poniedziałek, 9 sierpnia 2010

FRAGMENT Z GAVALDY


Nie mogłam się powstrzymać, by nie zamieścić fragmentu z książki "Ostatni raz" (str. 25,26,27).

Piękny fragment, takie swoiste pars pro toto... 

ZALEGŁOŚCI: KSIĄŻKI

Jest mi wstyd niezmiernie, że zaniedbałam tak okrutnie moje pisanie. Przez lato. Prze słońce. Przez kometkę, bo mamy nowe rakietki. Przez morze, bo jeździmy czasem tylko po to, żeby 20 minut ponieść leżaki przez las, posiedzieć 15 nad wodą i wrócić. Przez koncerty, bo cała ich masa w Trójmieście i nie wiem, co wybierać. Przez lenistwo, które ogarnia mnie, gdy za oknem słyszę śmiechy dzieci. Przez „Czterdziestolatka”, którego maraton zafundowaliśmy sobie z Mężem w domowym zaciszu. I tak dalej, i tak dalej…
Teraz postanowiłam, że szybko w kilku słowach opowiem o tym, co czytałam, co widziałam (w kolejnym poście), żeby w sierpień wejść bez zaległości, co uwierają.

PETER PEZZELLI
„KUCHNIA FRANCESKI”
(TŁ. ELŻBIETA ZYCHOWICZ)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2010 
Szczerze mówiąc ta książka mnie zawiodła. Spodziewałam się feerii barw, zapachów, smaków, a tymczasem jest tam mało jedzenia, mało Italii. Wspominam czasami „Afrodyzjak”, gdzie samo czytanie tej pozycji pobudzało ślinianki i uruchamiało machinę wyobraźni. To jest zwykła, dobrze się czytająca historyjka o Francesco. To starsza pani, która mieszka od wielu, wielu lat w Stanach. Jej dzieci dorosły, porozjeżdżały się po różnych stanach Ameryki, a Franceska przestała czuć się potrzebna. Postanawia w jakiś sposób odmienić swoje życie i zatrudnia się jako opiekunka do dzieci u samotnej matki Loretty. I zmienia jej dom, jej świat i całe jej życie.
Ale w sumie we Francesco spodziewałam się odnaleźć włoską mammę, która zagniata domowy makaron, głośno mówi i przemienia wszystko wokół siebie niejako przy okazji, przez przypadek. A Francuska jest bardzo zamerykanizowana, jej kuchnia tez nie jest tradycyjną, włoską kuchnią i pojawia się rzadko, nie wybija się na pierwsze miejsce. 
Dobrze się czytało, ale już po kilku pierwszych zdaniach wiedziałam, jaki będzie koniec.
Oczywiście happy, bo jaki miałby być?

Moja ocena: 4/6

ERIC-EMANUEL SCHITT
„ZAPASY Z ŻYCIEM”
(TŁ.AGATA SYLWESTRZAK-WSZELAKI)
ZNAK, KRAKÓW 2010 
Jun jest bezdomny. Ma kilkanaście lat, mieszka pod mostem, sprzedaje badziewiaste pamiątki na ulicach Tokio. Pewnego dnia spotyka mistrza sumo, który „widzi w nim grubego gościa” Jun nie chce się mu poddać, ale w końcu zgadza się zobaczyć zawody. 
Banalna, coelhowska, przewidywalna, nie zaskoczyła mnie tak jak „Oskar i pani Róża”. Kilka banałów upchanych w ciut egzotycznej scenerii – zawodnicy sumo, obcy świat za zamkniętymi drzwiami, ale nic nie wnosi. Kazanie o miłości i odnajdywaniu siebie, które wszyscy słyszeliśmy po tysiąckroć. Jedyna postać, która miała szansę uratować tę mini-powieść to matka głównego bohatera. Ale zniknęła zbyt szybko – musnęła tylko kartki powieści i zaraz zeszła ze sceny. Kobieta chora na miłość do świata… Podobał mi się motyw listów pisanych przez analfabetkę – piękne przesłania zamknięte w kopercie i to już, nic więcej w tej książce nie znalazłam. 

Moja ocena: 3,5/6

KATARZYNA GROCHOLA
„ZIELONE DRZWI”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2010 
Autobiograficzna pozycja Grocholi. Sięgnęłam po nią trochę z nudów (w miejscu pracy, gdzie sobie akurat leżała na okienku, była lekka, nie wymagała skupienia i mogłam ją odłożyć w każdej chwili, żeby zająć się pracą). I w sumie świetnie mi się ją czytało. Pozytywna, niewiarygodna w pewien sposób, ale dając jakąś dużą, ogromną dawkę nadziei. Tak jak sama Grochola napisała – gdyby tymi wszystkimi historiami obdarzyła swoich bohaterów (chociaż w dużym stopniu daje im siebie, swoje życie), to czytelnicy popukali by się w głowy i stwierdzili, ze wymyśla, ze nie zachowuje wymogów gatunku – że brak prawdopodobieństwa. Tymczasem się wydarzył, się opisało i się przeczytało. Dobrze się przeczytało.

Moja ocena: 4,5/6

ANNA GAVALDA
„OSTATNI RAZ”
(TŁ. MAGDALENA KRZYŻOSIAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 
Mam problem z tą książką. Podobała mi się, ale zostawiła tak wielki niedosyt, że aż brak tchu… Mii historyjka o sile braterstwa/siostrzeństwa. Dwie siostry i jeden brat jadą na wesele kuzynki. Jadą, bo mają nadzieję na spotkanie z czwartym z rodzeństwa. Znają się jak wnętrza własnych dłoni. Znają swoje rysy twarzy i rysy charakterów. Znają złe słowa i dobre słowa, komendy na uśmiech i zaklęcia, które przepędzają złe sny. W jednym aucie jedzie z nimi żona/bratowa. Jest SPOZA. Wykluczona. Nie zna gier i haseł do rodzeństwa. Odstaje, odbiega. Siostry brutalnie igrają z jej uczuciami. Zazdrosne o brata wyrywają go po kawałku idealnej żonie. Gdy dojeżdżają na miejsce okazuje się, że czwartego nie ma, nie będzie. Zostawiają karteczkę z wiadomością, walizkę bratowej/żony i jadą, żeby zobaczyć się z brakującym ogniwem. I już. To wszystko.
To książka-zabawa, książka-hołd dla dzieciństwa, książka-lista, książka-wspomnienie. 
Krótka i wywołująca wspomnienia.
Za krótka.
Specyficzna (szczególnie językowo), ale dobra.

Moja ocena: 4,5/6

MATHIAS MALZIEU
„MECHANIZM SERCA”
(TŁ. MAGDALENA KRZYŻOSIAK)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010 
W momencie, gdy przeczytałam zapowiedź tej ksiązki, wiedziałam, że to będzie coś innego, niesamowitego, godnego uwagi. Jest.
Jack urodził się w najzimniejszym dniu w dziejach świata. Jego serce zamarzło, gdy się rodził. Akuszerka/czarodziejka/wynalazca wstawiła mu zamiast tego mechanizm zegara. Chłopiec przeżył i zamieszkał ze swoją wybawicielką. Jedyną wskazówką, której miał przestrzegać, było to, by nigdy się nie zakochać. Miłość, jako uczucie najsilniejsze ze wszystkich, nie przewidziane zostało na wątłe wskazówki zegarowe.
Ale czy można żyć bez miłości?
Książka przepiękna.
Język, który czaruje, odurza, pełny zaskakujących połączeń, zbitek słów, romansów słów, o których nigdy nie powiedzielibyśmy, że do siebie pasują. Czepliwość słów, zazębianie się, tak jak przekładki i zębatki w starym zegarze, nienaruszalność wielkiej, słownej konstrukcji.
Książka bezdennie, dogłębnie smutna, historia bez happy endu – tak, jak bajki Andersena. O tym, jak brak słów może zabić nawet największą miłość. 

Moja ocena: 5,5/6

SARAH ADDISON ALLEN
„KRÓLOWA SŁODYCZY”
(TŁ. MACIEJKA MAZAN)
ŚWIAT KSIĄŻKI, WARSZAWA 2010
Wiem, że to w jakim czasie swego życia czytamy daną książkę, ma wpływ na to, czy nam się podoba, czy nas porusza. A „Królową słodyczy” czytałam podczas Festiwalu GLOBALTICA. W dzień czytałam siedząc na balkonie, słuchając deszczu, a w nocy tańczyłam na mokrej trawie i słuchałam. Niesamowity klimat, niesamowite głosy (pokochałam Mercedes Peon!) i ciągle w tle słodka historia.
Naiwna nieco, nie przeczę, słodka, momentami aż do bólu zębów. Ale świetna na lato, nawet na to deszczowe. 
Josey kocha się w listonoszu Adamie. Wyczuwa go w powietrzu, drgają jej wszystkie mięśnie, gdy tylko się zbliża. Wie, ze jest on tym jedynym. Nigdy nie zrobi pierwszego kroku. Jest okrągła i zakompleksiona. W szafie ukrywa spiżarnię – zamiast nowych ciuchów kupuje czekoladki, cukierki, ciasteczka i układa je w wyjątkowej skrytce. Jej matka była kiedyś najpiękniejszą dziewczyną w mieście i nie może znieść, ze Jose ma nadwagę. Pewnego dnia w szafie dziewczyny pojawia się Della. I to Della zmieni życie Josey, pokazując jej, że jest wartościowa taka, jaka jest.
Moją ulubioną bohaterką została jednak Chloe. Dziewczyna, która kocha czytać. A książki znajdują ją. Gdy ma jakiś kłopot – pojawia się odpowiedni poradnik. Gdy się nudzi – dobra powieść, gdy chce coś ugotować – ksiązka kucharska. Chodzą za nią dotąd, dokąd ich nie przeczyta i nie znajdzie dla siebie dobrej rady. Boją się tylko łazienki, bo mają hydrofobię… 

„Książki potrafią być zaborcze, prawda? Chodzisz po księgarni i nagle któraś się na ciebie rzuca, jakby umiała się ruszać. Czasami to, co zawiera, zmienia twoje życie, a czasem nawet nie chcesz jej przeczytać. Czasami sama jej obecność wystarczy, żeby przynieść ulgę. Niektórych książek nawet nie otworzyliśmy. Po co je kupujecie, skoro ich nie czytacie? – spytała nasza córka. To tak, jakby spytać kogoś samotnego, po co kupił kota. Dla towarzystwa, oczywiście.” [s.168]

Lekka, przyjemna, na zawsze będzie mi się kojarzyć z przyjemnością.

Moja ocena: 4,5/6


SHARON SALA
„UZDROWICIEL”
(TŁ. KLARYSA SŁOWICZANKA)
MIRA, WARSZAWA 2009
Zawód. Ogromny! Na tę książkę w bibliotece polowałam od bardzo dawna. Kocham wilki, fascynują mnie, więc byłam przekonana, że to będzie pozycja dla mnie. Nie wystawiłam jedynki tylko i wyłącznie za sam pomysł. Bo pomysł ciekawy – Alaska, zaśnieżona kraina, gdzie pewnego dnia wilczyca przyprowadza dziecko. Zostawia je ludziom i ucieka. Chłopca przygarnia miejscowy lekarz. Nie wiadomo kim chłopak jest, skąd pochodzi. Początkowo nawet nie mówi, wykazuje zachowania typowe dla wilków. Wkrótce przystosowuje się do życia wśród ludzi, ale okazuje się, że ma pewien dar – jest uzdrowicielem. Nieopatrznie leczy człowieka, który zamiast wdzięczności, okazuje mu niezdrowe zainteresowanie i ma wobec niego własny plan – chce go schwytać i w ten sposób, korzystając z jego mocy, uczynić siebie nieśmiertelnym. Chłopak zaczyna tułaczkę – wielką ucieczkę przez szalonym prześladowcą. Po swojej stronie ma tylko zwierzęta, z którymi umie rozmawiać.
To tylre pomysł. ale wykonanie – nie wiem, czy to wina tłumacza, czy autora – to taki mały koszmarek, gdzie kobieta, zakochana w uzdrowicielu dostaje orgazmu, dotykając jego piersi i gdzie uzdrowiciel, gdy drugi raz przychodzi do nowej pracy „JAK ZWYKLE siada do śniadania, JAK ZWYKLE robi to, czy tamto”. Raziło i zawiodło – tyle mogę powiedzieć o tej książce.

Moja ocena: 2/6

Duża część zaległości za mną. Jeszcze filmy. I mamy sierpień…


poniedziałek, 26 lipca 2010

„MYŚLĄCA KOBIETA JEST JAK PODZIEMNA RZEKA…”


REBECCA MILLER
„SIEDEM KOBIET”
(TŁ. JĘDRZEJ POLAK)
MUZA SA, WARSZAWA 2010 

„…nigdy nie wiadomo, skąd tryśnie, żeby cię zalać i utopić.” [s.95]
Ten cytat wybrałam na tytuł trochę na przekór. Bo właściwie jest zaprzeczeniem całej twórczości Rebecci Miller, jaką poznałam do tej pory. I bardzo mocno widać to w jej zbiorze opowiadań – tak jak w tytule – mówiącym o siedmiu różnych kobietach. A właściwie o jednej kobiecie w siedmiu różnych rolach, w siedmiu różnych wcieleniach, fryzurach, sukienkach, o siedmiu różnych imionach i wykrojach ust. A właściwie, jeśli im się przyjrzeć wszystkie mówią to samo, wszystkie są tym samym, wszystkie mają podobne myśli i podobnie się poruszają – chodząc i płynąc przez życie.
To książka o kobietach nieszczęśliwych, o kobietach, które uciszają własne ja, chowają same siebie do małego pudełeczka, zamykają je na malutki kluczyk, który połykają. Czasem zdarza się, że kluczyk po wielu latach wylatuje z ich ust, ale częściej trawi się i po prostu znika.
To książka o tym, jak kobieta poddaje się, podkłada pod mężczyznę – we wszystkich znaczeniach tego słowa – czyni siebie jego podnóżkiem. 
„Nigdy nie napisze dobrego wiersza. Zamiast tego wyszła za mąż za wielkiego poetę. Była zagniataczką ciasta na chleb, piastunką gotowanych łososi. Wpadła przez zastawione przez samą siebie sidła. Nigdy nie będzie dobra, bo nie ma na to czasu.” [s.88]
Mężczyźni w tych opowieściach są niedostępnymi, ludzkimi/nieludzkimi posągami. Są panami sytuacji, świata, domu, kobiet. 
„Julianne przyglądała się lśniącym ciemnym włosom córki biegnącej do ojca. Wiedziała, ze Daisy jej potrzebuje, ale sama nie była pewna, czy ją kocha. Córeczka przybiegała do niej z bolącym uchem, brzuchem, nierozczesanymi włosami i nocnymi koszmarami, ale gdy wszystko szło dobrze, wolała zwracać się do Joego – wielkiego ukochanego tatusia. Uwielbiała go.” [s.85] Ich rola sprowadza się do tego, że albo biją, albo są na piedestale, ściągani czasami, gdy kobietom potrzeby jest seks.
Dla mnie w tych historiach brak normalnych stosunków międzyludzkich. Wszystkie są jakieś wynaturzone, dziwne, „kreaturalne”…
Kobiety zaś mają obsesję seksu, obsesję ciała, obsesję bycia podziwianą, ale tylko po to, by dojść w życiu do tego punktu, gdzie ktoś je łowi, oswaja, usidla, wtłacza w kuchenny fartuszek i wtedy mogą stać się mechanicznymi żonami, poddanymi, służalczo machającymi niewidzialnymi ogonami na powitanie swego właściciela. Wabić ciałem, by przywabić tego najwłaściwszego. I wstydzą się tego, kim były w przeszłości. Tylko ich sny, dzikie i skrywane, przeganiane po przebudzeniu, są wyrazem tego, czego się boją, czego pragną, czego chcą, czego sobie nie uświadamiają. 
Dużo motywów łączy ten zbiorek z „Prywatnym życiem Pipy Lee”: burzliwa młodość, złe wybory, pokutowanie wbrew sobie, ujarzmiona młodość, starszy mężczyzna jako ostoja, nawet imię Herb i nazwisko Shapiro bohaterów opowiadań, to te, które były w „Pippie”
Z tym, ze w opowiadaniach to wyrwane sceny z życia, takie migawki, pourywane, bez początku i końca. Przez to czułam się trochę jak podglądacz, który wchodzi z butami w czyjeś życie, ale tylko na chwilę, na sekundę, nie znając tak naprawdę całego obrazu sytuacji. To liźnięcia, maźnięcia… Chwile zabawy, lub przerażenia. Ale właściwie nic nie wnoszące. Miller pokazuje nam jakieś sceny, ale tak naprawdę nic w tych kobietach się nie zmienia, nic nie wpływa na ich sytuację. Czasami (w większości) te kobiety miały dla mnie niejasne motywacje, nie potrafiłam za nimi nadążyć iż rozumieć ich, a już na pewno nie wcielić się nie, wniknąć. Nie miałam szansy ich poznać, zbadać.
Tytuł/cytat jest przewrotny, ponieważ w tym zbiorku to mężczyźni, w ten czy inny sposób, niszczą i zmieniają kobiety.

Moja ocena: 4/6

„PRYWATNE ŻYCIE PIPPY LEE”
USA, 2009
SC. Rebecca Miler
REŻ. Rebecca Miller 
ZDJ. Declan Quinn
WYST. Robin Wright Penn/Blake Lively/Madeleine McNulty (Pippa), Kenau Reeves (Chris), Alan Arkin (Herb), Maria Bello (Suky)

A traf chciał, że całkiem niedawno oglądałam ekranizację „Prywatnego życia Pippyy Lee”, więc powieść też powróciła do mnie w najmniejszych szczegółach. Bo właściwie obraz jest bardzo, bardzo wierny książce. To co mi się podobało w tym filmie to zdjęcia, główna bohaterka – tzn. Blake Lively, grająca nastoletnią Pippę i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że bohaterowie wypowiadają wszystkie kwestie, które skrzętnie sobie z książki wypisałam. To było dość niesamowite, bo w jakiś sposób najbardziej mnie poruszyły i okazało się, że były również najważniejsze dla twórczyni książki/filmu. Ale oczywiście film zrobił na mnie mniejsze wrażanie, niż słowo pisane. Ale w głównej mierze pewnie dlatego, że znam zakończenie, znałam każdą scenę – po kolei, jakbym jeszcze raz czytała książkę śledziłam losy Pipy – kobiety w średnim wieku, która oddała swoje życie starszemu mężczyźnie po to, by zapewnił jej bezpieczeństwo. Stałą się „piastunką łososi”, żeby on mógł być twórczy i kreatywny. A teraz powoli przypomina sobie swoje życie – głównie dzięki snom (lunatycznie oddaje się obżarstwu, czemuś, czego odmawia sobie za dnia i to otwiera jej oczy na przebieg całego jej życia).

Moja ocena: 4/6

Podsumowując – obydwa twory (film o Pippie i ksiązka o siedmiu kobietach) są dobre, ale nie zaparło mi tchu, podczas ich poznawania.


wtorek, 20 lipca 2010

JAK NIE KIJEM GO…


NATASHA SOLOMONS
„LISTA PANA ROSENBLUMA”
(TŁ. ALEKSANDRA GÓRSKA)
REBIS, POZNAŃ 2010 

Porobiło mi się trochę zaległości. Nie w czytaniu - w pisaniu. A to wszystko przez upały, które wygniły mnie nad morze, albo na balkon z miską przepysznego deseru . I jeszcze przez FETĘ, która jak zwykle wciągnęła mnie na 3 dni (czwartek musiałam ominąć bo byłam w pracy). I przez różne takie… Więc się namnożyło i teraz muszę to ogarnąć, poprzypominać sobie, bo boję się, że umknie, ze zapomnę, ze zginie, a niektóre rzeczy chciałabym pozostawić za wszelką cenę.
Zaczynam nadrabianie od paru słów na temat książki, która mnie zainteresowała na poziomie zapowiedzi. Kędzierzawa świnia była zagadką, którą chciałam rozwiązać i dlatego sięgnęłam po książkę.
To historia pana Rosenbluma i jego przeuroczej żony. Są niemieckimi Żydami i uciekają przed wojenną pożogą i przez Hitlerowymi planami do Wielkiej Brytanii. Pan Rosenblum stawia sobie za cel jedno – stać się angielskim dżentelmenem, sprawić, by wszelkie różnice między nim a typowym Brytyjczykiem zatarły się,. Zaczyna tworzyć listę, która ma w tym pomóc. Na liście są różne rzeczy – Anglik nigdy się nie spóźnia, Anglik musi zawsze mówić po angielsku, Angielka powinna mieć włosy zabarwione fioletową płukanką… Rosenblum po kolei odhacza punkty na swojej liście. Staje się to jego obsesją i jego fetyszem. Jednego punktu jednak nie może odznaczyć – gry w golfa. Powojenna Brytania nie chce bowiem uznać go za prawdziwego Anglika i nie przyjmuje go do żadnego angielskiego klubu golfowego. A przecież nie można być prawdziwym Anglikiem bez partyjki na zielonym polu… Jack ma szczwany plan godny angielskiego dżentelmena – porzuca Londyn, sprzedaje mieszkanie i nie konsultując się z żoną kupuje kawałek ziemi na wsi – tam postanawia sam, własnymi rękami, zbudować pole golfowe. Najwspanialsze pole golfowe w Wielkiej Brytanii…
To książka o przystosowaniu. Ale o mądrym przystosowaniu. O takim, które pozwala zachować swoje korzenie, swoją historię, swoje własne opowieści. 
Z tym, że na mnie ta książka nie wywarła dobrego wrażenia. Nie mogłam w nią wejść. Nie mogłam się zanurzyć. Ani ona poważna, ani komediowa. Niby wszystko naraz i właściwie wielkie nic z tego wychodzi. Czytałam długo i mozolnie, pragnąc odłożyć tę książkę chyba ze trzy razy po drodze. 
Denerwował mnie pan Rosenblum – dlatego, że był samolubny. Dążył do celu po trupach – tratując swoją żonę, jej marzenia, jej plany, jej wiarę i jej dziedzictwo. I właściwie w imię czego? 
Czasem jawił mi się jako doświadczony historią Żyd, który musi uciec przed strachem. Czasem jako jowialny straszy pan, któremu nie sposób nie kibicować. Ale najczęściej jako odrażający głupiec, który w imię swoich pragnień niszczy cudze. Nie jest to jednak złożoność psychologiczna postaci, ale brak konsekwencji w budowaniu jego charakteru. Mam wrażenie, że autorka sama nie wiedziała, co chce powiedzieć o panu Rosenblumie.
Poza tym trochę banału, trochę słodkości do bólu zębów. 
I dwa pozytywy na koniec – bez wątpienia jest to książka z oryginalnym pomysłem. Tylko trochę słabo wykonanym.
A po drugie Sadie, żona Jacka, jest z kolei bardzo dobrze narysowaną postacią, mądrą, bardzo pozytywną bohaterką, silną swoją historią i swoimi przekonaniami. Piękną starszą panią, która godzi się na swój los, bo nie ma innego wyjścia. I jedna wspaniała scena z tej książki – gdy Sadie piecze swój Baumtorte - tort pamiętania, żeby nie zapomnieć kim jest, skąd jest, jaka jest.

Moja ocena: 3,5/6

czwartek, 8 lipca 2010

UPAŁ SERCA


MARIE HERMANSON
„PLAŻA MUSZLI”
(TŁ. BRATUMIŁA PAWŁOWSKA)
SŁOWO/OBRAZ TERYTORIA, GDAŃSK, 2008

Idę po plaży. Parno. Słońce grzeje mi prosto w kark. Mam ociężałe ręce, nogi i głowę. Dryfuję w tej ciężkości. Płynę w gęstym powietrzu. Zanurzam stopy w rozgrzanym morzu, a zaraz potem zakopuję je w parzącym piasku. Idę. Ziarenka przyjemnie przesypują się między palcami stóp. Zmęczonymi od słońca oczami widzę małą, bosą dziewczynkę. Ciemnoskórą. W kombinezonie. Z długimi, ciemnymi włosami. Biegnie. I zaraz potem znika.
Czy naprawdę ją widziałam?
Czy to plaża pokazała mi jedną ze swoich głęboko skrywanych tajemnic?

Jestem wprost oczarowana, zaczarowana, słonecznie senna i pełna zapachów, słów, obrazów… Niesamowita książka.  
Traf chciał, że czytałam ją na plaży. Słyszałam szum fal. Słońce. Gorące, prażące. A w tej opowieści wszystko dzieje się latem, słońcem, żarem. Wszystko jest jakby trochę nierealne. Znika, gdy pierwsze liście spadają z drzew i nie wiadomo, czy działo się naprawdę, czy było tylko snem.
Dwie płaszczyzny czasowe, które scala jedna bohaterka – Ulrika. Wciąż zawieszona w tamtych letnich dniach i nocach, gdy była nastolatką, gdy na Plaży Muszli poznała swoją piękną, dziką przyjaciółkę Anne-Marie. Oddała jej swoje myśli, całą siebie, sny i każde jedno uczucie, każde bicie serca. To na poły zakochanie, to jak szaleństwo miłości, pierwszej, dziewczęcej, trochę dziecinnej jeszcze, ale trochę szukającej. Nie, nie były kochankami te dwie leśne nimfy – po prostu Ulrika zapatrzyła się w Anne-Marie, w jej jabłkowo-miodną rodzinę i trochę chciała się z nią przyjaźnić, być jedyną w jej życiu, a trochę chciała być nią, wtopić się w jej piękne, smukłe ciało i zamieszkać w niej, nią się stać i jej rodziców mieć, jako swoich. Zmieniała skórę na parę letnich miesięcy, zadomawiała się w cieniu Anne-Marie, by zebrać siły na resztę roku.
Jako dorosła kobieta wraca na Plażę Muszli ze swoimi synami, by pokazać im tęczowe ryby, które zarybiają morze w dużych ilościach, lśniący piasek, przesypujący się między palcami, jak perły, jaskinie, leżące tuż nad wodą. Przypomina sobie wszystko, co przeżywała na tej plaży – opowiada samej sobie i nam historie przyjaźni, pierwszego pocałunku i zaginionej Mai.  
Maja była przyrodnią siostrą Anne-Marie i jej rodzeństwa. Rodzina Gattmanów znalazła Maję w sierocińcu w Indiach i adoptowała. I Maja, w to lato, gdy Ulrika miała 15 lat, zaginęła. Nie było jej przez sześć tygodni. A potem nagle wróciła…
W swoim dorosłym życiu Ulrika jest naukowcem – bada mity o porwaniach przez trolle. Gdzieś w jej wnętrzu jest przekonanie, że mała Maja kiedyś widziała trolla…

Piękna książka, napisana cudnym językiem. Wielowymiarowa. Chociaż wszystkie wątki w pewnym momencie splatają się we włosach Ulriki jak warkocz, tuż przy jej głowie, gdzie rodzą się wszystkie myśli, gdzie dociekania, domysły, wspomnienia.
Postaci psychologicznie prawdopodobne. Jak żywe – ze swoimi obsesjami, marzeniami, nieralnościami, brakiem poczucia własnej wartości.
A tajemnicza, zdziczała postać Kristiny, która pojawia się w osobnych rozdziałach, mogłaby być tworem Olgi Tokarczuk – na pewno dogadałaby się z dojrzałą, tajemniczą wiedźmą (od wiedzieć!) Martą z „Domu dziennego, domu nocnego”.
Polecam.
Piękna. 

Moja ocena: 6/6

czwartek, 1 lipca 2010

NUDA


„LIMITS OF CONTROL”
Hiszpania, Japonia, USA, 2009
SC. Jim Jarmusch
REŻ. Jim Jarmusch
ZDJ. Christopher Doyle
WYST. Isaach De Bankolé, Isaach De Bankolé, Tilda Swinton, Paz de la Huerta….

Powiem od razu – to nudny film. Nic się w nim nie dzieje, chociaż jest o płatnym mordercy i chociaż jest morderstwo i chociaż jest zagadka i chociaż zmieniają się krajobrazy.
To wszystko prawda. Ale prawdą jest też to, że to film podobny do poprzednich „Jarmuschów” – o zwykłości, o codzienności, o rutynie – płatny morderca codziennie ćwiczy tai chi i za każdym razem ćwiczymy wraz z nim. Ma nawyk składania w okresowy sposób marynarki i również za każdym razem składamy ją razem z nim. 
Fabułę można streścić w dwóch zdaniach. Mężczyzna, który pod koniec filmu okazuje się być płatnym mordercą, dostaje zlecenie. Podąża ściśle wyznaczoną przez zleceniodawcę trasą, aby wykonać swoją robotę. i już.
Ale dla mnie to piękny film. Sztuka obrazu. Mistycyzm przelatujących gołębi. Intelektualne rozmowy. Galeria postaci. Śledzenie kolejnych pudełek zapałek (kto widział, ten wie, o czym mowa). Delikatność. Melodyjność obrazu. Rytm. Piękne kadry. Genialny główny bohater – wielki Murzyn, pełen spokoju, który kojarzył mi się ze skałą i z filozofią wschodu. Miejsca pokazane w tym filmie są jak perły, schowane w szkatułce miast. Wieże. Graffiti na ścianach. Kawiarnie. 
I zmieniające się filiżanki espresso – zawsze dwie w oddzielnych kubkach i za każdym razem w innego rodzaju naczyniu – to znaczy, że wszyscy znają espresso, ale każdy przyrządza je inaczej – różnorodność doświadczeń, doznań, kultur, ludzi.
Polecam ponudzić się z Jarmuschem. Ja na każdy kolejny film czekam z niecierpliwością niegodną jego obrazów. 

Moja ocena: 5,5/6


środa, 30 czerwca 2010

NA BARDZO SZYBKO O SPEŁNIENIU MARZEŃ

Żeby jeszcze zdążyć w czerwcu :-) 
Bo zacznę od tego, że tytuł mojej pracy magisterskiej to był:
„ŚNIĄCE BOHATERKI (POSTACIE KOBIET W POWIEŚCIACH OLGI TOKARCZUK)”

A potem dodam, że chyba mogę nazwać ją swoją idolką, a niewiele mam takich osób. I że dokładnie 17.06.2010 spełniło się moje marzenie, bo byłam na pierwszym z życiu spotkaniu z Olgą T. Mówiła głównie o „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, ale też wspomniała moją ukochaną, najukochańszą bohaterkę literacką, jaką jest Marta.

Była nieśmiała, czerwieniła się tak samo, jak ja i piła wodę (lub rum) z limonką i miętą. I miała cudne buty. A na koniec podpisała mi „Dom dzienny, dom nocny”, który od razu pożyczyłam P., która tam ze mną była i która teraz musi „Dom…” przeczytać, żeby zrozumieć, co tak ukochałam sobie.

Pani Olgo – pozdrowienia najserdeczniejsze, z głębi serca.