czwartek, 15 kwietnia 2010

DO KASACJI


„ALICJA”
USA, 1990
SC. Woody Allen
REŻ. Woody Allen
ZDJ. Carlo Di Palma
WYST. Mia Farrow (Alice Tate), Joe Mantegna (Joe), Keye Luke (Dr Yang)

Allena po prostu wielbię! Jest dla mnie dialogowym mistrzem, świetnym komikiem, czarodziejem słowa i czarującym neurotycznym, nieprzeciętnym, utalentowanym inteligentem. 
Ma naprawdę najlepsze dialogi w kinie światowym (jeśli zsumować, zebrać i poprzypominać sobie). To wszystko, co tworzy, to niewątpliwie dar nie tylko talentu, ale błyskotliwości i po części niesamowitego egocentryzmu (nie mówię o nim jako o człowieku, ale jako o twórcy – jako człowieka go nie znam, jako twórcę mogę go odbierać i oceniać w pewien sposób).
Ale dla mnie wszystkie jego filmy dzielą się na te z Allenem i te bez niego.
Wszystkie pozbawione postaci kreowanych przez mistrza, są gorsze.
W tych gorszych są oczywiście lepsze i jeszcze gorsze, ale z zasady, jeśli nie ma Allena, to nikt go nie zastąpi, nikt nie stworzy postaci tak klimatycznej, tak schematycznej i tak inteligentnej (i wcale nie wyklucza się to, co piszę).
A w „Alicji” nie dość, że zabrakło Woody’ego, to jeszcze zabrakło jego tekstów…
To opowieść o układnej, religijnej, bogatej pani domu (te trzy cechy są w przypadku Alicji najważniejsze) – żonie i matce, którą od pewnego czasu bolą plecy. Udaje się do polecanego przez koleżanki chińskiego lekarza, który wprowadza ją w hipnozę i diagnozuje kłopoty psychiczne, które znajdują ujście poprzez plecy – Alicja jest po prostu zdewociałą, zniewoloną przez męża i nie spełniającą się kobietą, która porzuciła wszystkie swoje marzenia – te o miłości, te o karierze, te o pracy, o pisaniu. Doktor odurza Alicję narkotykami i dzięki temu z Alicji wychodzi w końcu prawdziwa Alicja.
Wynudziłam się koszmarnie! Przydługie, nienowatorskie, mało inteligentne kino, a jak na Allena, to kompletne dno. Zresztą na kilku forach internetowych wyczytałam, iż widzowie uznają Alicję za najgorsze dzieło reżysera. Nie udało mu się przenieść neurotycznego bohatera i osadzić go w ciele Mii Farrow – nawet aktorka jej pokroju nie ratuje filmu.
Nie polecam, odradzam i w ogóle skasować ten film.

Moja ocena: 2/6 (a 2 tylko za nazwisko…)

TELEGRAFY, WOLNY PRZEKAZ, NIETRAFIONY, NIE ODCZYTAM…


LAURA ESQUIVEL
„Z SZYBKOŚCIĄ PRAGNIENIA”
(TŁ. PIOTR FORNELSKI)
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2002

Akcja dzieje się w Meksyku na początku XX wieku. Jubilo, syn Hiszpanki i wnuk Indianki, to dziecko, które daje radość. W jego obecności każdy się uśmiecha. Jubilo ma również rzadki dar – rozumie ludzi, ich najskrytsze pragnienia i intencje. Rozumie swoją matkę Hiszpankę, która idzie pod ramię z postępem, ale rozumie również babkę – potomkinię Majów, która pielęgnuje tradycję. Jako jedyny w domu Jubilo opanował obydwa języki – matki i babki – służy za tłumacza i łagodzi wszelkie spory między tradycyjną, dostojną Indianką, a nieco szaloną matką, mająca zupełnie inne poglądy na wychowanie dzieci. Interpretuje ich słowa tak, by nie raniły. Obrabia je, wygładza, poleruje i wypięknia. Słowa dzięki niemu tracą swoje ostre kąty, nie uderzają w serce, jedynie delikatnie muskają i wywołują uśmiech.
W głowie Jubila powstaje pragnienie – chce już zawsze służyć ludziom w ten sposób – oswajać słowa. Postanawia zostać telegrafistą. Uczy się pilnie alfabetu Morse’a, budowy telegrafu i osiąga swój cel. A potem poznaje miłość swojego życia i oprócz słów, uczy się magicznej mowy ciała.
Książka jest napisana z dwóch perspektyw czasowych – opowiada dzieje życia Jubila, ale też jego teraźniejszość. 
Stary, zniedołężniały, chory Jubilo, pozbawiony mowy, mieszka ze swoją córką. Córka nie zna całej prawdy o miłości matki i ojca. Nie wie też co sprawiło, że od kilkudziesięciu lat ze sobą nie rozmawiają. Postanawia dowiedzieć się prawdy wszelkimi możliwymi sposobami.
Powiem szczerze, że trochę się zawiodłam. Po cudnych, magicznych „Przepiórkach w płatkach róży” „Z szybkością pragnienia” nie miało już dla mnie takiej siły. Nie miało tyle magii, tyle wyrazistości. 
Zapowiadało się świetnie, pierwsza część, o dzieciństwie Jubila jest zdecydowanie najlepsza, potem autorka wikła nas w losy zakochanej pary, która trochę jak czapla i żuraw nie może się ze sobą spotkać. Jak jedno jest szczęśliwe, to drugie ma jakiś problem i wątpliwości. A potem na odwrót. Jest stereotypowy czarny charakter, o którym od początku wiadomo, że będzie zakochanym bruździł. 
Poza tym Esquivel zbudowała swoją powieść na pewnym schemacie – każdy rozdział zaczyna od rozważań – na temat miłości, słowa, chemii międzyludzkiej, porozumienia, a potem opowiada część historii. I tak do następnego rozdziału.
Krótka książeczka, a czytałam ją naprawdę długo, bo momentami nużyła.
I genialny początek popsuł się i zbanalniał.
Może gdybym zaczęła od „Pragnienia” zamiast od „Przepiórek” to doceniłabym „Pragnienia”. A tak, nie jest niby źle, ale czegoś zabrakło…
 
A na koniec ładny, bardzo mądry kawałek o miłości (z serii początkoworozdziałowych rozważań):
Słowo „kochać” jest czasownikiem, a więc oznacza czynność. Miłość przejawia się za pomocą czynów, poprzez działanie. Człowiek czuje się kochany, gdy druga osoba obdarza go pieszczotami, pocałunkami, czułością, a także innymi, bardziej konkretnymi rzeczami. Człowiek, który kocha, zawsze będzie się troszczył nie tylko o uczucia ukochanej osoby, lecz również o jej materialne potrzeby.
Nikt nie uwierzy matce, ze kocha swoje dziecko, jeśli nie będzie go karmić, ubierać, opiekować się nim i zapewniać mu odpowiednich środków, by mogło się rozwijać i uniezależniać. (…)
Tak więc czasownik „kochać” można odmieniać na dwa sposoby. Pierwsza koniugacja to pocałunki i tym podobne czułości, drugą zaś stanowią dobra materialne. Żywienie kogoś, ubieranie i opłacanie mus studiów oraz dachu nad głową są również aktami miłości. Dowodem, z kogoś kochamy, mogą być pieszczoty, lub kupno butów na zimę. W tym sensie buty są równie ważne jak pieszczota – pełnia taką samą funkcję. Nie mogą być jednak zwykłym substytutem. 
[s.52]

Moja ocena: 4/6

„NAŚLADUJĄC ROŚLINY NIE MOŻESZ POPEŁNIĆ BŁĘDU” [s.107]


MARGOT BERWIN
„KWIAT CIEPLARNIANY I 9 ROŚLIN WZBUDZAJĄCYCH POŻĄDANIE”
(TŁ. KATARZYNA BIEŃKOWSKA)
MUZA SA, WARSZAWA 2010 

Lily jest po rozwodzie. Pracuje w reklamie, która to branża rządzi się twardymi prawami i bezkompromisowością. Lily nie jest tak twarda, jak powinna. Poza tym w swojej nowej kawalerce czuje się samotna. 
Zupełnie przypadkiem trafia na ulicznego sprzedawcę egzotycznych kwiatów. Exley namawia Lily na kupno jednej z roślin. A ta odmienia jej życie. (Brzmi strasznie znajomo, ale do tej pory nie miałam okazji czytać o tym jak roślina zmienia życie – jedzenie, książka, pamiętnik, fotografia, szkatułka, klucz… owszem, ale roślina, nie pamiętam…)
Lily, dzięki owej roślinie i nowoodkrytej pasji ogrodniczej, trafia do pralni chemicznej, wypełnionej dziwną, bujną roślinnością. 
Poznaje Armanda, właściciela przepięknej kolekcji, który dopuszcza ją do tajemnicy – według legendy istnieje 9 niezwykłych roślin, które spełniają najskrytsze marzenia i pragnienia człowieka – ten, który je zdobędzie, będzie na zawsze szczęśliwy (na zawsze, bo przy okazji nieśmiertelny). Armand jest strażnikiem owych dziewięciu roślin, natomiast wciąż brakuje mu najważniejszego, króla ich wszystkich. (…”Jeden pierścień, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć, jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać.”… jakieś takie mi się skojarzenie nasunęło :-) 
Z powodu lekkomyślności i cielesnego pożądania, jakie Exley wzbudza w Lily, Armand traci swoje rośliny. Lily zmuszona jest więc zadośćuczynić mu i spełnić jego żądanie – pojechać wraz z nim do dżungli w poszukiwaniu straconej kolekcji.
Ta książka ma faktycznie dziwną moc. Tak jak pisała jakiś czas temu Padma, ta książka to leciuchna, dobrze się czytająca literatura. Nic poważnego, nic ambitnego. Ale jej magia polega na tym, że nie można się od niej oderwać. To coś, co miałam z serią „Zmierzch” (to znaczy z trzema pierwszymi częściami, bo czwarta była beznadziejnie naciągana). Ksiązka głupiutka i naiwna, ale niebanalna. Napisana nieskomplikowanym językiem, krótkimi zdaniami i pewnie też w tym jej siła – nie musisz myśleć, możesz się odprężyć, zapomnieć o świecie i wejść w nieprawdopodobną historię.
Polecam na odmóżdżenie.

Moja ocena: 4,5/6

środa, 14 kwietnia 2010

NIE ZAPOMNIJ O MNIE…


„JESZCZE NIE WIECZÓR”
POLSKA, 2009
SC. Jacek Bławut, Jacek Piotr Bławut, Stanisław Józefowicz
REŻ. Jacek Bławut
ZDJ. Wojciech Staroń
MUZ. Tomasz Stroynowski
WYST. Jan Nowicki (Jerzy "Wielki Szu"), Nina Andrycz (występuje w roli samego(j) siebie), Sonia Bohosiewicz (Małgorzata), Ewa Krasnodębska (Marilyn), Irena Kwiatkowska (występuje w roli samego(j) siebie), Bożena Mrowińska (Renata), Zofia Perczyńska (Matylda), Anna Grażyna Suchocka (dyrektorka Skolimowa), Danuta Szaflarska (Barbara), Teresa Szmigielówna (Marta), Beata Tyszkiewicz (Róża), Zofia Wilczyńska (Dorota), Stefan Burczyk (Sodolski), Wieńczysław Gliński (występuje w roli samego(j) siebie), Witold Gruca (występuje w roli samego(j) siebie), Lech Gwit (Henryk), Robert Jurczyga (Czarek), Fabian Kiebicz (Fred, mąż Barbary), Roman Kłosowski ("Nostradamus"), Kazimierz Orzechowski (występuje w roli samego(j) siebie), Antoni Pawlicki (raper), Witold Skaruch (rehabilitant John), Bohdan Wróblewski (Tyka)

[to wpis dla mojej Babci I.H. – ona by dokładnie widziała za co i co w tym wpisie jest najważniejsze!]

Jestem wzruszona. Zachwycona. Trochę brak mi słów, a trochę mam ich w głowie ocean nieprzebrany.

„Jeszcze nie wieczór” to film o jeszcze nie umieraniu.
Do Domu Artystów Weteranów w Skolimowie przyjeżdża Jerzy-Szu, grany przez Jana Nowickiego. Jerzy, znajomy dyrektorki, chce odpocząć, pomyśleć, nabrać dystansu, a także popić w samotności. Wkracza w ułożony świat pensjonariuszy Domu, kradnie spokój i na nowo tworzy sceniczną bohemę. Michała Walkiewicz w swojej recenzji, porównał Wielkiego Szu z tego filmu do McMurphy’ego z „Lotu nad kukułczym gniazdem” i trudno nie zgodzić się z takim porównaniem. Kompletnie, zdaje się, odmienny od reszty pensjonariuszy, młodszy, szybszy, pełen pomysłów, postanawia zatrudnić wszystkie „Alzheimery”, „Parkinsony”, ludzi na wózkach, nie słyszących i niedowidzących po to, by wykorzystać ich siłę (ciągle wierzy w to, ze ta siła w nich jest) i stworzyć jedyne w swoim rodzaju przedstawienie – „Fausta” (a Faust sprzedał duszę za wieczną młodość przecież…)
Jestem tym filmem zaskoczona, jego formą, jego środkami wyrazu. To połączenie dokumentu i fabuły. (Bławut jest znanym i cenionym dokumentalistą, więc pewnie ciężko mu było zrezygnować do końca z fabuły, musiał zaczerpnąć z nieskończonego źródła rzeczywistości). Dla mnie fabułą jest Jerzy-Szu, a dokumentem cała reszta. Niektórzy zresztą grają tutaj siebie samych.
Podziwiam naprawdę ich odwagę zagrania w tym filmie. (A pamiętajmy dodatkowo, że najtrudniej jest zagrać siebie! najciężej wejrzeć w swoje wnętrze, spojrzeć w lustro…). To pewnie w większości ich ostatnie role. 
Pokazali siebie bez upiększeń, a Bławut pokazał starość. Starość straszną, brzydką i piękną jednocześnie. Jest taka scena z Niną Andrycz, która przemawia do pensjonariuszy, mówiąc o tym, że ich młodość dawno minęła i że żaden młody nie wie nic o starości, odsuwa od siebie taką możliwość, nie wierzy. A kamera bezlitośnie przybliża twarz Niny Andrycz, pokazuje nam każdą najmniejszą zmarszczkę. I makijaże kobiet, jak teatralne maski, szminka zaznaczająca zanikające usta i zbyt kolorowe cienie do powiek…
W tym filmie gra Zofia Wilczyńska, która zaczynała w kinie przedwojennym, która przed „Jeszcze nie wieczór” grała poprzednio w 1981 roku…! I Dorota, bohaterka przez nią kreowana, przychodzi do Szu-reżysera i mówi, że nie wie, czy da radę zagrać, czy będzie jeszcze potrafiła. Jerzy mówi – nie kokietuj, bo przecież wszyscy wiemy, jak wielką byłaś aktorką…
I dużo jest takich smaczków – trochę gorzkich – jak na przykład Fred (Fabian Kiebicz), który jest chory na Parkinsona, który zaczyna tracić pamięć, który nie jest w stanie przypomnieć sobie dnia wczorajszego, ale mówi swojej żonie wierszyk sprzed wielu wielu lat:

Niezapominajki, to są kwiatki z bajki! 
Rosną nad potoczkiem, patrzą żabim oczkiem. 
Gdy się płynie łódką, śmieją się cichutko. 
I szepcą mi skromnie: „nie zapomnij o mnie”.

Przewrotnie, pięknie…
Starość jest skonfrontowana z młodością – Małgorzata, kucharka, która ma zagrać najważniejszą rolę w „Fauście” i raper, który reprezentuje zupełnie inny styl.
To też nie przypadek. To przewartościowanie, jakiemu uległ dzisiejszy świat.
Kucharka – aktorka? Czy wśród pensjonariuszy DAW jest ktoś, kto nie poświęcił scenie całego życia? Kto na scenie pokazywał pluszowego jednorożca, operację plastyczną nosa, albo miał „zryty beret” i dzięki temu zyskał sławę? Czy ktoś śpiewał nie mając wyćwiczonego wielogodzinnymi próbami głosu, teorii muzyki w małym paluszku i wiedzy na temat najważniejszych kompozytorów świata?
Ale młodość ma jeden atut – jest młoda…
Gdzieś przeczytałam, że scena w barze, gdzie Szu pije, słuchając hip-hopu, jest sceną naciąganą, sztuczną. A ja uważam, ze jest bardzo, bardzo prawdziwa. Jerzy czuje się młody, ale już nie jest. Co więcej – już nigdy nie będzie i Bławut dobitnie to pokazuje umieszczając go w tym klubie – śmiesznego, starego, pokracznego…
I Szu w końcu też okazuje się pokoleniem odchodzącym, tak samo jak McMurphy jest dokładnie kimś takim, jak pozostali pensjonariusze.
Piękny, prawdziwy film.
Kolosalne wrażenie.
Szczery.
Bolący.
I wciąż mam w głowie ostatnie sceny – Jerzego, w teatralnym makijażu, którzy przechodzi od śmiechu do płaczu.
Ale mam też w głowie tytuł „Jeszcze nie wieczór”.
I to dodaje sił.


Moja ocena: 5,5/6

PS. Jakiś czas temu zamieściłam teledysk do tego filmu, teraz ogląda mi się go inaczej, to dzięki teledyskowi obejrzałam film, a teraz dzięki filmowi wracam znów do teledysku.


ZALEGŁOŚCI 2- KOLOROWO, TĘCZOWO


„NOSTALGIA ANIOŁA”
NOWA ZELANDIA, USA, WIELKA BRYTANIA, 2009
SC. Fran Walsh, Peter Jackson, Philippa Boyens (na podstawie powieści Alice Sebold „Nostalgia anioła”)
REŻ. Peter Jackson
MUZ. Brian Eno
ZDJ. Andrew Lesnie
WYST. Saoirse Ronan (Susie Salmon), Stanley Tucci (George Harvey ), Mark Wahlberg Jack Salmon), Rachel Weisz (Abigail Salmon), Rose McIver (Lindsey Salmon), Susan Sarandon (babcia Susie)


Moje pierwsze skojarzenie to ”Między piekłem a niebem”. Oglądałam film z Williamsem dawno temu, ale zrobił na mnie kolosalne wrażenie, ze względu na temat, pokazany zupełnie inaczej, niż dotychczas. No i ze względu na malarskość, na kolory, na tę feerię barw, bijących z ekranu.
Dla mnie taki właśnie był film o Susie. Piękny, kolorowy, tęczowy wręcz. Owszem, ociera się o kicz momentami, ale nie w sumie nie przeszkadzało mi to w oglądaniu i w odbiorze filmu.
Zasadniczo fabuła pokrywa się z fabułą książki. Czternastoletnia Susie została zgwałcona i zamordowana przez swoje sąsiada pana Harveya. Zwabił ją w pułapkę, wykorzystał jej dobroć i naiwność, a teraz ona, zawieszona między niebem a ziemią, śledzi wydarzenia na ziemi, pragnie zemsty, ale tez nie potrafi pogodzić się z opuszczeniem świata ziemskiego, z koniecznością rezygnacji z kontaktami z rodziną, z ukochanym ojcem, z młodszym bratem oraz z chłopakiem, w którym za życia była zakochana. Ingeruje w życie bliskich jej osób, ukazuje się tym, którzy potrafią w nią uwierzyć, karmi się ich życiem o to, by nie umrzeć do końca. 
Oglądało się świetnie przede wszystkim ze względu na grę aktorską – uważam, ze wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania. Film z założenia miał być hitem, pewnie jest nie śledzę rankingów, ale dla mnie każdy aktor włożył w rolę swoją duszę – a w hitach z założenia nie zawsze się zwraca na to uwagę, czasem wystarczy znana twarz, dobre nazwisko. 
Aktorka, która grała Susie nie była mi do tej pory znana. Na jej twarzy było widać wszystkie emocje bohaterki. Grała całą sobą, każdym nerwem. 
Ale hitem był dla mnie Stanley Tucci. Poprzednio oglądałam go w „Julie i Julia”, jako Paula Childa, zakochanego, czułego męża. Tu zagrał rolę ekstremalną, śmiem twierdzić, ze jedną z najlepszych w karierze. Był genialny – odrażający, wstrętny, z tikami nerwowymi, z nerwowością mordercy wypisaną w każdym ruchu, z obrzydliwym wąsem, ze specyficznym sposobem mówienia… To oprócz zdjęć i montażu jedna z największych sił tego filmu. Gdy na niego patrzyłam przebiegał mnie dreszcz. Powtórzę więc raz jeszcze – genialny!
Polecam film, nawet mimo kiczowatych wstawek, również tym, którzy tak jak ja, czytali książkę, choćby dla samego Stanleya Tucci, żeby wzdrygnąć się na jego widok.

  

Moja ocena: 5/6

ZALEGŁOŚCI 1 – OPOWIEŚĆ O MAXIE


DAVE EGGERS
„DZIKIE STWORY”
POWIEŚĆ DAVE’A EGGERSA
NA PODSTAWIE KSIĄŻKI
„WHERE THE WILD THINGS ARE”
MAURICE’A SENDAKA
ORAZ NA PODSTAWIE SCENARIUSZA FILMU
„GDZIE MIESZKAJĄ DZIKIE STWORY”
WSPÓŁAUTORSTWA DAVE’A EGGERSA
ORAZ SPIKE’A JONZE’A
(TŁ. JEZTY ŁOZIŃSKI)
ZYSK I S-KA, POZNAŃ, 2010 

Czasami chciałabym, żeby wydawcy na chwilę przestali wydawać ksiązki, żebym miała czas nadrobić zaległości… Bo mam stosiki książek czekających, a wczoraj uzupełniałam sobie moją listę książek do przeczytania – samych interesujących mnie zapowiedzi (od połowy kwietnia do połowy lipca) wynalazłam 28!!! A co z tymi, które cierpliwie (bądź niecierpliwie) stoją na półeczkach??
No i jeszcze zaległości w pisaniu.
Od marca mi się porobiły, a to dlatego, że najpierw było przed świętami, potem po świętach, potem miałam komputerową awersję, jeszcze potem 10.04.2010… 
No ale teraz zabieram się do nadrabiania zaległości.
Pierwszy jest Max. 
Max to dziwny chłopiec. Jest nieprzystosowany społecznie. Nie wiem nawet jak określić jego problem, to kim jest, jaki jest. Ma kompletnie inne spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość, ma napady złości, napady szału, w których to napadach kompletnie zaślepiony niszczy siebie, swoją rodzinę i swój dom.
Przy tym jest tak bardzo głodny miłości, tak mocno chce być kochany, przytulany, słuchany. Jego rodzice się rozwiedli, mieszkają oddzielnie, mama ma nowego przyjaciela. Siostra zaś, dorastająca nastolatka, ma dla niego mniej czasu i cierpliwości, niż kiedyś. Ma swój oddzielny świat, do którego Max nie ma wstępu. A Max się za to mści.
Pewnego dnia wkłada kostium wilka i wchodzi w dzikość. Warczy, skacze, biega, wyje… Gryzie nawet w szale swoją matkę. Po tej kłótni ucieka, wsiada do łodzi znalezionej na brzegu rzeki i płynie. A rankiem znajduje się na wyspie Dzikich Stworów. Zostaje ich królem i próbuje królować, co nie jest wcale łatwe…
Stwory oprócz tego, że są dzikie, to są dziwne, są straszne, są brzydkie i odrażające – połączenie zwierząt, ludzi, wielkie, przeogromne, kilkumetrowe… 
Pewnie ja inaczej odebrałam tę książkę, niż młody czytelnik. Bo zasadniczo to książka dla młodzieży. Ale ja widziałam w tych stworach metaforę - wszystkich lęków, złości, skrywanych żalów i obsesji Maxa.
Szukając informacji na temat komiksu Sendaka, na podstawie którego Eggers napisał swoją powieść, znalazłam recenzję Naczynia_Glinianego. Uważam tę recenzję za genialną i za bliską memu sercu – Gliniane Naczynie zobaczyła podobne rzeczy, co ja, podobnie odebrała tę książkę, podobnie ją zinterpretowała, więc nie będę powtarzać jej sądów.
Lubię Eggersa. Jego „My to mamy speeda!” uważam za książkę rewelacyjną. Kupiłam ją kiedyś zupełnie przypadkiem za jakieś grosze, a ona dała mi tyle zachwytu, że do dziś stoi na półce z książkami zaskakującymi.
A „Dzikie stwory” owszem, zrobiły na mnie wrażenie, ale nie tak wielkie, jak „Speed”. Dlatego ocena nie tak wysoka – na zasadzie porównania.
I koniecznie muszę zobaczyć film – chciałabym porównać wyobrażenia swoje, a wyobrażenia autora – to jak on pokazał Stwory. W mojej głowie są dzikie…

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH

Wróciłam właśnie do domu. Czuję się „niedodomiona”. 
Szybko minęło i o tylu rzeczach nie zdążyłam porozmawiać, tylu rzeczy zrobić, tak krótko przytulałam się do Mamy, z Bratem mogłabym rozmawiać jeszcze długo w noc o legendach miejskich, a z Tatą wypić jeszcze jednego drinka. I z Przyjaciółmi na herbatce widzieliśmy się tak krótko (choć treściwie i aż mnie brzuch boli od śmiania!). 
Ale byłam choć na chwilę.
Zając przyniósł mi ”Stację Cold Flat Junction” i kocyk z rękawami i dzięki temu mogę czytać sobie na balkonie, mimo, że jeszcze trochę zimno…

Wraz z książką jednak dostałam jeszcze jeden nieoczekiwany prezent - pasujący do mojego dzisiejszego nastroju wiersz (jest jako motto w „Stacji…”):

Ukrywałem przez cały ten czas pod wygiętym
Jak łuk stopy korzeniem cedru, tuż przy wodzie,
Pęknięty kubek – dawniej mój tajemny Graal,
Opatrzony zaklęciem, aby niewłaściwi
Znalazcy bez zasługi nie doznali łaski
Zbawienia, której im odmawia święty Marek.
(Skąd ten kubek? Ukradłem go z domu-zabawki.)
Tutaj są twoje wody; tu masz swój wodopój.
Pij i znów stań się cały, nie tknięty bezładem.

              Robert Frost z wiersza „Wytyczne”


Piękny, nostalgiczny, domowy i przepełniony dziecięcością. Dziś interpretowałabym go jak powrót do domu.

A oprócz wiersza widziałem po raz pierwszy teledysk „Don’t speak” w wykonaniu Anny Marii Jopek. I trochę do mojej tęsknoty dzisiejszej za domem (choć właśnie z niego wróciłam), pasuje piosenka, a do wiosny, która za oknem pasuje teledysk.
A najbardziej ujęła mnie scena ‘włosy- łany zbóż’…

Pozdrawiam wszystkich, którzy musieli już wrócić i wszystkim życzę dobrych po-świąt…