poniedziałek, 19 grudnia 2011

NIEDZIELE Z MOWĄ ZACZAROWANĄ. ODCINEK 12

Dziś znów będzie odcinek, o poezji, która puka mnie w ramię, a kiedy się odwracam uśmiecha się figlarnie. O poezji, która przychodzi znienacka, której nie znałam do tej pory, która rzuca się na mnie i czasem nawet gryzie mnie mocno w szyję, jakby chciała ze mnie wyssać krew.
Czasem idę po ulicy i widzę szyld, który prowadzi mnie do bloga Liski z WhitePlate. Czasem przeglądam strony konkursów blogowych i trafiam na Kuchareczkę z Book me a Cookie. A czasem po prostu idę jak po linie po śladach zostawionych na czyimś blogu - w komentarzach, albo w liście polecanych blogów… I tak trafiam na Made Of Nothing. I z miejsca się zakochuję….

Jej post zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że miałam ochotę łyknąć kieliszek wódki bez popijania. Oniemiałam. I miałabym ochotę z Made… iść do mojej ukochanej kawiarni, zasiąść w jej czarnym wnętrzu i żeby Made… robiła mi zdjęcia, żeby pisała na serwetkach swoje myśli, żeby się uśmiechała. Nie znam jej osobiście, ale czytając ją czuję, jakby była kawałkiem mnie…

I wiersz. Wiersz, który mnie zaatakował i który uznałam za małe dzieło sztuki. 
Nie będę udawać, że znałam autora. „Tomasz Różycki” nic mi nie mówi, a na dodatek, gdy poszłam do biblioteki po nowy stosik poezji i w poszukiwaniu inspiracji, zapomniałam kompletnie jego nazwisko. Błądziłam między półkami w nadziei, że może wyciągnie do mnie kartki swojego tomiku z którejś z półek. Nie wyciągnął i wyszłam z czym innym (na inny odcinek), ale „Ostrygi i daktyle” tkwią we mnie cały czas, od środy, w którą je połknęłam za sprawą Made Of Nothing.
To wiersz-miłość. I wiersz-wezwanie. To wycie do księżyca. I skoki po płotach. To to, żeby wziąć ją za rękę i biec. Żeby tańczyć na środku przystanku autobusowego, tylko dlatego, że ona jest obok i że się zgodziła być na zawsze. „Jak byś chciała?” – jakkolwiek, byle z Tobą i żebyś smakował słodko. Może być wino, bo przecież od wina zawsze w głowie powstają chmury. Ale nie musi, bo gdy Cię trzymam za rękę, to też mi przelatują między powiekami. Nieważne, że świat. Ważne, że my jesteśmy światem.
Ten wiersz mnie ożywił nadzieją. Bo nie mam co się martwić, bo przecież gdy ja jestem i On jest, to uda się całe szaleństwo, które mam w głowie. Udadzą się wszystkie marzenia. I chyba jeszcze to wiersz o tym, że trzeba w końcu wszystko zmienić. Nie mogę się wahać, mogę tylko uderzyć życie w twarz, wyskoczyć z niego i wskoczyć na inne tory – inny pociąg, inny wagon, może inna klasa, ale jechać w kierunku, w którym świeci słońce. I jeszcze o tym, że lipiec jest męski – pewnie dlatego, że pachnie rozgrzaną trawą i kojarzy się z cielesnością. Tęsknię za lipcem i za łaskoczącymi kłosami. I za piknikiem na skraju wielkiej góry. W dole może być morze. A może być sam piasek, jest mi bez różnicy. 
Chcę poznać Różyckiego, zapisuję sobie jego nazwisko w kalendarzu, tuż przy dacie zwrotu książek do biblioteki. Zapisuję jeszcze dla pewności na ręce i na zużytym bilecie tramwajowym. I na paragonie za ser, wino, nasiona, przyprawy…

Tomasz Różycki „Ostrygi i daktyle”

Powiedz mi, jak byś chciała? Mamy tu owoce,
ser, wino, nasiona, mamy trochę przypraw
i kobiecą ulicę oraz męski lipiec,
i Kraków, trochę światła, za sobą epokę


genialną i straszliwą, przed sobą widoki
na jeszcze genialniejszą i jeszcze straszliwszą.
I mamy do wyboru trzy rodzaje życia:
możemy być bogaci i szczęśliwi, potem


szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi
i pal diabli finanse. Pytam o to w chwili,
kiedy rozpadają się korporacje, walą
wystawy i imperia, legendy futbolu


zaczynają faulować. Nadeszła już pora,
żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć.

2 komentarze:

  1. :)
    Przyznam, że z Różyckim też miałam podobnie - objawiło mnie przy "Koloniach" i nadal tkwię w zachwycie nad jego talentem poetyckim!
    Dziękuję za tak miłe wyróżnienie!

    OdpowiedzUsuń