jedną historię do końca. Każdy bohater/bohaterka, który pojawia się na kartach książki opowiedziany jest do samego końca. Nie zostawia żadnego z nich w próżni, kończy los każdego. Oczyma wyobraźni widziałam ten film, sceny, gdy w kilku klatkach – tak jak w kilku słowach – dopełniony zostaje los nawet najmniej ważnej postaci. 

Teraz czekam na mądrego, dobrego scenarzystę i wrażliwego na obraz, na historie reżysera, którzy przeniosą je na ekran. (Da się zrobić???)

wtorek, 21 września 2010

SIERPIEŃ – LENISTWO I TELEGRAFICZNY SKRÓT

Był urlop. Było pięknie. Były Mazury, były góry i była Warszawa z cudownymi ludźmi, którzy mi pokazali stolicę własnymi oczyma. Taką Warszawę pokochałam – pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć, że do niej tęsknię, że stała się dla mnie w jakiś sposób ważna. (No ważna była już wcześniej, bo tam są dwie osoby, które mocno cenię i doceniam w swoim życiu – MiK).
I powiem szczerze, ze lenistwo mnie ogarnęło takie, że ani palcem kiwnąć… Ale zatęskniłam… Mocno… I pomyślałam, ze dla porządku to powinnam choć w skrócie opowiedzieć co czytałam w sierpniu, zanim powiem o wrześniu, który tez już się chyli ku końcowi (co z tym czasem, że tak mocno go ubywa…?)


FANNIE FLAGG
„DAISY FAY I CUDOTWÓRCA”
(TŁ. MAŁGORZATA TYSZOWIECKA)
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 1998

Moja ocena: 4/6

Taka trochę mityczna książka. Dlatego, że podczas trwania całego wyzwania, dotyczącego Amerykańskiego południa, próbowałam ją zdobyć. I wciąż była wypożyczona. I w końcu dorwałam ją na półce bibliotecznej któregoś dnia, tak po prostu. No to z niecierpliwością zabrałam się za czytanie. I na początku było super. Mała Daisy dostaje od Taty pamiętnik. Chce w nim zapisywać wszystko to, co ją spotyka, co jest dla niej ważne, co dzieje się w jej życiu. Śledzimy przygody jej i jej szalonego Taty, trochę bardziej układnej Mamy i cieszymy się ich dzikimi pomysłami. Kibicujemy Daisy, zawsze stajemy po jej stronie i każdy sukces przyjmujemy, jak swój własny. Ale z czasem Daiy dorasta, a jej styl i jej życie wciąż jest takie samo. Mam wrażenie, że nic się nie zmienia, że jakoś czas tam stanął i przejadła mi się w pewnym momencie ta egzaltowana stylistyka, to utknięcie w miejscu, brak ruchu do przodu. Do „Smażonych zielonych pomidorów” się nie umywa…



MARK MILLS
„OGRÓD TAJMENIC”
(TŁ. JERZY MALINOWSKI)
PRZEDSIĘBIORSTWO WYDAWNICZE „RZECZPOSPOLITA” S.A.
WARSZAWA, 2008

Moja ocena: 3/6
Oczywiście sięgnęłam po ten tytuł ze względu na Toskanię. A Toskanii w niej bardzo mało i jakoś nieintensywnie. Więc się zawiodłam. Właściwie skończyłam tę powieść czytać tylko dlatego, że jechałam SKM do Gdyni (pół godziny w jedną stronę) i z powrotem i do tego siedziałam trochę w poczekalni u lekarza. Nie miałam nic innego. Dlatego.
Adam, namówiony przez swojego promotora, chce napisać pracę naukową na temat starego toskańskiego ogrodu. Jedzie do Włoch i zamieszkuje w pięknej willi. Zaprzyjaźnia się z właścicielką, która jest przekonana, że tajemnicę ogrodu może odkryć tylko ktoś wyjątkowy. No i oczywiście Adam okazuje się tym kimś wyjątkowym. Rozszyfrowuje każdy jeden trop, jaki projektant ogrodu zostawił, kierując się intuicją, „Boską komedią” Dantego i pomocą ślicznej młodej kuzynki… Nieprawdopodobne… W tym znaczeniu, że nie wierzę, iż jakikolwiek człowiek odkryłby to wszystko, co wyszukał Adam. Rozumiem, że istnieją błyskotliwi, inteligentni młodzi ludzie, ale Adam na co dzień inteligencją nie grzeszy… A przynajmniej nie aż taką. A w ogrodzie doznaje jednego olśnienia za drugim. I odkrywa rodzinną tajemnicę, pogrzebaną w ogrodowej ziemi..
Nie przekonało mnie, nie przemówiło do mnie i zawiodło małotoskańskoscią…. 

JOHANNA SINISALO
„NIE PRZED ZACHODEM SŁOŃCA”
(TŁ. SEBASTIAN MUSIELAK)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK 2005

Moja ocena: 4,5/6

Zaskakująca książka.
Trafiłam na nią przez przypadek, w związku z wyzwaniem dotyczącym krajów nordyckich.
Cieszę się, że ją przeczytałam. 
Inna, dziwna, mroczna, soczysta, czarna, przytłaczająca, duszna, realistyczna, magiczna… Wszystkie te określenia tłoczą mi się w głowie, gdy myślę o „Nie przed zachodem słońca”.
To pomieszkanie zimnej realistycznej scenerii fińskiego miasteczka z mitami, bajkami, baśniami, bajaniami, sięgającymi w głąb skandynawskiej kultury, historii, wierzeń… Zresztą narracja przelata się z fragmentami „Kalewali”, bajek dla dzieci, artykułów (pseudonaukowych) dotyczących trolli. Bo ta książka jest w swojej warstwie fabularnej książką o pewnym trollu. O trollu, którego Mikeael, zwany Aniołem, znalazł pewnego wieczora na ulicy. Dokładniej uratował przed bandą chuliganów, którzy chcieli trolla zabić. Bierze go do domu i postanawia kochać. Właśnie tak – postanawia. Bo jego samego nikt nie kocha. A przynajmniej tak mu się wydaje. Bo został wzgardzony przez partnera (tak, jest homoseksualistą), z którym wiązał w wyobraźni swoje całe życie. Bo wzgardził partnerem, który nie był tym, kim Mikael chciał go widzieć. Bo fińskie miasteczko jest małe, szare i smutne. Bo za ścianą mieszka kobieta, która ma kłopoty i być może przez ścianę Anioł czuje jej ból. Bo chce, tak rozpaczliwie chce, mieć coś swojego…
To książka o sile wyobraźni. O dobru i złu. O walce i o tym, ze nawet diabeł ma zawsze kogoś, kto chce go przytulić. O tym, ze nawet diabeł da się oswoić. O mitach i stereotypach.
Dobra.
I dobrym napisana językiem.

LINDA OLSSON
„SONATA DLA MIRIAM”
(TŁ. JANUSZ MARGAŃSKI)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 

Moja ocena: 4,5/6

O tej autorce też słyszałam już dawno. Sięgnęłam najpierw po „Sonatę dla Miriam”, bo akurat się pojawiła, a Lirael mówiła, że jest gorsza od „Niech wieje dobry wiatr”. Postanowiłam więc zacząć od gorszej, żeby czekała na mnie ta wisienka na torcie.
Jeśli to jest gorsza, to już wiem, ze „Wiatr” będzie cudny.
Bo „Sonata dla Miriam” zrobiła na mnie duże wrażenie. 
Bo warstwa psychologiczna, tak mocno rozbudowana w tej książce, jest szara, brutalna, lodowata. Nic nie przemilcza i nic nie tai.
Bo Nowa Zelandia wcale nie jest słoneczna, choć nostalgiczna. Niestereotypowa. 
Bo Kraków jest dobrze pokazany jest niejako bohaterem drugoplanowym. Gęstym od wspomnień, pięknym.
To historia złych wyborów, które miały być dobre, najlepsze. 
To o tym, jak Adam traci córkę w wypadku. I jak tego dnia odnajduje przeszłość. W muzeum holokaustu znajduje na ścianie tajemnicze zdjęcie i dzięki temu trafia do swojego dzieciństwa. Oddaje córkę, dostaje swój pierwszy ząb i głos matki. Dostaje Kraków, w którym wszystko się zaczęło i Kraków, w którym ma szansę zamknąć niepotrzebnie ciągnące się rozdziały. Wspomina. Boleje. Cieszy się. Powraca do życia. Układa. 
To książka na wskroś nostalgiczna. Pełna duchów.
A każda żyjąca osoba ma krzyż, bagaż, smutek, zamglone oczy, nie żyje tak naprawdę, sięga do przeszłości i w niej zanurza się do połowy, egzystuje.
Nie znalazłam ani jednej szczęśliwszej osoby w tej książce.
A mimo wszystko podobała mi się.
Jednak bardzo, bardzo duży minus za postać Cecylii - nie rozumiem jej motywacji – nie umiem poczuć tej bohaterki. Nie umiem wbić się pod jej skórę i zrozumieć, czemu tak wyznaczyła swój los. Przez to odeszłam od tej historii gdzieś bardzo daleko.

GUILLERMO MARTINEZ
„POWOLNA ŚMIERĆ LUCIANY B.”
(TŁ. RERESA TOMCZYŃSKA)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 

Moja ocena: 3,5/6 

Pewnego dnia do narratora dzwoni Luciana B. To jego dawna współpracownica, która 10 lat wcześniej przepracował u niego jeden miesiąc. Teraz jest na skraju załamania nerwowego i prosi go o pomoc – jej zdaniem Kloster, jeden z najpoczytniejszych pisarzy kryminałów, próbuje zabić jej całą rodzinę, a na końcu ją samą. Prosi narratora (nie mogę sobie przypomnieć jego imienia…) o pomoc.
To książka o zazdrości, o winie/karze, o wybaczeniu. O tym, jak duszenie w sobie oskarżeń, niepomszczonych krzywd może przerodzić się w dziką, nieposkromioną siłę. Siłę o niszczycielskim charakterze. O przepracowywaniu żalu. O demonach i o tym, jaką moc ma słowo.
Podobał mi się zabieg, który w tej książce zastosował autor. Najpierw o wszystkim opowiada Luciana. A potem sam oskarżony Kloster. I wszystko się odwraca, każdy szczegół zaczyna wyglądać inaczej. Świadczyć o czym innym.
Ale zakończenie – jak dla mnie zepsuło całą książkę. Rozumiem – idea, ale oczekiwałam dobrego, ambitnego kryminału/thrillera, a dostałam jakiś traktat o sile zemsty…

EMMANUEL CARRERE
„PRZECIWNIK”
(TŁ. GRAŻYNA MAJCHER)
MUZA SA, WARSZAWA 2004 

Moja ocena: 4/6

Przez jakiś czas ta książka mnie prześladowała. Tym bardziej, że znana mi osoba opowiedziała mi coś na jej kształt ze swojego własnego życia. Tym bardziej, ze to historia na faktach. Nie chciała mi się pomieścić w głowie i w różnych sytuacjach ze mnie wypływała. Bałam się jej/boję się nadal…
To historia Jean-Claude Romanda, który z głupiego, błahego powodu zawalił egzamin na medycynie. Rodzicom powiedział, że zdał i ze przeszedł na kolejny rok studiów. I tym samym wkręcił się w ogromną machinę kłamstwa… Okłamał wszystkich, że skończył studia, uzyskał dyplom, że dostał pracę w Instytucie Zdrowia. Przez kilkanaście lat co dzień wychodził do pracy, jeździł w delegacje, utrzymywał się z okradania własnej rodziny. Gdy jego sytuacja zaczęła wychodzić na jaw, zabił teścia, rodziców, a potem własną żonę i dwójkę małych dzieci…
Emanuel Carrere nawiązał z Romandem kontakt i próbował opisać ze szczegółami jak to się zaczęło, jak to trwało, skąd się wzięło, co powodowało Romandem. Moim zdaniem, gdy dowiedział się o tej historii (zapewne z mediów), tak samo, jak ja, nie mógł spać. Tak samo jak ja myślał, jak to jest możliwe. Jak wygląda ten człowiek. A przede wszystkim, jakie są jego „objawy”, czy da się poznać, ze ktoś wymyśla swoje życie, ze snuje historie i nazywa je własnym życiem. Czy on (ja) poznałby, gdyby jego żona/przyjaciel/brat napisał sam sobie scenariusz i zaczął grać rolę w jakimś niewyobrażalnym sitcomie…
Poruszająca historia, książka trochę mniej.

IRENA DOUSKOVA
„DUMNY BĄDŹŻEŚ”
(TŁ. JOANNA DERDOWSKA)
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2007

Moja ocena: 4,5/6

I znów lektura dzięki Lirael.
Lektura, która w pełni oddaje motto tej książki, słowa samej autorki, wypisane na okładce:
„Humor jest sposobem obrony przed agresją świata”.
O małej zagubionej, ale w sumie szczęśliwej dziewczynce w komunistycznych Czechach, która wiedzie sobie żywot obserwatora. Mało z rzeczywistości rozumie, przetwarza ją na własny użytek, tłumaczy ją sobie, jak potrafi, chłonie, analizuje i wypuszcza z siebie w postaci słów, uśmiechów, płaczu, zdziwienia. Taka maleńka istotka pośrodku sił, które mają na nią wpływ, a o których nie wie. 
Tylko najgorsze jest to, że nic z tego wszystkiego nie wynika, że owszem, jakiś wycinek świata Douskova pokazała, wyśmiała w pewnym stopniu i co? I nic.
A mnie poruszył fragment:
s.100
„W Zakopach się raz przeciwko mnie zmówili wszyscy chłopacy z bloków i każdy, kto mnie spotkał, to mi mówił: „Umrzesz”.
Ja się nawet za bardzo nie bałam, że naprawdę umrę, ale jednak bym wolała, gdyby mi mówili na przykład – cześć – albo – jak się masz. W końcu już mi się wcale nie chciało wychodzić na dwór, chociaż świeciło słońce i były wakacje. Na szczęście potem jechaliśmy do Bułgarii, a jak wróciliśmy, to już się ze mną znowu normalnie witali – czołem, parówo!”
Smutne.
Prawdziwe.
Do płaczu, choć śmieszne…

AGLAJA VETERANYI
„REGAŁ OSTATNICH TCHNIEŃ”
(TŁ. ALICJA ROSENAU)
CZARNE, WOŁOWIEC 2004 

Moja ocena: 5/6 

A z ostatniej sierpniowej książki to fragment, bo o Veteranyi ciężko się opowiada…


A dziś przeczytałam pierwsze typowania
, jeśli chodzi o Nobla literackiego… Zanim oczom mym ukazał się artykuł, napisałam na facebooku, że swojego prywatnego Nobla, to bym oddała Murakamiemu. A tu też na Niego stawiają… Może… Oby…




poniedziałek, 16 sierpnia 2010

SPECJALNIE DLA AGI D., KTÓRA JEST TAK NAPRAWDĘ AGĄ J. (OD PONAD ROKU), ALE ZAWSZE POZOSTANIE AGĄ D.


TOMASZ KWAŚNIEWSKI
„DZIENNIK TATY”
WAB, WARSZAWA 2010 
ILUSTRACJE: MARTA POKORSKA

A ten post jest specjalnie dla niej z dwóch powodów.
Pierwszy jest taki, że napisała mi jakiś cza temu, że kradnie trochę mnie z mojego bloga, więc mam pisać jak najczęściej. A ja latem średnio piszę (nie mówiąc już o tym, jak rzadko się spotykamy!!!).
A drugi jest taki, że czytając tę książkę ciągle myślałam o niej i jej malutkiej Idze, której jeszcze niestety nie miałam okazji poznać.
Bo książka jest dokładnie tym, co zapowiada tytuł. To znaczy może niedokładnie. Bo nie ma podziału chronologicznego, a jest podział alfabetyczny. I ten podział alfabetyczny jest bardzo fajny i bardzo dobrze do tej książki pasuje. 
A pasuje głównie dlatego, że według Tomasza życie/codzienność z dziećmi, to pole walki, gdzie trzeba mieć dobry plan. Dobrym planem jest w tym wypadku alfabet. Niestety – zawsze pojawiają się okoliczności nieprzewidziane. No i tak jest w tej książce – przez to, że brak tu chronologii, to trochę w niej chaosu i trochę rozgardiaszu – raz Franek się już urodził, raz jeszcze go nie ma, a przez to idealnie oddaje nastrój pola walki (czytaj domowego zacisza czteroosobowej rodziny).
Tomasz, który wcześniej popełnił już ”Dziennik ciężarowca”, teraz pisze o tym, jak to jest, gdy dziecko się już pojawi. A nawet nie jedno, a dwoje. 
O smutkach.
O radościach.
O sobie głównie.
W „Ciężarowcu” też pisał głównie o sobie, ale to było nowe, świeże i wcześniej nie czytałam o tym, jak mężczyzna jest w ciąży. Co on czuje, czego się spodziewa, czego się boi, czego nie wie. To było fascynujące, bo zazwyczaj patrzymy z drugiej strony, zazwyczaj kobieta opowiada o tym, kogo ma w brzuchu i jak to na nią wpływa. A Tomasz opowiedział o tym, co musi czuć facet, który zasiał i niedługo zacznie zbierać plon. I pamiętam, że „Ciężarowca” połknęłam, głownie w SKMce, bo jeździłam wtedy do pracy daleko, zaśmiewałam się i nawet gdzieniegdzie łezkę uroniłam.
A teraz, gdy Tomasz z ciężarowca stał się tatą to jakoś tak mi się to wszystko czytało… bo ja wiem… znajomo. Bo myślałam – e, to już było (i to było znacznie, znacznie lepiej, przy okazji ”Jędrnych kaktusów” na przykład).
I wiem, rozumiem, że to dziennik, ale Tomasz, jak dla mnie, jest za bardzo skupiony na sobie. Miał opowiadać o byciu tatą, tymczasem jest trochę tak, że opowiada jak to jest już nie być nie-tatą. Żal za okresem, gdy był sam, albo z Agnieszką (żoną) tylko. Oczywiście wszystko jest poprawne i zaraz sam siebie gani, przywołuje do porządku i stwierdza, że nie wie, co by bez swoich dzieci i żony począł, że nauczyły go, czym jest miłość, szczęście itp., itd… 
A praktyczne każdy rozdział ma w sobie nutkę tego buntu, tracenia kontroli i cierpliwości, wybuchu, za który potem przeprasza żonę albo jedno dziecko, albo drugie.
Niewątpliwe ta książka jest szczera. Bo mówi na przykład o napięciu seksualnym między rodzicem a dzieckiem (jest takie, a ja o tym nie wiedziałam – pewnie to swoiste polskie tabu), o okradaniu dziecięcej skarbonki, o wpływie relacji z ojcem na relację z córką, o kłótniach z żoną, o uzależnieniu Tomasza od hazardu… 
Tylko, że ja odbieram ją, jako szczerą na siłę i mimo wszystko „poprawną politycznie”. Uładzoną, tam, gdzie trzeba. Niedociągniętą. 
Nie wywołała już we mnie tych emocji, co „Dziennik ciężarowca”. Jest jakby mniej dla wszystkich (czytaj czytelnika), a bardziej dla samego Tomasza (czytaj rodzaj autoterapii).
I plusem niewątpliwym jest to, że gdy czytałam tę książkę, to myślałam mocno o Adze, tęskniłam do niej (a to ze względu, że ma najmniejszą aktualnie znaną mi dzidzię). Myślałam o tym, jak sobie radzi, jak wygląda, gdy przewija Igę, jak jej śpiewa i jakie bajki ma dla niej na półce z książkami, jak do niej mówi, jaka jest, jako mama… 
Ale minusem, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, ile ta książka ma jeszcze stron i czy długo mi jeszcze zejdzie, zanim ją skończę…
A najlepsze w tej książce są ilustracje.

Przemawiają do mnie mocniej, niż słowa Tomasza.



(No ale może to tak już jest z kontynuacjami… Bo ”Ballada o chaosiku” też już mi się nie bardzo podobała…)

Aga – tęsknię, wiesz?

Moja ocena: 3/6

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

FRAGMENT Z GAVALDY


Nie mogłam się powstrzymać, by nie zamieścić fragmentu z książki "Ostatni raz" (str. 25,26,27).

Piękny fragment, takie swoiste pars pro toto... 

ZALEGŁOŚCI: KSIĄŻKI

Jest mi wstyd niezmiernie, że zaniedbałam tak okrutnie moje pisanie. Przez lato. Prze słońce. Przez kometkę, bo mamy nowe rakietki. Przez morze, bo jeździmy czasem tylko po to, żeby 20 minut ponieść leżaki przez las, posiedzieć 15 nad wodą i wrócić. Przez koncerty, bo cała ich masa w Trójmieście i nie wiem, co wybierać. Przez lenistwo, które ogarnia mnie, gdy za oknem słyszę śmiechy dzieci. Przez „Czterdziestolatka”, którego maraton zafundowaliśmy sobie z Mężem w domowym zaciszu. I tak dalej, i tak dalej…
Teraz postanowiłam, że szybko w kilku słowach opowiem o tym, co czytałam, co widziałam (w kolejnym poście), żeby w sierpień wejść bez zaległości, co uwierają.

PETER PEZZELLI
„KUCHNIA FRANCESKI”
(TŁ. ELŻBIETA ZYCHOWICZ)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2010 
Szczerze mówiąc ta książka mnie zawiodła. Spodziewałam się feerii barw, zapachów, smaków, a tymczasem jest tam mało jedzenia, mało Italii. Wspominam czasami „Afrodyzjak”, gdzie samo czytanie tej pozycji pobudzało ślinianki i uruchamiało machinę wyobraźni. To jest zwykła, dobrze się czytająca historyjka o Francesco. To starsza pani, która mieszka od wielu, wielu lat w Stanach. Jej dzieci dorosły, porozjeżdżały się po różnych stanach Ameryki, a Franceska przestała czuć się potrzebna. Postanawia w jakiś sposób odmienić swoje życie i zatrudnia się jako opiekunka do dzieci u samotnej matki Loretty. I zmienia jej dom, jej świat i całe jej życie.
Ale w sumie we Francesco spodziewałam się odnaleźć włoską mammę, która zagniata domowy makaron, głośno mówi i przemienia wszystko wokół siebie niejako przy okazji, przez przypadek. A Francuska jest bardzo zamerykanizowana, jej kuchnia tez nie jest tradycyjną, włoską kuchnią i pojawia się rzadko, nie wybija się na pierwsze miejsce. 
Dobrze się czytało, ale już po kilku pierwszych zdaniach wiedziałam, jaki będzie koniec.
Oczywiście happy, bo jaki miałby być?

Moja ocena: 4/6

ERIC-EMANUEL SCHITT
„ZAPASY Z ŻYCIEM”
(TŁ.AGATA SYLWESTRZAK-WSZELAKI)
ZNAK, KRAKÓW 2010 
Jun jest bezdomny. Ma kilkanaście lat, mieszka pod mostem, sprzedaje badziewiaste pamiątki na ulicach Tokio. Pewnego dnia spotyka mistrza sumo, który „widzi w nim grubego gościa” Jun nie chce się mu poddać, ale w końcu zgadza się zobaczyć zawody. 
Banalna, coelhowska, przewidywalna, nie zaskoczyła mnie tak jak „Oskar i pani Róża”. Kilka banałów upchanych w ciut egzotycznej scenerii – zawodnicy sumo, obcy świat za zamkniętymi drzwiami, ale nic nie wnosi. Kazanie o miłości i odnajdywaniu siebie, które wszyscy słyszeliśmy po tysiąckroć. Jedyna postać, która miała szansę uratować tę mini-powieść to matka głównego bohatera. Ale zniknęła zbyt szybko – musnęła tylko kartki powieści i zaraz zeszła ze sceny. Kobieta chora na miłość do świata… Podobał mi się motyw listów pisanych przez analfabetkę – piękne przesłania zamknięte w kopercie i to już, nic więcej w tej książce nie znalazłam. 

Moja ocena: 3,5/6

KATARZYNA GROCHOLA
„ZIELONE DRZWI”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2010 
Autobiograficzna pozycja Grocholi. Sięgnęłam po nią trochę z nudów (w miejscu pracy, gdzie sobie akurat leżała na okienku, była lekka, nie wymagała skupienia i mogłam ją odłożyć w każdej chwili, żeby zająć się pracą). I w sumie świetnie mi się ją czytało. Pozytywna, niewiarygodna w pewien sposób, ale dając jakąś dużą, ogromną dawkę nadziei. Tak jak sama Grochola napisała – gdyby tymi wszystkimi historiami obdarzyła swoich bohaterów (chociaż w dużym stopniu daje im siebie, swoje życie), to czytelnicy popukali by się w głowy i stwierdzili, ze wymyśla, ze nie zachowuje wymogów gatunku – że brak prawdopodobieństwa. Tymczasem się wydarzył, się opisało i się przeczytało. Dobrze się przeczytało.

Moja ocena: 4,5/6

ANNA GAVALDA
„OSTATNI RAZ”
(TŁ. MAGDALENA KRZYŻOSIAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 
Mam problem z tą książką. Podobała mi się, ale zostawiła tak wielki niedosyt, że aż brak tchu… Mii historyjka o sile braterstwa/siostrzeństwa. Dwie siostry i jeden brat jadą na wesele kuzynki. Jadą, bo mają nadzieję na spotkanie z czwartym z rodzeństwa. Znają się jak wnętrza własnych dłoni. Znają swoje rysy twarzy i rysy charakterów. Znają złe słowa i dobre słowa, komendy na uśmiech i zaklęcia, które przepędzają złe sny. W jednym aucie jedzie z nimi żona/bratowa. Jest SPOZA. Wykluczona. Nie zna gier i haseł do rodzeństwa. Odstaje, odbiega. Siostry brutalnie igrają z jej uczuciami. Zazdrosne o brata wyrywają go po kawałku idealnej żonie. Gdy dojeżdżają na miejsce okazuje się, że czwartego nie ma, nie będzie. Zostawiają karteczkę z wiadomością, walizkę bratowej/żony i jadą, żeby zobaczyć się z brakującym ogniwem. I już. To wszystko.
To książka-zabawa, książka-hołd dla dzieciństwa, książka-lista, książka-wspomnienie. 
Krótka i wywołująca wspomnienia.
Za krótka.
Specyficzna (szczególnie językowo), ale dobra.

Moja ocena: 4,5/6

MATHIAS MALZIEU
„MECHANIZM SERCA”
(TŁ. MAGDALENA KRZYŻOSIAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 
W momencie, gdy przeczytałam zapowiedź tej ksiązki, wiedziałam, że to będzie coś innego, niesamowitego, godnego uwagi. Jest.
Jack urodził się w najzimniejszym dniu w dziejach świata. Jego serce zamarzło, gdy się rodził. Akuszerka/czarodziejka/wynalazca wstawiła mu zamiast tego mechanizm zegara. Chłopiec przeżył i zamieszkał ze swoją wybawicielką. Jedyną wskazówką, której miał przestrzegać, było to, by nigdy się nie zakochać. Miłość, jako uczucie najsilniejsze ze wszystkich, nie przewidziane zostało na wątłe wskazówki zegarowe.
Ale czy można żyć bez miłości?
Książka przepiękna.
Język, który czaruje, odurza, pełny zaskakujących połączeń, zbitek słów, romansów słów, o których nigdy nie powiedzielibyśmy, że do siebie pasują. Czepliwość słów, zazębianie się, tak jak przekładki i zębatki w starym zegarze, nienaruszalność wielkiej, słownej konstrukcji.
Książka bezdennie, dogłębnie smutna, historia bez happy endu – tak, jak bajki Andersena. O tym, jak brak słów może zabić nawet największą miłość. 

Moja ocena: 5,5/6

SARAH ADDISON ALLEN
„KRÓLOWA SŁODYCZY”
(TŁ. MACIEJKA MAZAN)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010
Wiem, że to w jakim czasie swego życia czytamy daną książkę, ma wpływ na to, czy nam się podoba, czy nas porusza. A „Królową słodyczy” czytałam podczas Festiwalu GLOBALTICA. W dzień czytałam siedząc na balkonie, słuchając deszczu, a w nocy tańczyłam na mokrej trawie i słuchałam. Niesamowity klimat, niesamowite głosy (pokochałam Mercedes Peon!) i ciągle w tle słodka historia.
Naiwna nieco, nie przeczę, słodka, momentami aż do bólu zębów. Ale świetna na lato, nawet na to deszczowe. 
Josey kocha się w listonoszu Adamie. Wyczuwa go w powietrzu, drgają jej wszystkie mięśnie, gdy tylko się zbliża. Wie, ze jest on tym jedynym. Nigdy nie zrobi pierwszego kroku. Jest okrągła i zakompleksiona. W szafie ukrywa spiżarnię – zamiast nowych ciuchów kupuje czekoladki, cukierki, ciasteczka i układa je w wyjątkowej skrytce. Jej matka była kiedyś najpiękniejszą dziewczyną w mieście i nie może znieść, ze Jose ma nadwagę. Pewnego dnia w szafie dziewczyny pojawia się Della. I to Della zmieni życie Josey, pokazując jej, że jest wartościowa taka, jaka jest.
Moją ulubioną bohaterką została jednak Chloe. Dziewczyna, która kocha czytać. A książki znajdują ją. Gdy ma jakiś kłopot – pojawia się odpowiedni poradnik. Gdy się nudzi – dobra powieść, gdy chce coś ugotować – ksiązka kucharska. Chodzą za nią dotąd, dokąd ich nie przeczyta i nie znajdzie dla siebie dobrej rady. Boją się tylko łazienki, bo mają hydrofobię… 

„Książki potrafią być zaborcze, prawda? Chodzisz po księgarni i nagle któraś się na ciebie rzuca, jakby umiała się ruszać. Czasami to, co zawiera, zmienia twoje życie, a czasem nawet nie chcesz jej przeczytać. Czasami sama jej obecność wystarczy, żeby przynieść ulgę. Niektórych książek nawet nie otworzyliśmy. Po co je kupujecie, skoro ich nie czytacie? – spytała nasza córka. To tak, jakby spytać kogoś samotnego, po co kupił kota. Dla towarzystwa, oczywiście.” [s.168]

Lekka, przyjemna, na zawsze będzie mi się kojarzyć z przyjemnością.

Moja ocena: 4,5/6


SHARON SALA
„UZDROWICIEL”
(TŁ. KLARYSA SŁOWICZANKA)
MIRA, WARSZAWA 2009
Zawód. Ogromny! Na tę książkę w bibliotece polowałam od bardzo dawna. Kocham wilki, fascynują mnie, więc byłam przekonana, że to będzie pozycja dla mnie. Nie wystawiłam jedynki tylko i wyłącznie za sam pomysł. Bo pomysł ciekawy – Alaska, zaśnieżona kraina, gdzie pewnego dnia wilczyca przyprowadza dziecko. Zostawia je ludziom i ucieka. Chłopca przygarnia miejscowy lekarz. Nie wiadomo kim chłopak jest, skąd pochodzi. Początkowo nawet nie mówi, wykazuje zachowania typowe dla wilków. Wkrótce przystosowuje się do życia wśród ludzi, ale okazuje się, że ma pewien dar – jest uzdrowicielem. Nieopatrznie leczy człowieka, który zamiast wdzięczności, okazuje mu niezdrowe zainteresowanie i ma wobec niego własny plan – chce go schwytać i w ten sposób, korzystając z jego mocy, uczynić siebie nieśmiertelnym. Chłopak zaczyna tułaczkę – wielką ucieczkę przez szalonym prześladowcą. Po swojej stronie ma tylko zwierzęta, z którymi umie rozmawiać.
To tylre pomysł. ale wykonanie – nie wiem, czy to wina tłumacza, czy autora – to taki mały koszmarek, gdzie kobieta, zakochana w uzdrowicielu dostaje orgazmu, dotykając jego piersi i gdzie uzdrowiciel, gdy drugi raz przychodzi do nowej pracy „JAK ZWYKLE siada do śniadania, JAK ZWYKLE robi to, czy tamto”. Raziło i zawiodło – tyle mogę powiedzieć o tej książce.

Moja ocena: 2/6

Duża część zaległości za mną. Jeszcze filmy. I mamy sierpień…